piątek, 5 lutego 2016

Dobra Zmiana Wielkich Braci

Minęły dwa tygodnie od ostatniego wpisu na tym blogu. Dwa tygodnie Dobrej Zmiany, która ze sfery przygotowań właśnie w styczniu przeszła do sfery czynów właściwych. Bo - nie oszukujmy się - złapanie Trybunału Konstytucyjnego w sieć nowej ustawy to była tylko brutalna, że się tak bezwstydnie i libertyńsko wyrażę, gra wstępna. Prawdziwa, by nie rzec: dogłębna przyjemność zaczęła się dopiero po tych zabiegach. Poprzepychano w ramach owej dogłębnej przyjemności właściwie wszystko, co przepchnąć zamierzano, a przepychano o najróżniejszych porach dnia i nocy - wedle zegara biologicznego Prezesa i jego kalendarza odbioru nagród wszelakich.


Do jakiej więc Polski zaprowadziła nas do tej pory Dobra Zmiana?
Doprowadziła nas do Polski, w której patrzy na nas Wielki Brat. Przepraszam, kilku Braci.


Pierwszym Wielkim Bratem uczyniono Zbigniewa Ziobrę. "Dobrze zmienione" przepisy ustawy o prokuraturze dają ministrowi (i już za chwilę prokuratorowi generalnemu) Ziobrze tak potężną władzę i wiedzę, że czyni to z niego de facto drugą osobę w państwie, niemal równą Prezesowi. Pan minister będzie mógł teraz mieć z urzędu dostęp do wszelkich informacji dotyczących postępowań prokuratorskich w całej Polsce, będzie też miał prawo ujawniać je opinii publicznej w zakresie i momencie, który uzna za stosowny, albo nie ujawniać w ogóle. A jego podwładni "w interesie społecznym" będą mogli łamać przepisy i włos im za to z głowy nie spadnie, a o tym, co mieści się w kategorii tego interesu, zdecyduje oczywiście p. Ziobro.
Wszystko to daje ministrowi nieograniczone możliwości wykorzystywania posiadanych informacji zarówno do walki z opozycją, jak i do rozgrywek wewnątrz własnego obozu. Oraz - gdy przyjdzie czas - świetną pozycję startową do ewentualnej walki o spadek po Prezesie.
Minister Ziobro jest wciąż młody, ambitny, zahamowań ani dylematów wewnętrznych nie ma, a jeśli ma, to chowa je głęboko do kieszeni, działa szybko, skutecznie i twardo. Póki będzie musiał, będzie wiernym żołnierzem kaczyzmu, krótki okres banicji uświadomił mu chyba wystarczająco, że nie ma zbawienia poza kręgiem światłości płynącej z ulicy Nowogrodzkiej. Dopóki p. Kaczyński jest niekwestionowanym wodzem, obaj będą zgodnie i owocnie współpracować, choć pan Zbigniew od czasu do czasu zgłosi zapewne jakieś niegroźne zdanie odrębne, aby zaakcentować, że ma w tym układzie coś do powiedzenia. 

Mam jednak nieodparte wrażenie, że w odpowiednim momencie minister-wszechprokurator stanie do walki o władzę na prawicy, wyposażony w prokuratorski miecz i błyszczącą aureolę Jedynego Nieprzekupnego i Pogromcy Wszelkiego Zła.
Nasz obecny minister sprawiedliwości od dawna sprawia bowiem wrażenie, że marzy mu się bycie kimś w rodzaju polskiego Robespierre'a. Nie wiem tylko, czy pamięta, jak Robespierre skończył.


Po drugie: policja
będzie nas teraz mogła obserwować jak, gdzie i kiedy będzie chciała.  Nikomu już nie będzie się musiała tłumaczyć, po co to robi, czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie i do czego się może przydać. Wystarczy, że w uzasadnieniu policjant czy inny funkcjonariusz napisze, że chciał "zapobiec możliwości popełnienia przestępstwa". A że specyfika zawodu policjanta jest taka, że po jakimś czasie każdy wydaje mu się trochę podejrzany, to "możliwość popełnienia przestępstwa" zawsze się znajdzie. Oczywiście nawet po fakcie się nie dowiemy, że nas obserwowano, bo po co mamy się denerwować. "Dobrze zmienione" państwo zadba o nasz spokój.
Przy okazji panowie Błaszczak i Kamiński (a jeśli sprawa zahaczy o prokuraturę, to i pan Ziobro, a zatem i pan Kaczyński) będą się mogli o każdym z nas dowiedzieć wielu różnych ciekawych rzeczy. Jeśli będzie trzeba, pod pretekstem "zapobiegania możliwości" będzie się można o każdym z nas dowiedzieć jak często jesteśmy w sieci, na jakie strony wchodzimy, z kim wymieniamy prywatne uwagi przez Facebooka lub maile, jak często i co kupujemy na Allegro, jakich dokonujemy transakcji bankowych, jakie wspieramy organizacje i partie polityczne, co ściągamy z Internetu i czy to coś jest legalne. Dwaj kolejni Wielcy Bracia będą patrzyli, część tego, co zobaczą, będzie potem wykorzystywał pierwszy Wielki Brat. A wszystko to na chwałę i dla wyostrzenia wzroku Brata Większego od Wszystkich Innych Braci.

Podczas debaty sejmowej posłowie obozu władzy uspokajali, że w całym tym szaleństwie gwarantują nam, że absolutnie nikt nie będzie czytał naszych prywatnych maili. Tyle że podczas tej samej debaty opozycja przywoływała opinie ekspertów, które przeczą tezie rządzących, jakoby nikt nie miał do tych maili dostępu. Ktoś będzie przecież musiał wstępnie oddzielać dane prywatne od reszty, i ten ktoś będzie miał dostęp do wszystkiego. Trudno zaś uwierzyć w to, że w naszym aparacie policyjnym pracują same japońskie małpki, które mają oczka, uszka i pyszczki zakryte łapkami, gdy tylko przyjdzie im się zetknąć z danymi, których nie powinny oglądać, słuchać ani o nich mówić.


Po trzecie: mamy już "odzyskane" (choć to pojęcie z czasów "pierwszego PiS-u", dziś obowiązuje raczej wyraz "naprawione") media publiczne. Co ciekawe, po pierwszej fazie "naprawiania", gdy nowi zarządcy kosili równo z trawą, przyszła faza druga, polegająca na pewnym wyhamowaniu koszenia i pierwszych próbach wybadania, kogo ze zwolenników starego porządku dałoby się w TVP i PR zatrzymać w charakterze demokratycznego listka figowego (stąd choćby propozycja prowadzenia programu autorskiego złożona Dominice Wielowieyskiej, która raczej nie słynie z sympatii do nowej władzy). Pojawiają sie też zapowiedzi przywrócenia programów wyrzuconych niegdyś z TVP pod pretekstem zbyt konserwatywnej formuły, takich jak np. teleturniej "Wielka Gra".
Najciekawsza sytuacja zdarzyła się w radiowej Trójce. Otóż nowy zarząd Radia aż trzy tygodnie szukał dyrektora, który z jednej strony dawałby gwarancję, że nie przekroczy "granic brykania", a z drugiej - byłby do zaakceptowania dla słuchających tej stacji tzw. lemingów. Ostatecznie Trójką będzie rządzić red. Paulina Stolarczyk, która w 2000 roku odeszła z Radia Zet w proteście przeciwko gwałtownej komercjalizacji jego formuły i związanej z tym obniżce jakości programu. Oby była to zapowiedź przynajmniej utrzymania dotychczasowej formuły Programu Trzeciego, a może faktycznego naprawienia niektórych błędów poprzedniego kierownictwa.
Niestety, na polityczną niezależność Trójki liczyć chyba nie można. Uczyniony wicedyrektorem stacji red. Sławiński z pewnością zadba o to, aby, jak piszą i mówią dziennikarze niepokorni wobec opozycji, "narracja konserwatywna uzyskała miejsce stosowne do swojej roli". Pozostaje mieć nadzieję, że tak jak w peerelu, tak i w IV RP granice brykania będą w Trójce szersze niż gdzie indziej.


Po czwarte wreszcie: na poważnie zabrano się do udowadniania, że w Smoleńsku "Tusk z Putinem zabili nam Prezydenta". Minister Macierewicz powołał państwową komisję smoleńską, w której skład weszli ci sami specjaliści, którzy udowadniali nam tezę o zamachu na podstawie obserwacji aluminiowych puszek, parówek i tym podobnych artefaktów. Aż dziwne, że nie ma w tym towarzystwie profesora Cieszewskiego, autora słynnych słów "piijii bziuu!".
Tomasz Arabski, w 2010 roku wysoki urzędnik kancelarii premiera, który na razie (tzn. do momentu, gdy do Polski uda się ściągnąć Donalda Tuska, wciągnąć w tryby smoleńskiej maszynki byłego prezydenta Komorowskiego itd.) gra tu rolę kozła ofiarnego, będzie miał proces o niedopełnienie obowiązków podczas przygotowywania feralnego lotu. Igrzyska dopiero się zaczynają i pewnie część gawiedzi będzie je śledzić z mściwą ekscytacją. Szkoda, że - niczym w starożytnym Rzymie - igrzyska te będą się odbywały kosztem ludzkiego cierpienia, i to zapewne kosztem cierpienia wielu ludzi całkiem niewinnych.


Tak wygląda Polska po pierwszym etapie Dobrej Zmiany. Żyjemy oto - albo zaraz żyć będziemy - w kraju, w którym już nie jeden, ale trzech Wielkich Braci będzie nas śledzić i pilnować, a w razie potrzeby formalnie (lub - nie wiadomo, co gorsze - nieformalnie, ale za to publicznie i z przytupem) oskarżać o różne popełnione i niepopełnione grzechy, lub szantażować możliwością sprokurowania takich oskarżeń. Nad tymi trzema będzie stał Brat Większy od Wszystkich Innych Braci i od czasu do czasu mniej lub bardziej mętnie sugerował, kim powinni się na danym etapie wprowadzania Dobrej Zmiany zająć.
Narrację Wielkich Braci będzie nam przekazywała opanowana przez nich TVP, jednocześnie kusząc nas reaktywowaną "Wielką Grą", "Sondą" i ciesząc co wrażliwsze dusze programem odróżniającym się na plus od odmóżdżającej papki serwowanej przez telewizje prywatne. Podobnie będzie to zapewne wyglądało w publicznym radiu.


A p. Macierewicz będzie nas w tym samym czasie rozgrzewał szukaniem winnych "zamachu smoleńskiego". Dla satysfakcji dwudziestu procent zwolenników teorii o wybuchu, dopieszczenia własnego ego i zrealizowania pragnień Prezesa, przekonanego o tym, że jego brat w Smoleńsku nie zginął, tylko"poległ", i za wszelką cenę chcącego dopaść i ukarać tych, którzy mieli mu w tym polegnięciu mniej lub bardziej pomóc.


Oczywiście, można się pocieszać, że rząd i jego zwolennicy często sami podkładają sobie nogę, że od czasu do czasu jakiś odważny dziennikarz publicznie udowodni im kłamstwo, że książka red. Sumlińskiego okazała się w dużej mierze kompilacją fragmentów przepisanych z zagranicznych kryminałów, co stawia pod znakiem zapytania jej wiarygodność, że, jak się okazało, min. Gowin bezpodstawnie zrobił z Mateusza Kijowskiego "resortowe dziecko", że wiceminister Jaki musiał publicznie przepraszać jednego z posłów PO, z którego z kolei zrobił sutenera, że wreszcie PiS tak się zapętlił w sprawie 20 milionów dotacji dla szkoły ojca Rydzyka, że teraz to opozycja może sobie w reakcji na to zapętlenie zdrowo porechotać. To wszystko cieszy, bo władza, która sama się ośmiesza, zawsze jest trochę mniej groźna i łatwiej zneutralizować jej propagandę.


Pamiętajmy jednak, że w ostatnim sondażu PiS dostał 37 procent poparcia, wyprzedzając o kilka długości całą resztę, i tym razem nie był to sondaż rządowego CBOS-u. Pamiętajmy, że w KOD-zie nie dzieje się najlepiej, ruch ma problemy z przywództwem i wewnętrzną spoistością, a do tego nadal nie potrafi przyciągnąć młodzieży. Trochę śmiesznie wyglądają w tym kontekście tu i ówdzie wznoszone przez niektórych publicystów okrzyki "wiosna nasza!". Ani ta, ani następna wiosna nie będzie wiosną społeczeństwa obywatelskiego, Prezes jest zbyt zdeterminowany i zbyt mocno siedzi w siodle, szeregi "obozu patriotycznego" zbyt silne, młodzież zbyt prawicowa i wroga liberalnemu establismentowi, aby antypisowska rewolucja odbyła się już teraz, i to pod ledwie skrywanymi hasłami powrotu do tego, co już było, i przeciw czemu zaprotestowali wyborcy PiS-u, Kukiza, Korwina i Razem, a do pewnego stopnia nawet część wyborców Nowoczesnej.
Marsz do prawdziwej, demokratycznej dobrej zmiany będzie długi i mozolny, a w trakcie tego marszu trzeba będzie wymyślić Polskę na nowo. Wymyślić Polskę sprawiedliwszą i przyjaźniejszą obywatelom niż upadła III RP, Polskę równoważącą interes publiczny i prywatny, dobro pracownika i pracodawcy, szacunek dla własnych tradycji z poszanowaniem niezbywalnych praw różnych grup społecznych.

Jeśli opozycja i ruchy obywatelskie ulegną iluzji słabości władzy, jeśli beneficjenci systemu neoliberalnego nadal nie zadadzą sobie trudu zrozumienia, skąd wzięła się rewolta antysystemowa roku 2015, jeśli przeciwnicy obecnej władzy odpuszczą lub się zniechęcą, a ich jedyną ofertą na przyszłość będzie postbalcerowiczowski projekt posła Petru, obalić rządów Prezesa po prostu się nie da.
A wtedy Wielcy Bracia zostaną z nami na długie lata.

środa, 13 stycznia 2016

Ryszard Petru, pomocnik grabarza

Nowoczesna Ryszarda Petru do tej pory znana była przede wszystkim z ładnego, choć bezsilnego przeciwstawiania się z trybuny sejmowej podbijającemu Polskę wojsku Jarosława Kaczyńskiego. Na prawdziwe gwiazdy polskiej polityki wyrosły przede wszystkim dwie osoby: posłanka Gasiuk-Pihowicz i sam poseł Petru. Tego ostatniego tak poniosło nagłe powodzenie, że nagrał i udostępnił w sieci orędzie noworoczne (!), w którym nazwał sam siebie liderem opozycji (całej!), a entourage otaczał go niemal prezydencki: elegancko przybrana choinka plus dwa sztandary, Rzeczypospolitej i Unii Europejskiej. Zagrywka piarowska chyba nieco przedobrzona, bo trąci straszną megalomanią: nawet sam Prezes Jaśnie Nam Panujący nie wpadł jak dotąd na pomysł udawania oficjalnej głowy państwa, choć w jego przypadku byłoby to nawet jakoś uzasadnione, skoro owa oficjalna głowa służy mu de facto jako niewypisywalny długopis do podpisywania aktów prawnych.


Mierzy więc poseł przewodniczący Petru wysoko, marzy mu się któreś z dwóch czy trzech najwyższych stanowisk w państwie. A na razie jest jak mały Rysio, który chciałby w przyszłości zostać strażakiem, a na razie buduje remizę z klocków lego. Nasz Rysio zbudował sobie prezydenckie studio do wygłaszania mów do narodu i zabawił się w Andrzeja Dudę - tamten też może stanąć koło flagi i wygłosić orędzie, i na tym jego faktyczna siła sprawcza się kończy. Posła przewodniczącego różni jednak od Andrzeja Dudy jedno: brak konsekwencji. O ile Pan Prezydent konsekwentnie podpisuje wszystko, co mu każe podpisać "wielki człowiek i wielki patriota absolutnie przekonany do realizacji swojej idei", o tyle szef Nowoczesnej jednego dnia krzyczy na wiecu KOD-u, że demokracja w Polsce jest niszczona, a innego dnia mówi dziennikarzom, że jego partia "nie będzie podsycać nastrojów zagrożenia demokracji".


O Ryszardzie Petru było ostatnio w związku z tym wszystkim dużo i głośno, ale oprócz rosnących słupków poparcia niewiele z tego wynikało. Tymczasem naród za pośrednictwem dziennikarzy pokornych i niepokornych zaczął się od p. Petru domagać jakichś realnych projektów legislacyjnych. Jego partia obiecywała takowe w kampanii wyborczej, ale po wyborach zaczęły one wyglądać równie mgliście jak słynna niebieska teczka pani premier. Do wczoraj.
Wczoraj bowiem Nowoczesna przedstawiła trzy projekty ustaw, z których najbardziej ucieszyli się... przywódcy i propagandziści Prawa i Sprawiedliwości! Najważniejszymi bowiem celami "nowoczesnych" zmian prawnych są: ograniczenie praw związków zawodowych, uzależnienie wysokości państwowej dotacji dla partii politycznych od wysokości wpłat od osób prywatnych oraz likwidacja ciszy wyborczej.

Wszystkie one są potężną porcją wody na młyn Prezesa, który nie będzie miał kłopotu z udowodnieniem na ich podstawie, że Nowoczesna to partia reprezentująca establishment, banksterów, beneficjentów III RP, obcych kapitalistów, słowem wszystkie, jak to zwykły bardzo kulturalnie pisać tzw. media niepokorne, "kwiczące świnie odrywane siłą od koryta". A za tym z pewnością pójdzie powielana setki razy w internecie narracja o antynarodowym i antypracowniczym charakterze całej obecnej opozycji, z wyjątkiem może tej pozaparlamentarnej, do której od czasu do czasu PiS delikatnie puszcza oczko.



Nie trzeba zresztą być zwolennikiem partii rządzącej, żeby mieć poważne wątpliwości co do faktycznego celu przyświecającego projektom Nowoczesnej.


Po pierwsze: mamy tu postulat osłabienia i tak słabych w Polsce związków zawodowych. Odebranie związkom możliwości finansowania działalności osób funkcyjnych ze środków pracodawcy i całkowite uzależnienie ich od dochodu ze składek miałoby może jakiś sens w bogatej Skandynawii czy Niemczech (choć tam nikt by nawet nie proponował takiego układu), ale nie w Polsce, gdzie przeciętne zarobki pracownicze są wciąż niskie. Przy naszych relacjach pracy do płacy i płac do cen trudno by było myśleć o wyraźnym podwyższeniu składek, a bez takiego ruchu związki nie byłyby w stanie zrekompensować strat wywołanych zmianą prawa. Zamiast skoncentrować się na rzeczywistych patologiach ruchu związkowego, których ograniczenie usprawniłoby jego działanie i zwiększyło wiarygodność, Nowoczesna próbuje uderzyć weń finansowo. Trudno nie widzieć w tym chęci wsparcia pracodawców kosztem pracowników i próby utrudnienia tym ostatnim walki o godne warunki pracy i płacy.


Po drugie: jeśli dotacja budżetowa ma być pochodną wysokości wpłat uzyskanych od wyborców i sympatyków danego ugrupowania, to jest to ze strony Nowoczesnej jawna gra pod siebie, niemal równie ordynarna, jak pisowskie eksperymenty prawno-ustrojowe. Jest przecież rzeczą oczywistą, że partie reprezentujące interesy grup zamożniejszych mają o wiele większe szanse na pozyskanie wysokich donacji prywatnych niż te odwołujące się do interesów warstw niższych.  Nowoczesna, choćby się tego nawet próbowała wypierać, jest partią klas wyższych, poseł Petru jest zamożny i reprezentuje interesy ludzi zamożnych. Nie ma w tym nic nagannego, każdy ma prawo założyć partię i walczyć demokratycznymi metodami o interesy tej czy innej grupy wyborców. Dotacje budżetowe wymyślono jednak po to, żeby choć trochę zniwelować różnice majątkowe pomiędzy "targetami" poszczególnych stronnictw i zminimalizować niebezpieczeństwo przerodzenia się demokracji w system oligarchiczny. Propozycje Nowoczesnej chcą tę konstrukcję zniszczyć. Kto zbierze od wyborców sto złotych, łącznie uzyska dwieście, kto zbierze pięćset - zgarnie tysiąc. Najbardziej skorzysta sama Nowoczesna, której z pewnością chetnie pomogą różni biznesowi "króle z panami brzuchatemi", słusznie bowiem uważa się tę partię za ostatnią nadzieję neoliberalizmu polskiego.



Analizując oba wymienione projekty, ludzie Prezesa będą szli torem myślenia podobnym do mojego - i w kwestiach czysto merytorycznych będą mieli rację! Dodadzą tylko do tych przemyśleń trochę kaczystowskiego sosu ("tak bronią się odrywani od koryta bankowi oszuści, szemrani gracze finansowi, reprezentanci obcych korporacji i rodzime kompradorstwo, żyjące z wyzysku polskiego pracownika" itd. itp., inwencję politycy i publicyści "niepokorni" mają w tym względzie nieograniczoną), w obronie związków zawodowych uruchomią Dudę numer dwa, czyli przewodniczącego "Solidarności", postraszą nas "nowym Balcerowiczem" i w ten sposób odwojują cześć utraconego ostatnio poparcia.
Ba - nawet niewinny z pozoru postulat zlikwidowania ciszy wyborczej też może zostać wykorzystany przez rządową propagandę. Mnie on akurat nie wadzi (w internecie i tak w każdy wyborczy weekend można sprawdzać najnowsze ceny dajmy na to ośmiorniczek, swetrów i ciastek), ale nie jest wykluczone, że PiS oskarży Nowoczesną o chęć ułatwienia "niemieckim mediom polskojęzycznym" manipulowania Polakami w dniu elekcji.


Prezesa Kaczyńskiego często oskarża się o mimowolne kopiowanie rozwiązań i zachowań rodem z PRL, co wcale nie jest twierdzeniem bezsensownym. Przewodniczący Petru cierpi na przypadłość podobną: próbuje kopiować neoliberalne pomysły z III RP. Tyle że III RP sprzed 2015 roku jest dziś przeszłością tak samo bezpowrotną, jak PRL był w roku, powiedzmy, 1991. Rewolucja się dokonała, przypadkowo rękami Prezesa, ale równie dobrze - gdyby inaczej ułożyły się polityczno-historyczno-propagandowe klocki - mogła się dokonać rękami Ruchu Narodowego, Partii Razem lub Ruchu Kukiza. Byłoby więc albo lepiej, albo jeszcze gorzej, ale mocny zwrot dokonałby się tak czy inaczej, bo taki jest duch czasu, taki mamy stan społecznych emocji i oczekiwań.




Większość Polaków nie chciała kaczyzmu, kaczyzm wyszedł nam z tego wszystkiego trochę przypadkiem. Ale też większość nie chciała dłużej żyć w kraju, w którym podstawą życia społecznego i gospodarczego był pozbawiona zasad etycznych powszechny wyścig szczurów. Jak to ujął były pisowski minister finansów Stanisław Kluza, "agresywny kapitalizm się skończył, chcemy wreszcie normalnie żyć". Kaczyzm jest dla Polski nieszczęściem, ale nieszczęściem byłaby także  aksamitna restauracja tego, co było przed nim. Większość nie podpisze się pod projektami realizującymi interes mniejszości, nie jest zaś wykluczone, że część tej większości może z niesmakiem, ale jednak schroni się pod skrzydła partii obecnie rządzącej. Próby powrotu do czasu sprzed tzw. Dobrej Zmiany są prostą drogą do osłabienia opozycji i całego ruchu prodemokratycznego.



Nie, nie chcę tym tekstem broń Boże powiedzieć, że to poseł Petru jest grabarzem liberalnej demokracji, ten tytuł pozostawiam Prezesowi. Po prostu trochę szkoda, że w imię interesów własnej grupy społecznej poseł Petru ochoczo podchodzi do grobu i podaje Prezesowi łopatę.

wtorek, 5 stycznia 2016

Kanciaste szczęki Goliatów

"Jego mocno zarysowana szczęka świadczy o silnym charakterze" - powiedziała krakowska studentka, przepytywana przez dziennikarzy "Newsweeka" na okoliczność oddania głosu w wyborach prezydenckich na kandydata Dudę. Tzn. szczęka ta świadczy o mocnym charakterze Pana Prezydenta. Cóż, całe szczęście, że Pan Prezydent taką szczęką dysponuje, bo inaczej trudno byłoby ten mocny charakter zauważyć. A tak mamy dowód czarno na białym - prezydent Duda naprawdę jest niezłomnego charakteru, świadczy o tym kształt jego żuchwy, a kto próbuje podawać to w wątpliwość, przekracza granice brykania ustanowione jakiś czas temu przez mecenasa Andrzejewskiego, członka Trybunału Stanu, nie ukrywającego swojej atencji dla Dobrej Zmiany.


Mam dziwne wrażenie, że z dużą częścią naszego społeczeństwa stało się to, co z tą studentką. Polska uległa zgubnemu czarowi kanciastej szczęki. Nie tej konkretnej, prezydenckiej, ale tej  metaforycznej, symbolizującej skłonność do zdecydowanego, często brutalnego i bezrefleksyjnego działania. Uległa mu na wszystkich możliwych poziomach. Do niedawna zdecydowana większość z nas uznawała zasadę, że cel, choćby najszlachetniejszy, nie uświęca środków. W roku 2015 spora część zapragnęła, żeby zaczął.


Właśnie dlatego wybraliśmy do parlamentu i rządu ludzi, dla których siła karnego tłumu większościowych posłów, eufemistycznie zwana wolą narodu, stoi przed prawami Rzeczypospolitej i zwykłą przyzwoitością. To ten czar triumfu woli kruszącej mury kodeksów i paragrafów kazał nam wybrać na posła prokuratora Piotrowicza, który i w PRL, i teraz swoją osobę, twarz i nazwisko oddaje w służbę władzy, działającej w myśl zasady: "od interpretacji prawa jest partia, od jego przestrzegania - reszta obywateli".
To z tego zafascynowania antysystemowym waleniem pięścią w stół wziął się w Sejmie Paweł Kukiz, który do przeciwników politycznych zwraca się przy pomocy utworu pt. "Jak ja was, k..., nienawidzę", a także poseł Liroy, który zapowiadał, że idzie do parlamentu "wyp... ich wszystkich" (nie sprecyzował niestety, kim owi "wszyscy" mieliby być). Wybraliśmy też pod wpływem podobnych emocji pana Szyszkę, człowieka znajdującego przyjemność w zadawaniu śmierci i cierpienia zwierzętom leśnym i polnym, którego nowa władza uczyniła ministrem ds. środowiska naturalnego. Teraz minister Szyszko, który twierdzi, że najlepszym sposobem ochrony lasu przed szkodnikami jest jego powolna wycinka, będzie w ten sposób chronił polskie parki narodowe.


Siekiera i sztucer, kanciasta szczęka, twarda pięść i zwykłe chamstwo. To się teraz przydaje, aby wzbudzić poklask tłumu i zasłużyć na dobre słowo ze strony przełożonych. Mamy w Sejmie posła Piotra Kaletę z PiS-u, którego obraźliwe i agresywne odzywki, powtarzające się co posiedzenie, a kierowane indywidualnie w stronę poszczególnych posłów opozycji, sprawiają wrażenie, jakby obliczone były na sprowokowanie któregoś z nich do ataku fizycznego. "Zamknij się" stało się popularnym sejmowym zwischenrufem, na który mało kto już zwraca uwagę. Poetyce agresji ulegają już nawet politycy i "cywilni" zwolennicy obozu liberalnego. Poseł Petru apelował przecież do posłanki Pawłowicz, żeby "nie waliła się w łeb", gdy on przemawia, a podczas demonstracji Komitetu Obrony Demokracji pojawiały się transparenty sugerujące potrzebę siłowej rozprawy z Jarosławem Kaczyńskim.
Zresztą to właśnie na dole, wśród zwolenników obu obozów i części dziennikarzy, na forach internetowych i portalach, najbardziej widać, do jakiego stopnia dyskurs publiczny zaakceptował u nas i przejął mowę nienawiści. Protesty opozycji są przez zwolenników PiS-u regularnie nazywane "kwikiem świń odrywanych siłą od koryta", a kwik jest tym głośniejszy, że "odcinanie ryja od koryta musi boleć". Sędziowie i prokuratorzy III RP to "sk...syny z komunistycznych miotów", a zwolennicy opozycji powinni uważać, bo się ich "wybije na ulicach jak parszywych kundli (składnia oryginalna - przyp. WDO)", zresztą cała ta opozycja, prosząca Brukselę o interwencję w sprawie polskiej, to tylko "paru sfrustrowanych utratą apanaży drani", którzy "skamlą". Uchodźcy, którzy w ostatnim czasie stali się kozłami ofiarnymi prawicy, powszechnie określani są w internecie jako "brudasy", "ciapaci" i "mohamedy", homoseksualiści i transwestyci to oczywiście "zboczeńcy", dziennikarze krytyczni wobec partii p. Kaczyńskiego to "lewaccy tajni agenci przebrani za dziennikarzy", "obrońcy tęczy", "puczyści oligarchii magdalenkowej" a nawet "człekokształtne bydlęta". Wrogiem publicznym prawicy pozostaje twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - satyryk i dziennikarz Marcin Wolski wyraził ostatnio nadzieję, że w roku 2016 Polacy pozbędą się z mediów publicznych "Owsiaków i innych dokuczliwych glist ludzkich".


Nic dziwnego, że także ludzie obozu liberalnego nie wytrzymują ciśnienia, szczęki im kwadratowieją a mowa się zaostrza. Oto zwolennik KOD-u, zdenerwowany atakami na konta internetowe tej organizacji, pisze w komentarzach na Facebooku, iż nie wierzy, "że pisowski motłoch ma lepszych hakerów" (czyżby lepszych od tych z Komitetu, który podobno takich metod nie używa?). Na kafeteria.pl, "portalu dla kobiet", ktoś założył temat "j...ć pisowskie ścierwa", w sieci pojawiają się "pisowskie ch...e" i "pisowskie k...stwo", a profil "Nie lubię PiS-u" oburza się na Facebooku, że "pisowskie bydło przekracza kolejne granice".


Do tego dochodzi coraz bardziej widoczna skłonność do przemocy fizycznej lub przynajmniej do jej postulowania i pochwalania. Antyimigranckie marsze nienawiści, palenie kukieł, fala pobić osób o ciemnym kolorze skóry, pogróżki wobec pracowników wrocławskiego teatru, który ośmielił się wystawić sztukę skrytykowaną przez ministra kultury, mrożące krew w żyłach żarty polityków opcji rządzącej o Berezie i "ścieżkach zdrowia" - to wszystko dzieje się tu i teraz. I zatruwa. Facebookowa znajoma, którą pamiętam sprzed lat jako rozsądną, wrażliwą i umiarkowaną w poglądach dziewczynę, pisze w publicznym komentarzu o marzeniach na temat plutonu egzekucyjnego dla dziennikarzy i polityków przeciwnego obozu. Pobrzmiewa w tym echo wypowiedzi p. Brauna, zeszłorocznego kandydata na prezydenta, który postulował kiedyś powystrzelanie na postrach dziesięciu procent dziennikarzy "Gazety Wyborczej".


Mamy czas kanciastych szczęk, brutalności, odrzucenia wątpliwości i niuansów. Czas podziału na swoich i obcych, dobrych i złych, patriotów i zdrajców, genetycznych akowców i resortowe dzieci. Nic pośrodku, żadnych szarości, żadnego miejsca na rozmowę, łagodne gesty, próby zrozumienia skomplikowanej materii polityki i historii, złożonych przyczyn ludzkich motywacji i wyborów. W takiej atmosferze rodzą się upiory. W takiej atmosferze nie dziwią nas już młodzi kibole, narodowcy i inna tzw. młodzież  patriotyczna, która pozwala sobie usprawiedliwiać, a czasem stosować przemoc  wobec cudzoziemców, Romów, gejów i innych "odmieńców", a jednocześnie urządza tłumne pielgrzymki na Jasną Górę. Ludzie ci do złudzenia przypominają przedwojennych studentów, którzy ze sztandarami korporanckimi jeździli co roku do Częstochowy, zaś pomiędzy pielgrzymkami ochoczo tłukli na uczelniach swoich żydowskich kolegów.


W tę atmosferę świetnie wpisuje się ujawniona ostatnio niechęć kaczystowskiego ministra spraw zagranicznych, p. Waszczykowskiego, do rowerzystów i wegetarian, których styl życia jest jakoby obcy polskiej kulturze. W umysł współczesnego polskiego narodowego katolika taka postawa jest wręcz wdrukowana. Owo, jak się kiedyś wyraził ten sam minister, "oszalałe lewactwo", jeżdżące na rowerach i unikające mięsa, postulujące rozwój infrastruktury ograniczającej emisję spalin komunikacyjnych i ograniczenie lub wręcz zakaz polowań, rozczulające się nad losem zwierzątek i roślinek, a przy okazji także gejów i uchodźców, to przecież typ szkodliwie rozmemłany, miękki, zawadzający w świecie patriotów-twardzieli chcących być jak żołnierze wyklęci. Do tego dochodzi logika pisowskiej rewolucji, która wyklucza wątpliwości i szacunek dla drugiej strony (a więc postawy często prezentowane przez liberalnych młodych cyklistów i wegetarian), wyklucza też szacunek dla istot słabszych, bo przecież rewolucja - nawet pokojowa - to walka, a na polu walki słabszy też bywa groźny. Może on przecież np. pozornie się wycofać, a później zdradziecko zaatakować zza węgła.


A poza tym dookoła nas czają się sami wrogowie: Putin, Merkel, uchodźcy-terroryści, szkodniki zżerające niewycinaną Puszczę Białowieską... Musimy być silni, zwarci i gotowi, niepotrzebne nam tu pięknoduchy, dla których żaby są ważniejsze od ludzi i ich samochodów, a jelenie i zające od pięknej polskiej tradycji myśliwskiej. Nie będą nami rządzić rowerowi hipsterzy czy  jakieś łzawe ekologiczne mięczaki, nie rozumiejące ani życiowych, ani dziejowych konieczności. Potrzebujemy silnych, zdrowych jak byki, prawdziwych mężczyzn o kanciastych szczękach. Takich co to jak jeżdżą, to konno, a jak żrą, to góry mięsiwa. A i zająca, jelenia czy kacz..., przepraszam, gęś potrafią bez babskich sentymentów skutecznie upolować.


Tak wygląda niestety - nie tylko zresztą w Polsce - duch obecnego czasu, duch, który wieje dokładnie tak, jak chce Prezes i jego partia. Nam, ludziom o łagodniejszym usposobieniu, nam, którzy bardziej od silnej pięści i kanciastej szczęki cenimy dłoń wyciągniętą do zgody i łagodniejsze fizjonomie, pozostaje tylko czekać i mieć nadzieję. A zwolennikom działań prostych i kształtów zdecydowanych przypominamy historię sprzed wieków. O tym, jak to stanęli naprzeciw siebie dwaj wojownicy, Dawid i Goliat.
Dawid był nieduży i pozornie bez szans, ale umiał i lubił myśleć, analizować i wyciągać wnioski.
Tymczasem Goliat był wielki, umięśniony, świetnie władał bronią, uwielbiał wojaczkę, działał jak automat i zapewne miał kanciastą szczękę.
Goliat teoretycznie powinien był Dawida zmasakrować.


Ale to Dawid wygrał.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Witajcie w IV RP

Stało się - w ciągu kilku dni, rozdzielonych jedynie wydłużonym w tym roku o niedzielę Bożym Narodzeniem, partia rządząca przepchnęła przez wszystkie możliwe szczeble procesu legislacyjnego nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która jest skonstruowana w taki sposób, aby maksymalnie utrudnić Trybunałowi wykonywanie jakichkolwiek obowiązków.
 Dziś przed południem ustawę podpisał niezłomny notariusz Prezesa, prezydent Duda. Jak to ostatnio bywa, uzasadniał uprawomocnienie tego aktu... potrzebą wzmocnienia pozycji TK! A przy okazji po raz enty machnął społeczeństwu przed nosem pięciuset złotymi na każde dziecko i innymi elementami Dobrej Zmiany, które jakoby to Trybunał miał zamiar udaremniać.


Prezydenta kompletnie nie zainteresowały nienormalne okoliczności tworzenia nowelizacji: ekspresowe przeciągnięcie jej przez parlament, utrudnianie opozycji możliwości wyrażenia własnego zdania, zignorowanie głosów sprzeciwu środowiska prawniczego, upokorzenie przedstawiciela obrońców praw człowieka, protesty Komitetu Obrony Demokracji i krytyczne komentarze w mediach. Nic Pana Prezydenta nie ruszyło. Nie ruszyło go też najwyraźniej sumienie.


Nie wiem, z jakich powodów Pan Prezydent tak łatwo dał sobie narzucić rolę automatu do podpisywania przegłosowywanych przez obecną większość rządząca ustaw. Może boi się braku wsparcia ze strony PiS w kolejnych wyborach (to, że w ogóle wierzy w wygraną za pięć lat, to w obecnej sytuacji z jego strony optymizm wręcz szaleńczy)? Może - nad czym wielu się zastanawia - Prezes chowa w jakichś szafach jakieś teczki z jakimiś papierami na p. Dudę? Może wreszcie lokator Pałacu po prostu wierzy w słuszność tego co robi, może jest głęboko przekonany, że naprawić Polskę da się tylko metodami rewolucyjnymi, bo poprzednie ekipy za dużo napsuły, żeby teraz dało się zrobić porządek bez rąbania siekierą? Odpowiedź znają tylko dwie osoby, obydwie raczej niechętne do dzielenia się taką wiedzą. Niezależnie jednak od treści tej odpowiedzi, działania Pałacu niszczą w zastraszający sposób całą mozolnie odtwarzaną w 1989 roku konstrukcję państwa prawa.


Teraz bowiem, gdy Trybunał ma związane ręce (a jeśli się zbuntuje i sam je sobie rozwiąże, rząd po prostu to zignoruje), Prezes i jego biało-czerwona drużyna będą mogli przyspieszyć. Już jutro Sejm pochyli się nad ustawą policyjną, która zezwoli na nieograniczoną inwigilację zwykłych obywateli, być może PiS wrzuci także pod obrady ustawę o przekształceniu mediów publicznych w "narodowe". Znając sprawność grupy trzymającej władzę, do Sylwestra parlament oba dokumenty uchwali, a p. Duda niezwłocznie je podpisze. Być może nawet w noc sylwestrową, ewentualnie dzień po Nowym Roku. I nikt ani nic nie powstrzyma ich wejścia w życie, być może znowu bez okresu vacatio legis, bo przecież Polska jest w ruinie i trzeba ją już teraz zaraz podeprzeć, inaczej się zawali. A w kolejce czeka jeszcze Dobra Zmiana w sądach i prokuraturze. Też zapewne uchwalona z szybkością pendolino.


I tak już będzie z każdym, nawet najbardziej niedorzecznym pomysłem nowej władzy, jeśli tylko uzna, że należy wprowadzić go w życie. Jeśli pewnego dnia Sejm zdecyduje, że wszyscy mamy nosić tylko biało -czerwone rękawiczki, to będziemy je musieli nosić. A podwładni Prezesa ochoczo nam wytłumaczą, że taka jest wola narodu, a kto narzeka, ten jest gorszego sortu. Już dziś Pan Prezydent pofukiwał na tych, którzy biorą udział w "jałowych dyskusjach" na temat TK. Dość jałowych dyskusji, "dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy", jak powiedział dawno temu inny przywódca narodu.


Tak, to naprawdę rewolucja, i dziś można to napisać już zupełnie poważnie. Bo tego państwa, które lepiej lub gorzej budowaliśmy przez ostatnie 26 lat, już prawie nie ma, a po przegłosowaniu wyżej wspomnianych ustaw w zasadzie zupełnie go nie będzie. III Rzeczpospolita właśnie wydaje ostatnie tchnienie. Na jej miejsce przychodzi coś, czego kształtu i treści jeszcze do końca nie znamy, bo zna je tylko p. Kaczyński. Obojętnie, co siedzi w jego głowie, dziś naszych oczach otworzyła się brama do IV RP .


I nawet nikt nas nie pyta, czy chcemy tam wchodzić.

niedziela, 13 grudnia 2015

Najgorszy sort - to ja!


No i mamy nową grupę społeczno- polityczną w Rzeczypospolitej.
Pan Prezes raczył w piątkowym wywiadzie dla "niepokornej" stacji TV Republika nazwać przeciwników obecnego rządu "najgorszym sortem Polaków".  Niedługo później osoba odpowiadająca na mój post na Facebooku stwierdziła zupełnie na poważnie, że tak, należę do gorszego sortu Polaków, bo skoro mówi mi to Kaczyński, to mówi mi to naród, który partię Kaczyńskiego demokratycznie wybrał. Ot, siew Prezesa padł na kawałek żyznej gleby.


Ale jakoś mnie to nie rusza. Bo jeśli ludzi o poglądach takich jak moje uważa nasz nowy niekoronowany król za reprezentantów najgorszego sortu Polaków, to ja chętnie się do tego sortu zapiszę.


Jeśli bowiem najgorszy sort Polaków to ci, którzy wierzą w ludzką wolność, w prawa obywatelskie, tolerancję, równość wobec prawa i demokrację - to tak, jestem w NSP.
Jeśli najgorszy sort Polaków to ci, którzy uznają równowagę władz za podstawę demokratycznego systemu i gwarancję naszej wspólnej wolności - to tak, jestem w NSP.
Jeśli najgorszym sortem Polaków nazywa Prezes tych, którzy nie zgadzają się, aby w wywalczonej za cenę cierpień i śmierci tysięcy odważnych ludzi wolnej Polsce władza chodziła na skróty, rozbijając łomem ściany nośne demokracji - to tak, jestem w NSP.


Jeśli najgorszy sort Polaków to ci, którzy sprzeciwiają się klerykalizacji państwa, dyskryminacji wszelkiego typu mniejszości, cenzurowaniu wydarzeń kulturalnych, zawłaszczania mediów publicznych przez jakikolwiek rząd czy opcję polityczną - to tak, jestem w NSP.
Jeśli najgorszy sort Polaków to ludzie, którzy uważają, że połączenie członkostwa w NATO i Unii Europejskiej, przy wszystkich wadach i niedoskonałościach obu tych organizacji, jest jedynym w naszych czasach wyborem zapewniającym Polsce bezpieczeństwo, zachowanie suwerenności państwowej i wewnętrznej wolności - to tak, jestem w NSP.
Jeśli najgorszy sort Polaków to przeciwnicy palenia wizerunków ludzi innej narodowości, przyzwalania na publiczne propagowanie nacjonalizmu, posługiwania się jawnymi wrogami demokracji jako sojusznikami, internetowego hejtu i odczłowieczania przeciwników politycznych - to tak, jestem w NSP.


I właśnie dlatego byłem kilka lat temu oburzony, gdy wyciągano brutalnie z mieszkania autora antyprezydenckiej strony internetowej. Dlatego uważałem za pogwałcenie wolności informacji niewpuszczenie do Pałacu kamer tych stacji telewizyjnych, które chciały na żywo transmitować składane przez prezydenta Komorowskiego zeznania sądowe.


Właśnie z powodu należenia do NSP uważałem za obrzydliwy atak "Gazety Wyborczej" na rzecznika praw obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego, który uznał za stosowne zbadanie informacji o możliwych przypadkach znęcania się policji nad kibicami zatrzymanymi podczas tzw. akcji "Widelec". Zaatakowano go bowiem tylko dlatego, że wybrano go za rządów PiS-u, a zatrzymani kibice byli w konflikcie z szefami firmy ITI, właścicieli TVN. A ja akurat uważam - właśnie dlatego mam w sobie ów gen NSP, o którym mówił Prezes - że nikomu nie wolno dyktować rzecznikowi, której grupy obywateli wolno mu bronić przed nadużyciami władzy, a której nie. Ale też z tego samego powodu uważam, że nikomu nie wolno naruszać niezależności innych tego typu instytucji.


I właśnie przynależność do NSP każe mi uważać za haniebne rozpędzenie przez policję legalnej demonstracji 4 czerwca 1993 roku. Tej, w której i Prezes brał udział. Uważam bowiem, że żadnej władzy nie wolno ani tłumić krytyki, ani posługiwać się niegodnymi metodami, jakich wtedy użyły państwowe służby.


Dziś słyszeliśmy kolejne przemówienia p. Kaczyńskiego. Znów dzielił Polaków na lepszych i gorszych, przyzwoitych admiratorów pp. Dudy, Szydło i Macierewicza oraz "komunistów i złodziei", uczciwych zwolenników nowej władzy i "bandę kolesi". Szedł za nim tłum z martwym lisem na transparencie. Dziwię się, że Prezes, podobno miłośnik zwierząt, toleruje coś takiego. Bo że toleruje wymowę takich transparentów, to już się nie dziwię.


Jeśli tak się zachowuje lepszy sort Polaków, to ja zapisuję się do tego gorszego.
Tak, jestem w NSP. Jestem, i jestem z tego dumny.

sobota, 12 grudnia 2015

Granice brykania


Obwieszczono nam ostatnio w medium prorządowym, że - jak to ujął dawno temu pewien generał, który później wyprowadził czołgi na ulice polskich miast - są granice, których przekroczyć nie wolno.


"Za publiczne zniesławianie czy obrażanie prezydenta grozi kara do 3 lat więzienia. Pewnie prezydent nie skorzysta z tego prawa, ale ten przepis pokazuje granice brykania i zniesławiania prezydenta, i obniżania jego autorytetu" - stwierdził w wywiadzie dla "niepokornego" portalu wPolityce.pl mec. Piotr Andrzejewski, członek Trybunału Stanu.
Innymi słowy, tylko zwolennicy rządu i prezydenta mogą brykać do woli. Brykanie opozycyjne jest ograniczone ochroną autorytetu Pana Prezydenta.
Słowa mec. Andrzejewskiego były odpowiedzią na krytykę, która spadła na urząd prezydencki po tym, jak p. Duda zaprzysiągł p. Przyłębską, ostatnią z piątki nielegalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, po czym stwierdził, że on zrobił swoje i cała reszta go nie interesuje, bo przecież Trybunał nie może unieważniać uchwał Sejmu. "Wara (znów to piękne słowo!) Trybunałowi Konstytucyjnemu od sposobu wykonywania prawa!" - warknął zresztą mecenas Andrzejewski w cytowanym wywiadzie, dobitnie tym ukazując, jaki ma pogląd na rolę TK w całym zamieszaniu.


Szkoda, że pan mecenas nie wyznaczył zbyt dokładnie owych granic brykania (wiadomo tylko tyle, że postulowanie postawienia Andrzeja Dudy przed Trybunałem Stanu - czyli również przed obliczem pana mecenasa - już poza te granice wykracza), bo doprawdy nie wiem, co wolno obywatelowi napisać np. w internecie, żeby nie bryknąć za mocno i nie zniesławić Pana Prezydenta tudzież nie obniżyć jego autorytetu. Czy jeśli obywatel napisze, że "Pan Prezydent łamie konstytucję", to już wykroczył poza granicę brykania? W końcu wyrazi się wtedy dokładnie tak samo jak ci, którzy chcą ciągać Pana Prezydenta przed Trybunał Stanu. A jeśli napisze, że "istnieje domniemanie, że Pan Prezydent łamie konstytucję"? Albo wyrazi ostrożnie zdanie, że "wydaje mu się, że część opinii publicznej może uznać ostatnie działania Pana Prezydenta za złamanie konstytucji"? Albo napisze, że, cokolwiek by to miało znaczyć, "Pan Prezydent rozbrykał się konstytucyjnie"?
Prosiłbym w imieniu Wolnego Drona i całej polskiej blogosfery o ścisłą wykładnię, bo trudno swobodnie pisać o postępowaniu p. Dudy, gdy się nie wie, gdzie są granice brykania. A nie chcielibyśmy niechcący obniżyć autorytetu Głowy Państwa, a tym samym kwestionować dobra płynącego z zaistnienia Dobrej Zmiany.


Najlepiej, gdyby mec. Andrzejewski ogłosił spis punktów granicznych, granice owe wyznaczających. Wtedy spokojnie pisalibyśmy np. tak: "Pan Prezydent nadal nie zaprzysiągł trzech legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czym w opinii wielu komentatorów [----] (Oświadczenie członka Trybunału Stanu, mec. P. Andrzejewskiego, o granicach brykania, p. 1). Prezydenta bronią niektórzy prawnicy, w tym członek Trybunału Stanu, mec. P. Andrzejewski". I już! I blogerski wilk byłby syty, i prezydencka owca cała, i Dobra Zmiana uratowana przed niepotrzebnym jej dyskredytowaniem.
W dalszej kolejności można by to oświadczenie rozbudować do rozmiarów poselskiego projektu ustawy o granicach brykania, co wytrąciłoby "oszalałemu lewactwu" z ręki złośliwy argument, jakoby to członkowie Trybunału Stanu mieszali się w bieżące spory polityczne. A przy okazji znów stworzylibyśmy coś potwierdzającego tezę o wyjątkowości naszego narodu. Ustawy o granicach brykania nie ma przecież w swoim prawodawstwie żaden kraj na świecie! Bylibyśmy znów pierwsi, zupełnie jak w 1989 roku.


                                          *


Póki co ustawy o granicach brykania brak, brykają więc niemal wszyscy. Wczoraj rano media poinformowały, że w kancelarii premier Szydło rozbrykała się dokumentnie minister Kempa, która miała stwierdzić, że rząd nie opublikuje w Monitorze Polskim ostatniego wyroku TK, bo "został on wydany przez niepełny skład Trybunału", a zatem "nie ma mocy prawnej". Zastanawiano się, kto wydał taką "decyzję prawna", i wychodziło na to, że najprawdopodobniej sama min. Kempa, choć trudno było wykluczyć inspirację spoza Kancelarii Premiera. Wyglądało na to, że samoogłaszanie się najwyższą instancją sądową jest zaraźliwe i zeszło już na poziom ministerialny.
Tymczasem po paru godzinach (i ponagleniu ze strony TK) p. Kempa zorganizowała konferencję prasową. Podczas konferencji oburzona minister niemal krzyczała, że nigdy nie zapowiadała, iż nie opublikuje wyroku, tylko ma wątpliwości co do liczby sędziów w składzie orzekającym, i dlatego czeka z wydrukowaniem do wyjaśnienia tej kwestii przez Trybunał, który się nie chce do niej ustosunkować. Postraszyła też rozbrykane media, że dalsze utrzymywanie przez kogokolwiek, jakoby to ona zbyt mocno brykała, będzie uznane za przekroczenie granicy brykania i jako takie skończy się w sądzie.


Bryknął nieźle opozycyjny poseł Stefan Niesiołowski, który wyraził pogląd, że naród powinien demonstrować pod siedzibą PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, co mogłoby "zakończyć się spaleniem" tego budynku. Miejmy nadzieję, że p. Niesiołowski weźmie na siebie w razie czego pełną odpowiedzialność za ewentualne tragiczne skutki swojej bezsensownej prowokacji. Atmosfera w kraju jest wystarczająco napięta, nie rozumiem, po co pan hrabia-poseł-entomolog jeszcze ją podgrzewa.


Wierzga jak młody ogier minister Macierewicz. Najpierw zgłosił zainteresowanie bombą atomową, co mu chyba na szczęście wyperswadowano, potem zatrudnił  w charakterze doradcy dwudziestolatka (dwudziestolatek po paru dniach przestraszył się i uciekł z powrotem do USA, gdzie studiuje i z powodzeniem działa w samorządzie studenckim), a oficera SKW miał podobno zwolnić za to, że w kwietniu 2010 oficer ów, zgodnie z rozkazami, poleciał do Afganistanu, zamiast lec Rejtanem u stóp przełożonych i kategorycznie zażądać wysłania go do Smoleńska w celu zapobieżenia katastrofie lotniczej, a raczej zamachowi, który się tam może wydarzyć. Wczoraj zaś wysłał (minister, nie oficer) asystę wojskową na obchody 68. Miesięcznicy Smoleńskiej. MS to już teraz najwyraźniej uroczystość partyjno-państwowa. Znów zapachniało epoką słusznie minioną.


Brykają i pomniejsi. Poseł Piotrowicz stwierdził, że demonstracja antyrządowa to akt sprzeczny z demokracją. Przyznał tym samym, że wszystkich sześćdziesiąt sześć Miesięcznic sprzed 25 października tego roku było według niego bezczelnym naruszeniem zasad ustrojowych RP. Dziwne tylko, że przeciwko nim nie protestował.

Wierzgają i biją kopytami jak mogą przeciwnicy Komitetu Obrony Demokracji. Ktoś stworzył fałszywe konto szefa komitetu, Mateusza Kijowskiego, i w jego imieniu sugerował możliwość dokonania zamachu na Prezesa. Sprawa była dyskutowana na forum sejmowym. Poseł Petru, z reguły prezentujący nienaganną kulturę polityczną, tym razem nie wytrzymał, i do posłanki obozu rządzącego Krystyny Pawłowicz - reagującej na jego wypowiedź pukaniem się w czoło - wyrzekł z trybuny wiekopomne zdanie "proszę nie walić się w łeb, jak do pani mówię!".
Uczestnicy 68. Miesięcznicy brykali wczoraj wieczorem tak skutecznie, że aż poturbowali reportera TVP, którą wciąż traktują jako stację wrogą Dobrej Zmianie, mimo że prezes Deszczyca uparcie próbuje się zaprzyjaźniać z PiS-em.

Państwo Gwiazdowie kopią i gryzą Henrykę Krzywonos, która według nich nie zatrzymała żadnego tramwaju, jej apel o kontynuację strajku sierpniowego był spóźniony, bo decyzję podjęto wcześniej, macierzysta organizacja "Solidarności" jej nie chciała, trudno się było z nią dogadać, a chodzą - cały czas referuję wypowiedzi po. Gwiazdów - słuchy, że różni tacy ponoć mówią, że podobno kradła i piła. Żadnych twardych dowodów nie ma, ale Gwiazdowie wierzą, że tak wygląda prawda, a jest ona ukrywana celowo, bo legenda Krzywonos jest potrzebna przegranemu establishmentowi do przykrywania legendy Anny Walentynowicz. Ot tak, z czystej złośliwości.

Wydawałoby sie, że p. Krzywonos powinna odwinąć się i bryknąć porządnie w obronie własnej, ale jakoś nie ma ochoty. Woli, na szczęście, wierzgać w obronie konstytucji, łamanej przez większość sejmową i nie tylko.


                                       *


Brykają więc wszyscy. Nie bryka tylko zamknięty za kutym ogrodzeniem pałacyku przy alei Szucha, pogryziony i pokopany Trybunał Konstytucyjny, bo nie za bardzo mu wypada, a poza tym nie wygląda na to, żeby takie brykanie w jakikolwiek sposób zainteresowało Prezesa. W imieniu Trybunału muszą wierzgać obywatele, bez ich pomocy jest on wobec rewolucyjnie nastawionej władzy bezbronny.


Na szczęście wciąż jest wśród nas wielu takich, którzy, wbrew opinii p. Andrzejewskiego, nie uważają, żeby w kwestii obrony demokracji istniały jakiekolwiek granice brykania.

czwartek, 3 grudnia 2015

Jędruś, wujek i zabawki

Jeśli  ktokolwiek miał jeszcze wczoraj wieczorem jakąkolwiek nadzieję, że Andrzej Duda zachowa się jak godny swojego urzędu Pierwszy Obywatel Rzeczypospolitej, to dziś rano musiał tę nadzieję porzucić. Prezydent nie zaczekał na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyboru nieuznawanych przez PiS sędziów tego organu i nad ranem (a może w nocy? - nieoceniona posłanka Pawłowicz sugerowała to w okolicach północy na Facebooku, ale sprawą zainteresowały się tylko tzw. media niepokorne) zaprzysiągł tych wybranych wczoraj. W ten sposób dobitnie pokazał narodowi, kto tak naprawdę jest dzisiaj Pierwszym Obywatelem, i przez kogo czuje się powołany na urząd. Kiedyś mieliśmy królów elekcyjnych "z Bożej łaski i woli narodu", dziś mamy prezydenta z łaski Prezesa i woli narodu. Tyle że jak się prześledzi dokonania owych królów, to wychodzi na to, że oni byli mniej posłuszni Bogu, niż obecny prezydent jest posłuszny Prezesowi.


Prezydentura p. Dudy przypomina film pt. "Jak mały Jędruś wyobraża sobie bycie prezydentem". Wyobrażenia te są takie, że jak się jest prezydentem, to można rządzić, jak się chce i robić, co się chce. Można przyjąć albo nie przyjąć ślubowań sędziowskich, można nominacje profesorskie podawać przez płot za pośrednictwem posłańca, ułaskawiać osoby formalnie niewinne, umarzać postępowania sądowe i przyznawać odznaczenia nie oglądając się na kapituły. Jędruś rozkłada na dywanie ołowiane figurki i się nimi bawi. Czasem tylko wchodzi do pokoju groźny wujek z ulicy Nowogrodzkiej, i prosi, żeby tę czy inną figurkę przestawić w inne miejsce, a jeszcze inną za karę zamknąć na klucz w szufladzie. Wujek potrafi się wkurzyć, bo niby dorosły, a też go jakoś bawi przestawianie figurek, więc lepiej się go słuchać: to on te zabawki Jędrusiowi dał, a skoro dał, to może i zabrać. Na wszelki wypadek Jędruś jest grzeczny. Może przez chwilę chciał się wujkowi postawić, ale wtedy wujek zawołał go do dużego pokoju i dał burę.


Faktyczną zależność od Prezesa p. Duda pokrywa prezentowaną z uporem pozą wiecowego wodza. Przemówienia obecnego prezydenta to ciekawy spektakl, pełen pompatycznych słów i gestów, błyskania okiem, zadzierania brody do góry, ledwie skrywanego napawania się własną retoryczną sprawnością. Nie można jej zresztą p. Dudzie odmówić, widać, że przemawiać umie i lubi, z pewnością trafia swoim stylem w jakieś czułe punkty polskiej duszy, stąd wynik wyborczy i nieprawdopodobna na samym początku popularność wśród prawoskrętnej części społeczeństwa. Tyle tylko, że te prezydenckie pohukiwania pasowałyby do prezydenta rzeczywiście silnego i niezależnego, czerpiącego moc z mandatu otrzymanego od suwerena, czyli narodu. Byłaby to nawet ciekawa odmiana w stosunku do nieco przynudzającego prezydenta Komorowskiego. Andrzej Duda sprawia tymczasem takie wrażenie, jakby jego ambicją nie było godne pełnienie funkcji Prezydenta Najjaśniejszej, ale odgrywanie roli pacynki posła Kaczyńskiego. A w przypadku kogoś tak podporządkowanego innemu politykowi tromtadracja i wodzowskie gesty w miarę upływu czasu (i w obliczu kolejnych werbalnych i czynnych hołdów wobec Prezesa) zaczynają coraz bardziej śmieszyć, wielkie słowa - coraz mniej znaczyć. Bo jak traktować poważnie słowa p. Dudy, który jeszcze latem twierdził, że jest "człowiekiem niezłomnym", a kilka miesięcy później w interesie macierzystej partii łamie konstytucję i dobre obyczaje polityczne?


Tak więc w nocy Jędruś poustawiał kolejne figurki zgodnie z poradami wujka z Nowogrodzkiej. Nie wiem, na co liczył - być może na to, że zaprzysiężeni przez niego w trybie pilnym sędziowie pójdą rano do Trybunału, ten z miejsca włączy ich do rozstrzygania, a oni przepchną niekonstytucyjność wyboru wszystkich sędziów wybranych w październiku. 
Tymczasem Trybunał nowych sędziów do dzisiejszego posiedzenia nie dopuścił, po
 czym uznał, że dwóch sędziów październikowych jest niekonstytucyjnych, ale trzech - jak najbardziej może orzekać. Co więcej - to zamknięcie ich przez Jędrusia w szufladzie było niekonstytucyjne! Prezydent po prostu nie miał prawa nie przyjąć od nich ślubowania, więcej: powinien to natychmiast po dzisiejszym wyroku zrobić. Prawnicy spierają się teraz o to, co zrobić z sędziami zaprzysiężonymi wczoraj. Uznać ich ślubowanie za nieważne, uznać ich wybór za niebyły? Uznać tylko dwóch, a trzech wyrzucić? A co, jeśli za tydzień Trybunał również kroki PiS-u uzna za trochę konstytucyjne, a trochę nie?




Prezydent z Prezesem narobili bałaganu. Złamali prawo, zantagonizowali społeczeństwo, doprowadzili do kryzysu funkcjonowania władz państwowych, a wszystko to w imię zemsty na poprzednikach, nota bene - co potwierdził dziś Trybunał - także skorych do łamania konstytucji.


Trybunał nie dał się zastraszyć. Mimo nacisku Sejmu i Pałacu, odgłosów demonstracji za oknem i oskarżeń o stronniczość przeprowadził normalne posiedzenie i wydał wyrok. Kompletnie zawiódł zaś prezydent Duda, który swoją nocną akcją de facto zagwarantował sobie w przyszłości proces przed Trybunałem Stanu. Powagę urzędu, szacunek dla prawa i własny wizerunek poświęcił dla interesu grupy trzymającej władzę.




Tej nocy nie było Prezydenta Rzeczpospolitej. Był mały Jędruś, przestawiający figurki pod dyktando groźnego wujka. I nawet wstyd mu już chyba nie jest...