poniedziałek, 5 lutego 2018

Czas parszywych dusz

Wydawało się, że wszystko już było i gorzej być nie może. Było słynne wystąpienie Prezesa na temat Arabów roznoszących zarazki, było podpalenie kukły Żyda we Wrocławiu, widzieliśmy obrazki z Panem Prezydentem paradującym na tle flag ONR-u i powieszonymi in effigie europosłami opozycji – już te wydarzenia wydawały się tak nieprawdopodobne i zawstydzające, że trudno sobie było wyobrazić, możliwość jeszcze głębszego zanurzenia się w brunatnym błocie. Chyba niejeden obserwator życia publicznego po cichu liczył na to, że po ostatnim reportażu telewizyjnym, demaskującym neofaszystów zajadających w lesie tort ze swastyką, Dobra Zmiana przynajmniej częściowo spróbuje przyciąć pazury wyhodowanemu przez siebie potworowi. Tymczasem okazało się, że nic z tego – potwór podrósł i trzyma Dobrą Zmianę za ręce. A to, co wypełzło z jakichś mrocznych nor przy okazji sporu o penalizację mówienia o polskiej współodpowiedzialności za wojenną tragedię narodu żydowskiego, wzbudza przerażenie.
Można się było spodziewać, że przyjecie nowelizacji ustawy o IPN-ie, zabraniającej „przypisywania wbrew faktom Narodowi Polskiemu” współudziału w zbrodniach hitlerowskich i różnych innych zbrodniach, wywoła niezadowolenie w Izraelu i w środowiskach żydowskich na świecie. Nie tylko bowiem sam przepis jest faktyczną próbą wprowadzenia elementów cenzury represyjnej do naszego systemu prawnego, to jeszcze sposób i tryb, a także wybór momentu, w jakim został wprowadzony, jest klasycznym przykładem tego, co nieodżałowany Władysław Bartoszewski nazwał kiedyś dyplomatołectwem. Nie wiem, jaki diabeł podkusił osobę, która zdecydowała o wniesieniu projektu pod obrady akurat w przeddzień Dnia Pamięci Holokaustu. Nie wiem, jaki inny diabeł (może ten sam?) kazał premierowi Morawieckiemu uznać, że akurat uroczystości rocznicy wyzwolenia Auschwitz są najlepszą okazją do publicznego zarzucania Izraelczykom, że w Yad Vashem „brakuje jednego drzewka, drzewka dla Polski”.. Wiem natomiast, że na miejscu izraelskiej pani ambasador (czy może już: ambasadorki?) też bym nie wytrzymał i odszedł od przygotowanego tekstu. Nawet dyplomaci mają ograniczone zasoby spokoju i cierpliwości.
Cała awantura przeciąga się, rozwija i zaczęła już żyć własnym życiem, którego chyba nawet ewentualne weto p. Dudy nie zabije. Doszło już do tego, że Izraelczycy zapowiadają odwołanie pani ambasador z Warszawy do kraju. Strona polska tymczasem brnie dalej: premier Morawiecki zaprosił dziennikarzy zagranicznych do Muzeum Rodziny Ulmów w Markowej i zbeształ tam polskich historyków, którzy ponoć „zmarnowali 25 lat wolnej Polski”, nie chcąc zaangażować się w politykę historyczną, jakiej, według premiera, „żądamy jako wspólnota”. Jeszcze w tym tygodniu do Polski ma przylecieć izraelski minister edukacji, który zapowiada „wypowiedzenie prawdy o udziale narodu polskiego w mordowaniu Żydów”. Nastąpi to zapewne podczas spotkania ministra z polskimi studentami. Obawiam się, że jeśli skończy się to jakąś pyskówką lub próbą zerwania spotkania na przykład przez jakąś bojówkę ONR czy Wszechpolaków, zostaniemy jeszcze tego samego dnia zasypani internetowym przekazem o „żydowskiej prowokacji”.
Na marginesie tego wszystkiego toczy się przy okazji proces idący dokładnie w kierunku przeciwnym wobec oczekiwań obozu rządzącego: zaczął się wysyp tekstów o polskich grzechach wobec Żydów. Wychodzą na jaw kolejne sprawy, choćby coraz głośniejsza historia mordu dokonanego na kilkunastu Żydach najprawdopodobniej przez polską ochotniczą straż pożarną w podkarpackiej Gniewczynie.

Można się więc było spodziewać rządowej akcji izraelskiej i kontrakcji Dobrej Zmiany. Można się też było spodziewać wysypu tekstów pod ogólnym hasłem „przecież myśmy ratowali Żydów, więc czego oni właściwie chcą”. Media społecznościowe zalewają przypomnienia sylwetek polskich Sprawiedliwych, których samo istnienie ma po pierwsze uzasadniać potrzebę istnienia przepisów antydefamacyjnych, po drugie – udowodnić rzekomą bezpodstawność żydowskich pretensji. Podłączyły się pod ten pomysł także media publiczne. Redaktor naczelny radiowej Trójki zaprosił na antenę Jerzego Zelnika (część jego krewnych zginęła w Holokauście), aby opowiadał słuchaczom o bohaterskich Polakach ratujących Żydów. Przy okazji p. Świetlik nie omieszkał pochwalić się „Dziadkiem, Babcią i ich Rodzeństwami, przechowującymi Żydów, zwalczającymi szmalcowników, zabijającymi Niemców”. Jeszcze chwila, a okaże się, że każdy Polak uratował jakiegoś Żyda, a szmalcownicy to tylko tak dla picu ich łapali, żeby Niemcy się czegoś nie domyślili. Tylko skoro tak, to dlaczego się tych Żydów tak mało przechowało do końca wojny?

Można się więc było spodziewać różnych rzeczy. Ale chyba mało kto spodziewał się, że wszystkich nas ochlapie szambo.

A szambo wybiło. Wylało się z internetu, z prawicowej prasy, a nawet z mediów „narodowych” (!) antysemickie, śmierdzące błoto. Jakby wstali z grobów Mieczysław Moczar i Bolesław Piasecki, i zaczęli znów nas zatruwać.
Rafał Ziemkiewicz, jedno z czołowych piór obozu dawniej zwącego się niepokornym, ubolewa nad niewdzięcznością Żydów, których pan Rafał zawsze tak zachwalał, a których część okazała się według niego, tu cytat, „głupimi, względnie chciwymi parchami”. Następnego dnia ten sam Ziemkiewicz wystąpił w dobrozmianowym programie satyrycznym „W tyle wizji”, gdzie ochoczo żartował sobie na temat obozów koncentracyjnych i technik zagazowywania więźniów. Dzielnie mu w tych heheszkach sekundował inny medialno-sceniczny herold Dobrej Zmiany, niegdyś szef komórki PZPR w radiowej Trójce, ale też – w co trudno dzisiaj uwierzyć – naprawdę świetny satyryk, Marcin Wolski. Wolski następnego dnia za swoje zachowanie przepraszał, Ziemkiewiczowi jakoś sdo tej pory nie wstyd.
Zastanawiam się, co trzeba mieć w głowie i ile mroku w duszy, żeby wyjątkowo obrzydliwego określenia "parch" używać wobec jakichkolwiek Żydów, w takim kontekście, dzisiaj, po Holokauście, i to właśnie w kraju, w którym Hitler kazał zbudować i rozpalić krematoria? Czyżby p. Ziemkiewicz, bądź co bądź filolog polski, a więc specjalista od słów i ich znaczeń, nie rozumiał, ze to właśnie wielowiekowa pogarda dla Żydów, zawarta między innymi w nieszczęsnym słowie „parch”, doprowadziła do Zagłady? Czyżby nie rozumieli tego szefowie redakcji, z którymi ów pisarz i publicysta współpracuje, a którzy ani słowem nie wspomnieli o tym, że nie chcą, aby publikował u nich facet używający publicznie antysemickich epitetów?
A przecież to nie jedyne ostatnio przykłady dyskursu wprost nawiązującego do najgorszych tradycji naszego życia publicznego. Red. Nisztor z „Gazety Polskiej” na antenie radia „narodowego” radził przeciwnikom prawa antydefamacyjnego „zastanowić się, czy nie powinni oddać polskich paszportów i zamienić je na izraelskie”. We wspomnianej już tutaj TVP podczas programu na żywo prowadzonego przez pp. Ogórek i Łęckiego osoba z widowni wypomniała jednemu z uczestników, działaczowi ruchu praw pacjenta Adamowi Sandauerowi, żydowskie pochodzenie i oświadczyła, że nie jest on Polakiem. W tym samym czasie na ekranie ukazywały się komentarze widzów, piszących m.in. o tym, że „naród polski rozczula się nad Żydami, a Żydzi kumają się z Niemcami”, „Żydzi złapani przez Niemców zdradzali polskie rodziny, które ich ukrywały” a „Izrael i całe lobby żydowskie pokazują prawdziwą twarz”. Trzeba przyznać, że prowadzący program odcięli się od tych opinii jeszcze w jego trakcie, ale co poszło w eter, to poszło, a próby wytłumaczenia całej sprawy atakiem trolli internetowych (zapewne lewackich) i awarią systemu komputerowego z daleka śmierdzą cynizmem lub głupotą.
Na szczęście, pani Magda i pan Jacek dość stanowczo potępili też antysemickie wycieczki w stosunku do Adama Sandauera. Pewnych rzeczy nie da się jednak cofnąć. Nie da się cofnąć upokarzającej sytuacji, gdy starszy człowiek, mający za sobą represje po Marcu 1968 roku, czuje się zmuszony do publicznego zapewniania w telewizji, że nie jest obrzezany i nie zna hebrajskiego, jakby ewentualne obrzezanie i znajomość tego języka były czymś niestosownym. To się stało, stało się w polskim medium publicznym, i jest to dla wszystkich ludzi przyzwoitych w tym kraju powód do wstydu. Ludzie o parszywych duszach wyszli z ukrycia i rozpoczęli spektakl szczucia, tak dobrze znany sprzed pół wieku.
W Polsce roku 2018 zapachniało szpaltami przedwojennego endeckiego „Prosto z Mostu”, moczarowskiego „Prawa i Życia” i narodowokomunistycznej „Rzeczywistości”. Jakby wstali z grobu lub wrócili z emerytury twórcy getta ławkowego, szafarze „dokumentów podróży stwierdzających brak obywatelstwa polskiego” i niestrudzeni tropiciele żydowskiego spisku w KOR-ze i „Solidarności”. Wyleźli ze swoich jam współcześni Piaseccy, Moczarowie i Porębowie. Wystarczyło kilka dni awantury o nowe przepisy, żebyśmy na nowo przekonali pół świata do prawdziwości słynnej tezy o polskim antysemityzmie wysysanym z mlekiem matki. Drugą połowę świata skłoniliśmy zaś do wpisywania w okienko Google'a frazy „#polishDeathCamp”. I znajdowania tam na przykład wypowiedzi byłego izraelskiego ministra finansów Jaira Lapida, twierdzącego, że „polskie obozy były i żadna ustawa tego nie zmieni”.

Dziś szambo wybiło także pod Pałacem Prezydenckim. Tłum narodowców pod wodzą posła Winnickiego i niejakiego Tumanowicza wykrzykiwał coś o „żydowskich kłamstwach” i „wymyślonym pogromie kieleckim”, skandował „nie przepraszam za Jedwabne” i żądał od prezydenta Dudy, aby ten „zdjął jarmułkę i podpisał ustawę”. Krzyczano o „żydokomunie, która podnosi łeb”, śpiewano „koniec wesela, wracajcie do Izraela”.
Pan Prezydent, który właśnie dopiero co wrócił z obchodów rocznicy likwidacji getta białostockiego), ma kłopot. Podpisze – dostanie klapsa od zagranicy i środowisk żydowskich, chyba nawet tych, które do tej pory popierały Dobrą Zmianę. Nie podpisze – dostanie go od „dorodnej młodzieży patriotycznej”, a drugiego zapewne od Prezesa. Tak czy siak, ma biedaczysko problem. A czas leci...

***

Władze Najjaśniejszej usilnie przekonują, że kara za „przypisywanie wbrew faktom Narodowi Polskiemu” różnych mniejszych i większych grzechów dosięgnie jedynie osoby świadomie piszące nieprawdę i przypisujące Polakom coś, czego nie robili. Jednak sam przepis jest sformułowany w taki sposób, że można go interpretować na różne sposoby, a sama materia raczej nie ułatwia jednoznacznych ocen i pozostawia osobom i instytucjom decyzyjnym ogromną dowolność.
Przypomnijmy: przyjęte przez Sejm przepisy zakazują „publicznego przypisywania wbrew faktom Narodowi Polskiemu” współudziału w zbrodniach nazistowskich (a także różnych innych zbrodniach wojennych) i „rażącego umniejszania winy rzeczywistych sprawców”. Z obszaru działania nowej regulacji łaskawie wyłączono twórczość artystyczna i naukową, ale o tym, co jest, a co nie jest twórczością artystyczną i naukową będzie decydował w pierwszym rzędzie ziobroludek, któremu wpłynie na biurko doniesienie od dowolnej grupy szczerze oburzonych przedstawicieli Narodu Polskiego. On także będzie decydował, co jest, a co nie jest faktem historycznym i na tej podstawie kierował sprawę do sądu lub ją umarzał. W dalszej kolejności sprawę będzie rozpatrywał sąd, który również będzie musiał ustalać prawdę historyczną, często w kwestiach, w których ze stuprocentowym ustaleniem wszystkich faktów problem mają nawet zawodowi historycy. A także będzie musiał jednoznacznie stwierdzić, czy to, co mu przedstawiono, to już nauka lub literatura, czy jeszcze publicystyka i reportaż.
Wyobraźmy więc sobie np. Andrzeja Stasiuka, który jeden ze swoich kolejnych ni to reportaży, ni to impresji, ni to gawęd poświęci na przykład wyprawie po podlaskich, lubelskich i podkarpackich sztetlach. Wystarczy, że przytoczy w niej kilka opowieści o szmalcownikach, o przejmowaniu przez Polaków pożydowskiego mienia, o polowaniach na ludzi ukrywających się po lasach – i już ma jak w banku donos ze strony „czynnika społecznego”. Bo skoro opisani szmalcownicy byli Polakami, ludzie urządzający się w mieszkaniach wymordowanych sąsiadów byli Polakami i bandyci szukający Żydów w lasach byli Polakami, to wszyscy oni stanowią na tyle dużą część Narodu Polskiego, że ów Naród – który przecież wedle własnego o sobie mniemania składał się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z samych Ulmów, Sendlerów i członków Żegoty – ma prawo czuć się „pomówiony wbrew faktom”.
Nie chciałbym być sędzią, który musiałby zdecydować, czy Stasiuk pisze reportaże, czy jednak dzieła artystyczne, i czy wobec tego trzeba mu przysolić trzy lata za „przypisywanie wbrew faktom Narodowi Polskiemu” tego i owego, czy też można uznać, że wszystko, co napisał, to tylko wizja artysty i wobec tego Naród Polski może swojego pisarza co najwyżej pocałować w pewną część ciała. Granice różnych gatunków wypowiedzi nie są przecież ostre, istnieją formy pośrednie, trudno na przykład jednoznacznie zakwalifikować niektóre gatunki prozy biograficznej, trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa to dzieło popularnonaukowe, reportaż historyczny czy akt publicystyki bieżącej.
Zauważmy, że Stasiuk mógłby ani razu nie użyć w swojej książce sformułowania „polski obóz koncentracyjny”, przeciwko któremu jest ponoć skierowane ostrze nowelizacji (a które, co nieco zdumiewa, w uchwalonym przez parlamentarzystów tekście w ogóle nie pada!), a i tak mógłby się doczekać wezwania do prokuratutry. Obrońców dobrego imienia polskości i Polaków są dziś u nas przecież całe stada, ludzi, którzy byliby w stanie przeczytać ze zrozumieniem jakakolwiek książkę Stasiuka – zdecydowanie mniej.

Rzecz nie dotyczy jednak przecież tylko autorów krajowych! Izraelska ambasada z pewnością w jakimś stopniu przejmuje się ewentualnymi kłopotami polskich pisarzy i publicystów piszących o Zagładzie, ale nieporównywalnie bardziej obawia się kłopotów, jakie mogą pod rządami nowego prawa mieć polscy Żydzi, w szczególności nieliczni żyjący jeszcze ocaleńcy, którzy chcieliby jeszcze przed śmiercią złożyć niekoniecznie wygodne dla Polaków świadectwo. Czy jeśli starsza pani opowie na antenie prywatnej rozgłośni radiowej o swoich doświadczeniach ze szmalcownikami, to jeszcze będzie miała do tego prawo, czy – jeśli nie będzie w stanie przedstawić dowodów innych oprócz własnych słów i pamięci – musi się obawiać srogiego pisma od ziobroludków, straszącego ją karami za „pomawianie wbrew faktom Narodu Polskiego”? A jeśli ktoś zebrałby kilkadziesiąt takich świadectw i wydał je książkowo, to czy podlegałby pod ustawę tylko on, czy również jego rozmówcy? A co z osobami, które mieszkają w Izraelu i będą chciały takie świadectwa opublikować? Ustawa działa również za granicą i wobec cudzoziemców – czy izraelski dziennikarz publikujący niewygodne dla nas książki i artykuły o czasach Shoah mógłby się po przyjeździe do Polski spodziewać aresztowania?
Kształt nowych przepisów, który dobrozmianowym zwyczajem przegłosowano w senacie w środku nocy, budzi więc ogromne wątpliwości. Gdyby je wprowadzono w takiej formie, dawałyby one prokuraturze i sądom ogromne pole do interpretacji. A tam, gdzie istnieje zbyt szerokie pole do interpretacji, istnieje także pole do nadużyć. Szczególnie w kraju, w którym oficjalna ideologia partii rządzącej odwołuje się do najprymitywniej rozumianego, plemiennego patriotyzmu, a prokuratorzy i sędziowie faktycznie utracili niezależność od władzy wykonawczej. Wprowadzenie podobnych paragrafów nawet w kraju w pełni demokratycznym budziłoby niepokój. W państwie, w którym wola „powstającego z kolan” suwerena ma decydować o interpretacji prawa, a wymiar sprawiedliwości przekształcany jest w narzędzie do egzekwowania tej woli, przepisy takie stają się po prostu groźne.

Mamy już zresztą pierwszy przykład, w jaki sposób mogą owe paragrafy interpretować przeróżni obrońcy honoru narodowego, wszystkie te Reduty Dobrego Imienia i rózne inne reduty, które zapewne będą teraz pączkować, bo skoro dotację rządową mogła u nas dostać (i to jeszcze w III RP!) neonazistowska Duma i Nowoczesność, to tym bardziej mogą na nią liczyć patriotycznie wzmożeni antydefamatorzy. Oto poseł Winnicki, człowiek sprawiający wrażenie, jakby był krzyżówką przedwojennego falangisty z powojennym zetempowcem, stwierdził kilka dni temu, że ustawa powinna obejmować teksty takie, jak te publikowane przez Jana Tomasza Grossa, bo po pierwsze „niejako zawodowo zajmuje się on zakłamywaniem prawdy historycznej i znieważaniem Narodu Polskiego”, a po drugie immunitet naukowy go nie chroni, bo „Gross nie jest żadnym naukowcem, ponieważ nie reprezentuje żadnego warsztatu naukowego”.
Tak oto doczekaliśmy się czasów, w których ludzie nie posiadający nawet tytułu magistra będą mogli oceniać warsztat naukowy profesorów i na tej podstawie, wedle własnego widzimisię, publicznie twierdzić, że łamią oni prawo i, także wedle własnego uznania, donosić na nich, lub nie, do prokuratury. Posła Winnickiego pochwalono na wPolityce, „nowoczesnym portalu ludzi myślacych”, oburzając się jednocześnie na redaktor Renatę Kim, która ośmieliła się przypomnieć o strachu, jaki odczuwali ukrywający się Żydzi przed polskim otoczeniem. Całe szczęście, że red. Kim nie nosi nazwiska żydowskiego, tylko koreańskie – inaczej ani chybi wylałyby się na nią antysemickie fekalia.
***

Być może środowisko rządzące obecnie Polską rzeczywiście święcie wierzy, że gdy już wyczyścimy naszą przestrzeń publiczną z wszelkich odniesień do niechlubnych zachowań naszych rodaków w stosunku do zabijanej przez Niemców ludności żydowskiej, zadziała to na nas jak zaklęcie modyfikujące pamięć w opowieści o Harrym Potterze, a w mit niepokalanego, zawsze czystego w intencjach i czynach Narodu Polskiego uwierzą bez wątpliwości i bez wyjątku wszyscy Polacy. Tak jakby nie pamiętano, że nawet w czasach totalnej peerelowskiej cenzury prewencyjnej nie dało się zagłuszyć ludzkiej pamięci. Tym bardziej nie da się jej zagłuszyć dzisiaj.
Nie da się też pozbawić ludzi myślących umiejętności myślenia i kojarzenia faktów. A fakty, te świeże, z 2018 roku, raczej nie skłaniają do uwierzenia w przesadną życzliwość katolickich Polaków wobec ich żydowskich współobywateli.
Bo żyjemy, tu i teraz, w Polsce, w której słowo Żyd nie przestało w wielu środowiskach być rodzajem obelgi, gdzie od Żydów wyzywają się wzajemnie grupy kibolskie, a na murach roi się od rysunków szubienic z Gwiazdą Dawida. Tu i teraz możemy oglądać w telewizji działacza społecznego, który publicznie spowiada się ze swojej tożsamości narodowej, najwyraźniej czując się w obowiązku zapewnić, że nie jest to tożsamość żydowska. To w roku 2018 zwolennicy Dobrej Zmiany cynicznie grają na antysemickich stereotypach, przywołując jako wcielenie wszelkiego zła postać „Żyda Sorosa” i powiązanego z nim Adama Michnika. Temu drugiemu bez przerwy – i to nawet na forum intrernetowym „Gazety Wyborczej” - wypomina się rodowe nazwisko Szechter i żyjącego od dawna za granicą przyrodniego brata, stalinowskiego zbrodniarza o tymże nazwisku. To połączenie red. Michnika z Szechterem ma zresztą określony cel: przypomnienie mitu o tzw. żydokomunie i zaliczenie do niej nie tylko postaci dawno nie żyjących Bermana, Minca, Fejgina czy Różańskiego, ale także, jako ich „spadkobiercę”, żyjącego współcześnie Michnika, a co za tym idzie „Gazety” i całego koncernu medialnego Agory.

A przecież jest jeszcze w Polsce coś takiego, jak dawny sztetl. Są te wszystkie Kocki, Bychawy, Goraje, Tykociny, Węgrowy, Góry Kalwarie, Szczebrzeszyny, Tomaszowy... A w nich wciąż istnieją przerobione z żydowskich sklepów mieszkania z wyjściem prosto na ulicę, istnieją ulice Bóżnicze i Jatkowe. Resztki dziedzictwa, które otacza głucha cisza.
W Opolu Lubelskim cmentarz żydowski to kilka hektarów zarośniętych chaszczami. Na planie miasta stojącym u wejścia do urzędu miejskiego jest on oznaczony jako „cmentarz nieczynny” (przy czym cmentarz katolicki jest oznaczony jako „cmentarz czynny”, co sugeruje, że oba cmentarze są obiektami tego samego wyznania). Plac po synagodze to wciąż zaśmiecone chwastowisko bez żadnej informacji, co na nim stało i dlaczego już nie stoi. W Kocku ulicę Żydowską można dla odmiany znaleźć tylko na planie wiszącym na rynku – w terenie uliczka ta pozbawiona jest tabliczek z nazwą. W tym samym mieście stoi słynna Rabinówka, dawny dom kockich cadyków, do miasteczka przyjeżdżają żydowskie wycieczki z całego świata specjalnie po to, żeby go zobaczyć. Budynek kilka lat temu porządnie odnowiono, ale też nie ma na nim żadnej tabliczki z informacją, co to za dom i dlaczego jest ważny dla historii Kocka.
W Ożarowie barokowa synagoga jest obecnie pozbawionym dekoracji, zatynkowanym na gładko klocem, w którym kiedyś były jakieś zupełnie niereligijne przedsiębiorstwa, a obecnie nie ma nic. W synagodze bychawskiej do dziś znajdują się magazyny, a stan budynku jest opłakany. W łęczyńskiej znajduje się obecnie muzeum regionalne – ale tylko dlatego, że w swoim czasie zabrakło pieniędzy na jej wyburzenie. W Piaskach i Międzyrzecu na terenie wyburzonych przez Niemców dzielnic żydowskich stoją bloki. Ani w jednym, ani w drugim mieście nie ma żadnej, najmniejszej nawet tabliczki, która informowałaby o tym, co na miejscu tych bloków stało wcześniej i kto tam mieszkał. Są miasteczka, w których już po wojnie większość pożydowskich budynków po prostu rozebrano, często nie po to, żeby tam zbudować coś innego (np. w Kocku do dziś na terenie dawnego getta straszą puste place), ale po to, żeby zatrzeć żydowską przeszłość.
Wszystko to otacza gruba warstwa milczenia. Obecni mieszkańcy albo sami o kwestii żydowskiej wiedzą niewiele (poza tym, że „kiedyś tu byli Żydzi, ale ich Niemcy pozabijali”), albo na próbę rozmowy reagują niechęcią, cisza lub niemal agresją, często wyraźnie podszytą lękiem, że spadkobiercy zamordowanych „wrócą i wszystko zabiorą”. Jest to ta sama głucha cisza i wroga obojętność, która szantażowanym, ściganym i mordowanym Żydom towarzyszyła w latach Zagłady. I tak jak dziś jedynie nieliczni próbują, często wbrew powszechnej niechęci, dbać o żydowskie pamiątki, tak i wówczas tylko nieliczni ratowali swoich sąsiadów, często bardziej bojąc się swoich rodaków o parszywych duszach niż niemieckich żołnierzy.

Nikt, kto choć trochę myśli, nie uwierzy, że w takim kraju, w sytuacji panowania ekstremalnego zła, to samo społeczeństwo – mające przecież za sobą antysemicki trening końcówki lat trzydziestych - jakimś cudem na kilka lat zmieniło się w chór aniołów, kochających bliźnich jak siebie samych i na wyścigi ratujących żydowskich współbraci. Nie da się uwierzyć, że w czasach najgorszych z możliwych nie wyłaziły z dużej części Polaków te mroczne instynkty, które wyłażą dzisiaj, w czasach pokoju i względnego dobrobytu. Nie da się, i żadna ustawa nikogo do tego nie zmusi.











środa, 29 listopada 2017

By nie spłonął daremnie

Już ponad miesiąc mija od chwili, gdy na warszawskim placu Defilad zginął tragiczną, samobójczą śmiercią Piotr Szczęsny. Są tacy, którymi to wstrząsnęło, są i tacy, którzy uznali za stosowne z tej śmierci szydzić. Mało kto zastanawia się, co zrobić, by skrajne poświęcenie i śmierć mieszkańca Niepołomic nie poszła na marne.
***

Nie ulega wątpliwości, że i nasi rządcy państwa, i skryci w oparach kadzideł samozwańczy rządcy ciał i dusz mają kłopot z Piotrem Szczęsnym. Dobra Zmiana w założeniu miała obyć się przecież bez krwi, bez ofiar, aksamitnie. Trzeba przyznać, że pilnowano tego bardzo uważnie. Jeszcze do niedawna policja była dla usuwanych przez siebie antyrządowych manifestantów tak delikatna, jak nigdy w historii Polski po upadku komunizmu, a najbardziej brutalną służbą państwową okazała się kilka razy… Straż Leśna.
Piotr Szczęsny ze swoim samospaleniem wszedł władzy w paradę. Prezes bardzo starannie dbał o to, aby niechcący nie przysporzyć drugiej stronie ani jednego męczennika (choćby takiego, który mógłby, jak niegdyś Jan Rulewski, pokazywać wybite zęby), ale tego, że ktoś przy niewielkiej (jeszcze?) skali opresyjności nowego systemu zdecyduje się zaprotestować w tak drastyczny i nieodwołalny sposób, nie przewidział. Nie przewidział tego zresztą także nikt inny, wydawało się bowiem, że Dobra Zmiana skutecznie zahipnotyzowała społeczeństwo swoja taktyką „gotowania żaby”. Przecież nawet protesty KOD-u i Strajku Kobiet gromadzą ostatnio nieporównywalnie mniej osób, niż jeszcze rok temu. Jakbyśmy się już tak przyzwyczaili do nienormalności, że przestajemy ją zauważać.
A jednak znalazł się ktoś, kto, jak to ujął w swojej pięknej mowie pogrzebowej ks. Adam Boniecki, „widział to, czego większość ludzi nie dostrzegała”. I zdecydował się spłonąć, aby innym otworzyć oczy, a władzy rzucić w twarz, że to ona ma na rękach jego krew.

Wobec sytuacji tak granicznej, jak publiczne samobójstwo za sprawę taką czy inną zawsze stajemy w poczuciu bezradności. Nawet jeśli podzielamy poglądy zmarłego, Szczególnie jeśli rzecz cała dokonuje się w sytuacji, w której na pierwszy rzut oka nie ma jeszcze powodu do wdrażania metod tak drastycznych. Jest w tej naszej bezradności mieszanina niedowierzania i wstydu. Niedowierzania że ktoś mógł patrzeć aż tak poważnie na coś, co jest jakąś upiorną mieszaniną tragedii i groteski, ale większości z nas wciąż wydaje się bardziej groteskowe niż tragiczne. I wstydu, że sami byśmy tak nie potrafili. Albo w ogóle, albo na pewno jeszcze nie teraz, przy czym doskonale zdajemy sobie sprawę, że odległość od „dziś” do „teraz” możemy przesuwać w nieskończoność.
Stąd pokusa łatwego uznania autodestrukcyjnego gestu Szarego Człowieka za czyn nieadekwatny do sytuacji. Bo przecież nawet wśród przeciwników Dobrej Zmiany wciąż dominuje wewnętrzne przekonanie, że jeszcze nic się do końca nie stało, że to wszystko jest jeszcze do odkręcenia. Że będą przecież wybory, i gdyby tylko opozycja chciała się zjednoczyć, to nakryje kaczystów ich własnymi moherowymi beretami. Co i rusz ktoś ogłasza publicznie „koniec PiS-u” i zaocznie obala nieistniejące jeszcze pomniki smoleńskie. A milcząca większość, czytając podobne enuncjacje, czuje się uspokojona i zwolniona z jakichkolwiek działań obywatelskich.
Czy jednak rzeczywiście można jednoznacznie uznać Szczęsnego za kogoś, kto – być może pod wpływem depresji, do której sam się przyznał w swoim manifeście – wyszedł przed szereg i zrobił coś, co powinno być zarezerwowane dla czasów i sytuacji znacznie gorszych od dzisiejszej? Czy może jednak, nie zachęcając broń Boże nikogo do naśladownictwa, powinniśmy dać wolnemu w końcu człowiekowi prawo do uznania, że w jego odczuciu przekraczamy właśnie pewną granicę, za którą zaczyna się równia pochyła ku dyktaturze, i pozostawić mu prawo do akcji być może rozpaczliwej i przesadnej, ale w jego indywidualnym pojęciu potrzebnej, a może nawet niezbędnej? Zawsze znajdą się przecież argumenty za tym, że nie należy działać tak krańcowo radykalnie, póki sytuacja nie stanie się krańcowo nieznośna, jak i za tym, że może właśnie należy, bo gdy sytuacja stanie się nieznośna, będzie już na takie gesty za późno.
Ostatecznie wszystko jest tu przecież kwestią odczuć subiektywnych. Być może do Szarego Człowieka już w październiku dotarło to, co dziś, po miesiącu od jego śmierci, czuje coraz większa grupa tych obywateli Rzeczpospolitej, którzy wciąż cenią demokrację i prawa człowieka. Może po prostu wcześniej niż inni zdał on sobie sprawę, że polscy demokraci i zwolennicy cywilizacji europejskiej zostali z kaczystowskim kłopotem sami. Zawiódł ich Sąd Najwyższy, którego gotowi byli bronić na ulicach, a który teraz, mimo szumnych deklaracji walki o niezależność i prawo, przyniósł w zębach do Pałacu Prezydenckiego własny niekonstytucyjny projekt reformy sądownictwa w zamian za łaskę pozostania pani Gersdorf na stanowisku pierwszego prezesa. Zawiodły tzw. liberalne proeuropejskie elity, które, jak się niechcący okazało, są w stanie bronić chama wulgarnie obrażającego kobietę w miejscu publicznym, pokazując tym samym, że kulturowo-cywilizacyjnie niewiele się różnią od tzw. patriotycznych elit lansowanych przez obóz rządzący. Zawodzi Europa, która o Polsce wiele mówi i pisze, ale realnie jest całkowicie bezradna wobec ekscesów Dobrej Zmiany. Zawiódł KOD, który obronę demokracji raczej ośmieszył niż wspomógł. Najbardziej zaś zawiodła parlamentarna opozycja, która najpierw sama zmarnowała energię grudniowego protestu sejmowego, a później, zamiast wyraźnie artykułować niezgodę na fałszowanie i upraszczanie polskiej historii, wspólnie z PiS-em złożyła hołd hitlerowskim kolaborantom z Brygady Świętokrzyskiej.
To wszystko boli nawet bardziej niż buta, cynizm i głupota hunwejbinów prawicowej rewolucji. Po nich można się było spodziewać, że będą po barbarzyńsku podbijać Polskę, natomiast po tych, którzy sami siebie uważali za elitę III RP, trudno było się spodziewać, ze tak szybko się poddadzą, pokazując przy okazji i hipokryzję, i konformizm, i ledwo skrywaną pogardę dla tych, którzy się do wspomnianej elity nie załapali.
Skoro więc sytuacja obecna boli niejednego człowieka o przeciętnej wrażliwości, to tym bardziej (i wcześniej) mogła zaboleć Piotra Szczęsnego, człowieka z depresją, a więc jednostkę o psychice wrażliwej ponad przeciętność. Jakichkolwiek byśmy nie mieli odczuć, nie wolno nam odbierać drugiemu człowiekowi prawa do subiektywnego odbioru tego, co się w Polsce dzieje. Nawet jeśli sami nie odczuwamy obecnej sytuacji jako rozpaczliwie beznadziejnej, nie zmienia to faktu, że Szczęsny mógł ją tak właśnie odczuwać. Trzeba to uszanować, zamiast oceniać, a tym bardziej wyśmiewać lub obrażać, człowieka, który przecież nas samych nie oceniał, żadnych gestów (ani powstrzymywania się od nich) od nas nie wymagał, lecz sam wziął na siebie ciężar decyzji, brzemię strachu, ogrom bólu i świadomość ostateczności swojego wyboru. Wziął, wierząc, że tego wymaga dobro nas wszystkich. Zrobił to, co w swoim pojęciu uważał za niezbędne, aby nikt z nas nie musiał tego robić za niego.

***

Szczęsny napisał w swoim manifeście, że chciałby, aby jego czyn otrzeźwił społeczeństwo, które zaczęło się powoli przyzwyczajać do rzeczywistości Dobrej Zmiany, nie dostrzegając płynących z tego faktu niebezpieczeństw. Nigdzie natomiast nie pisał, że pragnie być męczennikiem, nie apelował o wciągnięcie swojej ofiary na jakikolwiek sztandar. Tylko on znał swoje myśli w tym ostatnim momencie, gdy, oblawszy ciało benzyną, rzucał na siebie płonącą zapałkę. Wiemy więc, ze chciał być dzwonem na trwogę, nigdy się zaś nie dowiemy, czy liczył na to, że będzie żagwią, od której zapłonie ogień antykaczystowskiego gniewu.
Ale tu jest Polska, kraj, gdzie nie racje i argumenty, ale emocje rządzą polityką i całym życiem publicznym, kraj, w którym trumny i pomniki więcej nieraz znaczą niż żywi ludzie obecni tu i teraz. Miejsce, w którym o samobójczych gestach romantycznych straceńców pamięta się o wiele bardziej niż o mrówczej pracy pozytywistów, a słowa kapłanów znaczą więcej niż głos najmędrszych uniwersyteckich profesorów.
Nie jest bowiem prawdą, że konflikt polityczno-kulturowy we współczesnej Polsce to konflikt czystej polityki serca z czystą polityką rozumu, starcie mistycyzmu ofiary i idei z pragmatyzmem procedur i prawa czy wyznawców prymatu ideałów i przekonań ze stronnikami nadrzędności pragmatycznego działania dla dobra wspólnego. Nie, to nie jest zimna wojna tych od Mickiewicza i Słowackiego z tymi od Prusa i Orzeszkowej. Takiej wojny nie ma, bo w kraju, w którym jeszcze niedawno literaturze romantyzmu poświęcano cały rok nauki w liceum, nasiąkamy tym romantyzmem wszyscy, nawet jeśli tego nie chcemy. Mamy dziś do czynienia co najwyżej z wojną tych, którzy do romantycznego dziedzictwa się przyznają, i tych, którzy wstydliwie próbują je pokryć cienką warstwą zachodnioeuropejskiego racjonalizmu. Sprawa samospalenia pokazała, jak niewiele trzeba, aby tę warstwę zedrzeć.

Jeszcze żył Piotr Szczęsny, a już profesor Jan Hartman, ponoć ateusz-racjonalista, którym zwolennicy Dobrej Zmiany straszą za karę niegrzeczne dzieci, napisał, że „jeśli ten człowiek umrze, nasza niemrawa i nierówna walka z reżimem PiS będzie miała nowy symbol i nowego bohatera”. Odniósł się też w ciekawy sposób do depresji Szarego Człowieka, pisząc, że „może właśnie do tego służą wariaci, żeby robić rzeczy niezwykłe, szalone, a przecież ważne?” Już wtedy, żyjącemu jeszcze człowiekowi, palono pod Pałacem Kultury znicze i przynoszono tam kwiaty. Sprejem wypisywano na murze i chodniku cytaty z jego manifestu. Gdy zmarł – a zbiegło się to w czasie z tym szczególnym momentem w roku, gdy polskie cmentarze płoną w wieczornych ciemnościach ogniem tysięcy zniczy – zorganizowano kilka żałobnych manifestacji, w tym „Zaduszki dla Piotra”. Były podniosłe przemowy, znicze, narodowe flagi, ksiądz (suspendowany, ale zawsze), aktorzy, bardowie, pieśni…
Szczęsnego tu i ówdzie zaczęto porównywać do Szmula Zygelbojma, buddyjskich mnichów protestujących przeciwko władzom Wietnamu Południowego, do Jana Palacha i Ryszarda Siwca. 10 listopada to w miejscu samospalenia, a nie na Krakowskim Przedmieściu, zorganizowano smoleńską kontrmiesięcznicę. Szef Obywateli RP, Paweł Kasprzak, cytował wówczas „Campo di Fiori” Czesława Miłosza. Wciąż płonęły znicze, których Hanna Gronkiewicz-Waltz, tak niegdyś prędka w usuwaniu lampek palonych w hołdzie ofiarom smoleńskim, tym razem nie kazała zabierać. Kilka dni później Miasto Stołeczne Warszawa wmurowało w chodnik tablicę pamiątkową, a zaraz potem odbył się w Krakowie pogrzeb, podczas którego wielu żałobników trzymało w rękach białe róże, symbol sprzeciwu wobec rządów Prezesa. To tam, na Cmentarzu Rakowickim, ksiądz Boniecki wygłosił poruszające kazanie o „człowieku, który był jak krzyk”, za które (choć pod innym pretekstem) przywrócono mu odwołany niedawno kościelny nakaz milczenia.
W ostatnich dniach cytaty z manifestu Szarego Człowieka wybrzmiały nawet z sejmowej trybuny.
Tak oto Piotr Szczęsny stał się symbolem, pochodnią, sztandarem antykaczystów. To mu się udało, choć nie wiadomo, czy tego chciał. Trudno zaś powiedzieć, żeby udało mu się to, czego chciał na pewno – wstrząsnąć kimkolwiek spoza liczby aktywnych obywatelsko przeciwników Prezesa, obudzić tych, których widział jako pogrążonych w groźnym dla Polski letargu. Póki co, jakiegoś gwałtownego przebudzenia sił demokratycznych nie widać. Naprzeciw wielotysięcznego Marszu Niepodległości stanęła jedynie garstka demokratów i antyfaszystów. W jesiennych demonstracjach w obronie sądów wzięło udział znacznie mniej ludzi niż w letnich. Słupki sondażowe Prawa i Sprawiedliwości wciąż rosną, a część liberalnych dziennikarzy zaczęła nawet (oczywiście w imię politycznego pragmatyzmu, uznania realiów, mniejszego zła itp.) deklarować częściową akceptację dla rzeczy, które z polską konstytucją wyczynia Pan Prezydent.
Szaro więc w Polsce, ciemno, ponuro, jałowo. Ani śladu koloru nadziei. Tak jest w listopadzie 2017 roku. Ale nikogo w obozie demokratycznym nie zwalnia to z pielęgnowania nadziei w sobie. Nikt przecież nie wie, co i kiedy wykiełkuje z ziarna, które posiał Piotr Szczęsny.

Ciekawa jest w tym kontekście reakcja jawnych i ukrytych zwolenników obecnego porządku, trudno powiedzieć, na ile racjonalna, a na ile instynktowna. Zareagowali oni bowiem drwiną wobec samego czynu i agresją wobec przeciwników Zjednoczonej Prawicy. Minister Błaszczak oficjalnie ogłosił, ze Szczęsny jest „ofiarą propagandy totalnej opozycji”, redaktor Ziemkiewicz szydził z żałobnych pochodów na ulicach Warszawy, a Krzysztof Stanowski, naczelny teoretycznie apolitycznego portalu sportowego „Weszło”, nazwał ofiarę samospalenia „pierdolniętym facetem”. Na forach internetowych zaroiło się od wpisów potępiających przeciwników rządu za „cyniczne wykorzystywanie śmierci chorego człowieka”, a posłanka Pawłowicz skomentowała rzecz w swoim stylu, nazywając ludzi oddających hołd Szczęsnemu hienami.
Taki będzie zapewne ton oficjalnej i nieoficjalnej dobrozmianowej propagandy i w następnych miesiącach, szczególnie jeśli kult Szarego Człowieka istotnie się ugruntuje. Obóz władzy zrobi wszystko, aby gest Szczęsnego umniejszyć i odebrać mu historyczną wartość.
Trudno się temu dziwić, samospalenie w Warszawie odbiera bowiem Dobrej zmianie coś bardzo ważnego.
Kaczyzm miał bowiem dotąd monopol na ofiarę założycielską. Zarówno pełzający rokosz narodowo-katolicki, jak i pełzająca rewolucja antykonstytucyjna Dobrej Zmiany, w którą się zamienił w 2015 roku, karmiły się i karmią tragedią smoleńską. Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego niejako uświęca i uwzniośla w oczach wyborców Prawa i Sprawiedliwości wszystko, co robi i mówi jego brat, teraz, w przeszłości i w przyszłości. Nawet jeśli ktoś spośród nich nie jest wyznawcą sekty smoleńskiej i nie wierzy ani w bomby termobaryczne, ani w bajki o ruchomej pancernej brzozie posadzonej osobiście przez Stalina (a jest tych „niewierzących” wśród pisowców cała masa), i tak jest pod wpływem aury wawelskiego sarkofagu, pośrednio działającej przez osobę Prezesa.
Opozycja do tej pory takiego symbolu nie miała, co czyniło ją – i tu profesor Hartman ma sporo racji - nieco bezbronną wobec smoleńskich mszy, wawelskich zniczy i oskarżeń o krew na rękach. Pojawianie się potencjalnego materiału na ofiarę założycielską szeroko rozumianego ruchu demokratycznego w Polsce nie mogło więc nie wprowadzić obozu dobrozmianowego w konsternację. Bo oto od teraz druga strona też ma możliwość organizowania swoich mszy, palenia swoich zniczy i powtarzania słów o krwi na rękach. Teraz jest „mit za mit i kość za kość”. A Dobra Zmiana się tego boi, bo z własnego doświadczenia wie, że w naszej romantyczno-bohaterskiej przestrzeni kulturowej tragiczne mity i kości umarłych potrafią żywych prowadzić do politycznych zwycięstw.

***

Nie zamierzam tu absolutnie w jakikolwiek sposób umniejszać znaczenia wszelkich form upamiętniania Szarego Człowieka. Jeśli bowiem ktoś składa ofiarę z siebie w imię szlachetnych przekonań, jeśli robi to w imieniu nie swoim i nie z prywatnych pobudek, ale w interesie dobra wspólnego, nie wolno dopuścić, by został zapomniany. Szacunek dla gestu Piotra Szczęsnego i obrona jego pamięci przed atakami zwolenników Jarosława Kaczyńskiego jest obowiązkiem i sprawą sumienia polskich demokratów.
Byłoby jednak rzeczą ze wszech miar szkodliwą, gdyby cześć dla ofiary Szczęsnego została wykorzystana jedynie jako przeciwwaga dla kultu ofiar smoleńskich, aby stał się on jakimś anty-Lechem Kaczyńskim, a czczenie jego pamięci zamieniło się w kolejne polskie misterium bohaterskie dla samego misterium. Sensem jego samospalenia nie jest bowiem wezwanie do palenia zniczy i rozpamiętywania jego cierpienia na wzór wielkopostnych medytacji kościelnych. Sensem ofiary Szarego Człowieka jest wezwanie do obrony demokracji i wolności, do obrony doraźnej dzisiaj, gdy jeszcze można zatrzymać proces destrukcji resztek demokratycznych instytucji, ale również do jej obrony w przyszłości. Nadejdą bowiem prędzej czy później czasy, gdy Dobra Zmiana stanie się jedynie wspomnieniem, a z rumowiska pozostałego po III RP trzeba będzie kawałek po kawałku odbudować tkankę wolnego państwa i obywatelskiego społeczeństwa.
Tej odbudowy nie przeprowadzi się przy pomocy stawiania i burzenia kolejnych pomników ani zmieniania po raz tysięczny nazw ulic w naszych miastach. Tę odbudowę można przeprowadzić tylko drogą namysłu nad tym, jak powinna, jak musi wyglądać przyszła demokratyczna Polska, aby nigdy więcej nie stała się ofiarą populistów tej czy innej barwy politycznej. Aby udało się kiedyś tę wolność, za którą złożył siebie w ofierze Szary Człowiek, nie tylko odzyskać, ale i utrzymać nie na trzy dekady, ale na całe pokolenia.
Punktem wyjścia do tego namysłu musi być natomiast pogodzenie się z faktem, że do Polski takiej, jaka była przed rokiem 2015 nie da się już powrócić. Ktokolwiek usiłuje wmówić społeczeństwu, że aby odrodzić i utrwalić w Polsce demokrację, wystarczy po prostu walczyć o to, „żeby było tak, jak było”, daje dowód, ze kompletnie nie zrozumiał nic z tego, co stało się w roku 2015. Ktokolwiek nadal twierdzi, że w tamtej Polsce wszystko działało jak trzeba, nikomu nie działa się niezasłużona krzywda, a Donald Tusk był najlepszym premierem w historii Polski, ten daje dowód, że nie przyswoił nawet tych głosów krytykujących stosunki panujące w III RP, które można było przeczytać i usłyszeć w mediach popierających obecna opozycję, z „Gazetą Wyborczą” włącznie. Restauracja III RP, proste przywrócenie tamtego systemu stosunków politycznych, społecznych i ekonomicznych ze wszystkimi ich wadami, nie tylko nie uratowałoby demokracji, ale szybko doprowadziłoby do ponownego przejęcia władzy przez antydemokratycznych populistów.

***

Jedyną szansą na rzeczywisty, trwały powrót Polski demokratycznej i prawdziwie wolnej jest całkowita zmiana wzorca myślenia o demokratycznym państwie, oparcie jego konstrukcji na innych zasadach, wynikających z innego niż dotychczas spojrzenia na społeczeństwo, politykę i ekonomię. Bo przecież już kilka lat temu, jeszcze pod rządami Platformy, społeczeństwo dojrzało do wymyślenia Polski na nowo.
Pracownicy dojrzeli do tego, aby żądać poszanowania ich praw, godziwej zapłaty za każdy rodzaj pracy, objęcia ochroną kodeksową wszystkich form zatrudnienia.
Przedsiębiorcy dojrzeli do tego, aby żądać traktowania ich przez państwo jako partnerów i uczciwych obywateli, a nie potencjalnych oszustów i złodziei, aby domagać się uproszczenia przepisów podatkowych i ograniczenia biurokracji.
Wszyscy dojrzeliśmy do tego, aby żądać od naszego państwa ochrony praw socjalnych, pomocy w sprawach przerastających nasze osobiste możliwości, ucywilizowania dżungli prawnej i ekonomicznej, w której musimy funkcjonować, ochrony przed nadużyciami firm prywatnych i instytucji samego państwa. Dojrzeliśmy do żądania, aby nie tylko od nas, ale i od instytucji państwa zaczęto wymagać przestrzegania prawa, solidnego wypełniania obowiązków, uczciwości i rzetelności. Że demokracja, jeśli ma istnieć, musi istnieć po coś, że ma sens wtedy, gdy w sposób rzeczywisty zabezpiecza prawa obywateli.

Niestety, do Platformy Obywatelskiej i wspierających jej władzę elit opiniotwórczych jakoś to nie dotarło. Do końca, prawie do samych wyborów, nie rozumiano w tych środowiskach, że uczciwe wybory, niezależne sądy, autostrady (zresztą jedne z najdroższych na świecie) i pociągi pendolino nie wystarczą do przekonania społeczeństwa, że skonstruowany w początkach lat dziewięćdziesiątych model społeczno-ekonomiczny ma jeszcze sens. Do samego końca wmawiano obywatelom, że ci, którzy chcą zmian, to głupcy, niewdzięcznicy, nieudacznicy życiowi, lenie i dziecioroby, alkoholicy, homines sovietici i, jak się raczył wyrazić Adam Michnik, gówniarze. Bo przecież nie po to red. Michnik i jego rówieśnicy walczyli o III Rzeczpospolitą, żeby teraz byle kto z byle powodu miał przy tej wymarzonej, okupionej krwią i więzieniem wolnej Polsce niepotrzebnie dłubać.

Do ówczesnego obozu rządzącego i jego zwolenników jakoś nie mogło dotrzeć, że owa wolna Polska to nie był tylko kraj uczciwych wyborów, prawdziwego Trybunału Konstytucyjnego, szklanych wieżowców, granitowo-marmurowych miejskich rynków, otwartych granic, autostrad i pendolino.
To był też przecież kraj eksmisji na bruk i czyścicieli kamienic. Kraj, w którym mogła zginąć Jolanta Brzeska, a sprawcy jej śmierci mogli pozostać bezkarni. To był rynek pracy oparty na standardach rodem z trzeciego świata, państwo, w którym normą było zaleganie z wynagrodzeniem za pracę i tępienie związków zawodowych w wielu firmach, a setki tysięcy ludzi z konieczności pracowały w oparciu o często niekorzystne dla nich umowy cywilno-prawne, nieraz ponad siły, bez ochrony kodeksowej.
W tej wymarzonej wolnej Polsce przez długie lata każdy urzędnik skarbowyska mógł z tryumfalnym uśmiechem poinformować przedsiębiorcę, że - ot, pech! – urząd pięć lat wcześniej pomylił się na korzyść podatnika w interpretacji przepisów. A potem dodać, że wobec tego zacznie od delikwenta natychmiast egzekwować pięcioletnie zaległości, których ten nawet nie był świadomy, popełnił bowiem błąd i uwierzył urzędnikowi własnego państwa. Nikogo nie obchodził los potraktowanych w ten sposób firm, ich właścicieli i pracowników.
To było państwo, w którym bezkarnie mogły nadużywać swoich uprawnień firmy windykacyjne i ochroniarskie, w którym tolerowano nadużycia komornicze, w którym znany detektyw mógł jeździć po kraju z ekipą prywatnej telewizji i przy pomocy grupy umundurowanych i zamaskowanych facetów zatrzymywać przed kamerami dowolne osoby.
To była Polska, w której sądy bez zmrużenia oka zatwierdzały areszty wydobywcze, kraj, w którym policja biła przesłuchiwanych pałkami po piętach, a zeznania wymuszano siłą nawet od świadków. W przeprowadzonej ostatnio wewnętrznej policyjnej ankiecie ponad połowa funkcjonariuszy stwierdziła, że akceptuje stosowanie nieuzasadnionej lub niewspółmiernej do sytuacji przemocy wobec obywateli. Tych policjantów nie wychowała Dobra Zmiana. Wychowała ich wolna, demokratyczna, europejska III Rzeczpospolita.
W tej wymarzonej wolnej Polsce cywilizowany transport zbiorowy istniał tylko w obrębie większych miast i na trasach przelotowych, nie istniały żadne zasady estetyki krajobrazu, a o przywrócenie do życia elementarnych zasad planowania przestrzennego i szacunku dla przestrzeni publicznej musiały walczyć obywatelskie ruchy miejskie.
To była Polska, w której na ołtarzu wolnego rynku edukacyjnego poświęcono poziom nauczania, wartość dyplomu magisterskiego i pozamerkantylne cele, jakie przez wieki przyświecały wspólnocie uniwersyteckiej.
A przede wszystkim była to Polska, w której neoliberalną zasadę wiecznego wyścigu wszystkich ze wszystkimi o dostęp do dóbr rynkowych podniesiono do rangi podstawowego fumdamentu współżycia społecznego, całkowicie marginalizując kwestie tak ważne i w procesie budowy nowoczesnego społeczeństwa kluczowe, jak międzyludzka solidarność, budowanie poczucia powszechnej wspólnoty obywatelskiej, niezbywalność podstawowych praw socjalnych i godności osobistej każdego człowieka.

Towarzyszyła temu wszystkiemu bierność ze strony tych, których zadaniem było eliminowanie zła i patologii z życia społecznego, i to pomimo, że niektóre z nich można było wyeliminować przy pomocy drobnych zmian w istniejących już przepisach lub wymuszenia na urzędnikach i funkcjonariuszach państwa przestrzegania istniejącego prawa. Robiono w tej sprawie niestety niewiele, mimo że nawet media nurtu liberalnego zaczęły w pewnym momencie zwracać uwagę, że coś z tą Polską jest nie tak, podpowiadały rozwiązania, alarmowały o skokowym wzroście liczby samobójstw, piętnowały samowolę organów podatkowych i komorników sądowych. W pewnym momencie zaczęto nawet – rzecz w mediach III RP długo niewidziana - krytykować patologię na rynku pracy. Pełna samozadowolenia władza odpowiadała mantrą o najlepszych dwudziestu pięciu latach w historii i ciepłej wodzie w kranie. Wystarczała jej Polska taka, jaka była.
Ogół tymczasem chciał Polski lepszej, innej, inaczej rządzonej. Widząc zaś, że sprawujący władzę politycy zajmują się jedynie bieżącym zarządzaniem, nie mając ani wizji, ani chęci naprawy tego, co najbardziej uwierało i krzywdziło przeciętnego obywatela, szukał alternatywy. Szukał na ślepo, po omacku, rozpaczliwie, aż w końcu znalazł rozwiązanie najgorsze z możliwych. Ale nie było przecież jego winą, że musiał szukać. I nie jest prawdą popularne do dziś wśród zwolenników restauracji starego porządku twierdzenie, jakoby społeczeństwo wybrało sobie PiS z nudów, z przesytu i dla żartu, że zrobili to ludzie, którym spowszedniały już czyste toalety i szybkie pociągi. Co więcej, jest ono obraźliwe dla wielu wyborców, którzy owego mitycznego pendolino nigdy nie widzieli na oczy, a komunikacja zbiorowa, z którą mają na co dzień do czynienia, polega na tym, że przez ich wioskę dwa razy na dobę przejeżdża zdezelowany bus.

***

Gorzka prawda jest taka, że mamy dziś półdyktaturę Jarosława Kaczyńskiego, bo nie potrafiliśmy w warunkach demokracji stworzyć państwa przyjaznego obywatelom i służącego ich interesowi, państwa chroniącego słabszych przed krzywdą ze strony silniejszych, a wszystkich – przed krzywdą ze strony organów samego państwa. Obywateli zaś, którzy się na to uskarżali, spotykało ze strony elit politycznych i medialnych niezrozumienie, krytyka, a czasem wręcz ledwo skrywana pogarda.
To się musiało skończyć tak, jak się skończyło.

Każdy więc, kto wypisuje dziś na sztandarach imię Piotra Szczęsnego, musi zdawać sobie sprawę, że nakłada to na niego obowiązek nie tylko walki i Polskę demokratyczną, ale i obowiązek sprzeciwu wobec prób przywracania porządków sprzed 2015 roku. Komu zależy na wolności, temu nie wolno jedynie chcieć, żeby było tak, jak było, ten musi chcieć Polski lepszej. Sukces demokracji i jej utrwalenie zagwarantuje jedynie budowa społeczeństwa wspólnoty w miejsce społeczeństwa wyścigu, bezwarunkowe uznanie służebnej roli polityków wobec wyborców, prymatu dobra wspólnego nad interesem partykularnym i pierwszeństwa ochrony słabszych i biedniejszych nad żądzą zysku możnych i wilczymi prawami nieograniczonej niczym gry rynkowej. Tylko Polska oparta na takich zasadach będzie mogła w przyszłości oprzeć się pokusie ponownego oddania się we władzę tej czy innej barwy populistom i autokratom.
Tylko w takiej Polsce będzie można powiedzieć, że ofiara Piotra Szczęsnego nie była ofiarą daremną.



środa, 25 października 2017

Narodowy faryzeizm

Poinformowano nas jakiś czas temu na stronach kancelarii premiera, że reprezentantka Prezesa Wszystkich Prezesów na stanowisku Prezesa Rady Ministrów, p. Beata Szydło, odwiedzi w dniu 22 października Kraków. I faktycznie, odwiedziła, a razem z nią przybył do tego miasta reprezentant Preze…, przepraszam, sam Pan Prezydent wraz z Pierwszą Damą. Zaszczyt ten spotkał dawną stolicę naszego kraju nie bez powodu. Otóż, wedle zapowiedzi ze strony KPRM, wierchuszka Dobrej Zmiany wzięła „udział w uroczystej Mszy Św. z nałożeniem paliusza księdzu arcybiskupowi Markowi Jędraszewskiemu”, zorganizowanej w katedrze wawelskiej.
O tym, z czyich pieniędzy opłacono pielgrzymkę władz Rzeczypospolitej do stóp krakowskich ołtarzy, źródła rządowe milczą.

***

Milkną też powoli echa zorganizowanej dwa tygodnie temu akcji modlitewnej pod nazwą „Różaniec do granic”. Akcji, która w normalnym europejskim kraju nikomu by nie przeszkadzała, w mediach niewyznaniowych zostałaby zapewne skwitowana krótkimi notkami, zaś media wyznaniowe mogłyby się skupić na jej wymiarze czysto religijnym. W tym czy innym periodyku kulturoznawczym ukazałby się zapewne jakiś dłuższy tekst dotyczący różańca jako przykładu asymilacji przez jedną religię obrzędów i przedmiotów kultu zapożyczonych z innej, gdzie indziej być może jakiś socjolog opisałby rzecz pod kątem statusu społecznego i stylu życia uczestników, psycholog społeczny zastanowiłby się nad tym, co pchnęło niektórych ludzi do kilkusetkilometrowej podróży ku granicom ich ojczyzny, przedsięwziętej tylko po to, żeby odmówić modlitwę, którą mogliby przecież bez problemu odmówić we własnym kościele parafialnym – i to by było na tyle. To, że katolicy lub wyznawcy dowolnej innej religii pomodlili się przez chwilę gdzie indziej niż zazwyczaj, w normalnym kraju demokratycznym po prostu nie wzbudziłoby jakichś specjalnych emocji. A jeśli nawet, to z pewnością nie tak gorących, jak ma to miejsce u nas.
Problem w tym, że pod względem stosunków wyznaniowych od dawna nie jesteśmy normalnym krajem demokratycznym, zaś pod rządami Dobrej Zmiany doszliśmy do granic (nomen omen!) swego rodzaju religijno-politycznej patologii. Religia wywołuje u nas coraz częściej emocje stricte polityczne, polityka coraz bardziej zanurza się w opary jakiegoś mistyczno-konfesyjnego absurdu, a wszystko razem powoduje, że nawet jasełka w szkole podstawowej są dziś niekiedy oceniane z politycznego punktu widzenia.

***

Pisanie o wydarzeniach religijnych jest dziś trudne. Objawiło nam się bowiem w ostatnich czasach mnóstwo ciotek (a także wujów) narodowo-katolickiej rewolucji, które co i rusz wychylają swe rozczochrane głowy z przeróżnych nisz i dziur, węsząc, czy aby ktoś nie napisał lub nie powiedział czegoś, co w ich pojęciu narusza uczucia religijne katolików. Jak się taka ciotka rewolucji uprze, to i do sądu pójdzie, broniąc zagrożonej rzekomo przez tak zwane lewactwo wolności religijnej. Wujowie zaś, dla odmiany często ogoleni na łyso, nawiedzają zbiorowo teatry, w których grane są „bluźniercze” sztuki, za wszelką cenę próbując nie dopuścić do ich wystawienia, a przynajmniej doprowadzić do sytuacji, w której widzowie do teatru nie wejdą, i aktorzy będą musieli poprzestać na obrażaniu uczuć religijnych pustych krzeseł. Może nie jest u nas jeszcze tak źle jak w Rosji, gdzie można dostać trzy lata łagru za łapanie wirtualnych pokemonów w cerkwi, ale i nasi obrońcy wiary i Krzyża Świętego bywają czujni.
Z góry informuję więc ciotki i wujów, że nie jest moim zamiarem obrażanie czyichkolwiek uczuć religijnych. Nie mam nic przeciwko modlitwie, również tej publicznej, obojętnie czy organizowana jest ona na granicach, w centrum stolicy czy w łodzi podwodnej na dnie Bałtyku, o ile nie jest to łódź państwowa. Nie przeszkadzają mi – w przeciwieństwie do wielu antyklerykałów – kościelne dzwony, wręcz przeciwnie, jakoś mi dziwnie, że w mojej lubelskiej parafii z niewytłumaczalnych powodów do tej pory nie zbudowano nawet prowizorycznej dzwonnicy i nic mi zza okna nie dzwoni. Do kościoła chodziłem dawno temu i raczej przejściowo, katolicyzm uważam jednak za nieusuwalną część polskiej kultury i tożsamości, choć zdecydowanie wolę ten od Lemańskiego i Bonieckiego niż ten od Jędraszewskiego i Hosera, o Międlarze nie wspominając. Nie postuluję też zakazu procesji bożocielnych, a Polski bez przydrożnych kapliczek i krzyży sobie nie wyobrażam. Niech się ludzie – wszystkich wyznań, nie tylko katolicy – modlą, gdzie tylko im na to pozwala prawo. Czepianie się modlitwy jako takiej, a tym bardziej twierdzenie, jakoby w świeckim państwie powinien istnieć zakaz publicznego manifestowania wiary, uważam za bezsensowne i szkodliwe przede wszystkim dla wspomnianego świeckiego państwa. Nie uważam też za stosowne, żebym ja, niepraktykujący agnostyk, miał prawo komentować czy tym bardziej krytykować to, że ktoś w coś wierzy i oddaje się praktykom swojej religii.

Wszystko to jednak pod warunkiem, że mamy do czynienia z modlitwą organizowaną i finansowaną jedynie przez osoby prywatne, związki wyznaniowe i organizacje pozarządowe. Jeśli jednak akt modlitewny jest w jakikolwiek sposób wspomagany finansowo przez ogół obywateli, przestaje być aktem czysto religijnym, staje się zaś imprezą ze stemplem państwowym, a więc podlega normalnej w przypadku takich imprez ocenie i krytyce. Dlatego o „Różańcu do granic” pisać nie tylko można, ale wręcz trzeba, podobnie jak i o innych sytuacjach, w których obserwujemy ewidentne zacieranie granicy między boskim a cesarskim.

***

Akcję różańcową formalnie zorganizowała fundacja Solo Dios Basta, a firmowali ją swoimi nazwiskami panowie Maciej Bodasiński i Lech Dokowicz, wsparcia udzielił zaś Episkopat Polski i nadgraniczne parafie. Ale nie tylko one. Impreza miała bowiem, jak to określono w materiałach promocyjnych, „Mecenasów i Sponsorów”, a wśród tych pierwszych znaleźć można było m. in. kontrolowana przez państwo spółkę energetyczną Energa i w stu procentach państwową Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Nawet chłopu małorolnemu po podstawówce trudno byłoby wmówić, że obie te firmy włączyły się w „otulanie Polski różańcem” (copyright by „Gość Niedzielny”) bez akceptacji czynników politycznych. Podobnie bez akceptacji państwowego właściciela trudno byłoby kolejowej spółce PolRegio wozić wiernych do pogranicznych stacji za złotówkę. Nie ma wątpliwości, że Dobra Zmiana pomogła pp. Bodasińskiemu i Dokowiczowi jak tylko mogła, choć oficjalnie się z poparciem nie afiszowała, a i jej reprezentacja podczas modlitw była – jak na obowiązujące obecnie zwyczaje - nader skromna.
Ciche wsparcie władz dla projektu różańcowego trudno jednak uznać w obecnych warunkach za rzecz dziwną czy niespodziewaną. „Różaniec” był bowiem de facto nie zwykłą modlitwą, ale masową manifestacją religijno-polityczną, doskonale wpisującą się zarówno w powszechną ostatnio tendencję do ubierania wszystkiego w kostium katolicko-patriotyczny, jak w rządową narrację o czyhających zewsząd na Polaków niebezpieczeństwach. To, co mówiono w okołoróżańcowych dyskusjach i głoszono z ambon podczas samej akcji,wzmacniało zaś popularną w ostatnich latach retorykę antyislamską i wspieraną przez obecne władze tendencję do budowania w kraju dystansu w stosunku do wszystkiego, co obce i inne. Do pewnego momentu nie ukrywali tych wątków sami organizatorzy. W udzielonym poźnym latem wywiadzie dla „Sieci Prawdy” p. Bodasiński wśród zagrożeń, które miałaby zwalczyć siła modlitwy na granicach, wymieniał między innymi islamizację i islamskie zamachy terrorystyczne, przypominał też, że „Europa modliła się przed bitwą pod Lepanto, gdy flota chrześcijańska powstrzymywała Turków”, a „cała Polska modliła się, gdy Sobieski szedł na Wiedeń”, a teraz znów jest niebezpiecznie, więc znów trzeba się tak samo modlić. W „narodowym” radiu ten sam Bodasiński straszył bliżej nieokreślona tragedią związaną z „podmywaniem fundamentów Europy”. Co prawda niedługo później ciut się zreflektował i w innym wywiadzie zapewniał, że akcja ma łączyć, a nie dzielić, nie jest broń Boże polityczna, a organizatorzy „chcą zburzyć mury, które są być może w naszych sercach” i podzielić się z innymi narodami skarbami polskiej duchowości, ale było już trochę za późno na takie łagodzenie przekazu.

Cała lękowa i niemal wojenna narracja żyła już bowiem swoim życiem, zarówno przed dniem „Różańca”, jak i podczas jego odmawiania. „Potężna broń duchowa ma uchronić Polskę przed islamizacją” – informowała na stronie internetowej „Polonia Christiana”. „Nie możemy roztopić się w bezideowej Europie” – mówił mediom Jerzy Zelnik, jeden z wspierających akcję ludzi kultury i celebrytów (w materiałach promocyjnych określanych mianem „Ambasadorów”). Dobrozmianowy tygodnik „Do Rzeczy” pisał o „modlitewnym szturmie granic”, a portal Telewizji Republika głosy krytyczne wobec „Różańca” nazwał „skowytem szatana”.
Nie przebierali w słowach niektórzy duchowni biorący udział w wydarzeniu. „Pomóżmy Matce Boskiej Fatimskiej uratować ludzkość od zagłady!” – wzywał w homilii na granicy białoruskiej ojciec Jerzy Garda, precyzując, że można tego dokonać przez „czynną obronę Polski, Kościoła i Europy przed inwazją islamu i ideologią gender”, a podjęcie takiej obrony jest koniecznością, bo „wytoczono przeciw Polsce diabelskie armaty”. Metropolita krakowski, jeszcze bez paliusza, Jędraszewski straszył wiernych w Zakopanem… trzecią wojną światową, która „już jest”, a polega na tym, że „ludzie chcą żyć, jakby Pana Boga nie było” i „wołaja o pokój, a przygotowują się do jeszcze okrutniejszej wojny”.
Sadząc po tym, co można było gdzieniegdzie zobaczyć, na wojnę szykowali się też chyba sami wierni. Media obiegły zdjęcia odzianego w polar, dżinsy i adidasy jegomościa z ogromnym mieczem, jeszcze większym krzyżem i ryngrafem na piersiach. Pojawili się Rycerze Chrystusa Króla w czerwonych pelerynach, choć na szczęście bez żadnych wojennych akcesoriów. Na forach internetowych cieszono się, że akcja „pokazuje siłę ostatniego bastionu chrześcijaństwa, jakim jest Polska” i „pokazuje środkowy palec dla zalewu islamu w całej Europie Zachodniej”. Wyrażano też nadzieję, że „może świat zauważy, że Polska potrafiła się skrzyknąć i obstawić granice z różańcem w ręku”. Mimo nielicznych prób rzeczywistego przełamywania granic (wspólna modlitwa z Niemcami pod Szczecinem, zaproszenie do współuczestnictwa dla kaliningradzkich Rosjan), akcja okazała się potężną demonstracją polskiej oddzielności i konserwatyzmu, a także lęku przed światem i współczesnymi prądami cywilizacyjnymi. A przede wszystkim lęku przed islamem, reprezentowanym w polskich głowach głównie przez uchodźców. Ci zaś, od miesięcy demonizowani i niemal odczłowieczani przez propagandę Dobrej Zmiany, zlali się w tych głowach w jedno z islamskimi terrorystami.

Nawet fizyczny sposób odmawiania tego „Różańca” urasta do rangi symbolu. Pojawił się bowiem oto masowo na granicy Rzeczypospolitej typowy Polak-katolik, który mruczał swoje modlitwy odwrócony tyłem do świata zewnętrznego, prosząc przy tym siły wyższe, żeby się od niego ten świat zewnętrzny raz na zawsze odstosunkował, choćby nawet akurat uciekał przed bombami i tonął w morzu. Była ta akcja jakimś przedziwnym połączeniem przedsoborowej dewocji, narodowo-katolickiego mesjanizmu („potężna modlitwa” Polaków miałaby „wpłynąć na losy Polski, Europy, a nawet całego świata”), kulturowej ciasnoty i kompletnie nieproporcjonalnej w stosunku do zagrożenia islamofobii. Cała zaś kampania propagandowa ją poprzedzająca pełna była słów i obrazów pobudzających narodowe lęki, chwilami aż za bardzo przypominających to, co na temat islamu i Europy Zachodniej mają codziennie wieczorem do powiedzenia redaktor Holecka na zmianę z redaktorem Ziemcem. Wszystko to mniej służyło modlitwie, a bardziej przekonaniu większości Polaków, że przez obstawione wiernymi granice nie tylko nie przeniknie żaden uchodźca ani genderysta, ale nawet mysz się nie przeciśnie. A jeśli nawet jej się uda, od razu oberwie w łeb. Różańcem.

***

Fakt sponsorowania przez państwowe spółki wydarzenia religijnego, jakim był oficjalnie „Różaniec do Granic”, oburzył część komentatorów, ale raczej niewielu zdziwił. Sojusz ołtarza z tronem trwa u nas przecież od 1989 roku, i jest prostą konsekwencją udziału Kościoła w obradach Okrągłego Stołu, przy którym miał on w założeniu być mediatorem, szybko zaś stał się czymś w rodzaju trzeciej strony obrad. Jak pokazały pierwsze lata po obaleniu komunizmu, wywalczył sobie w tych rozmowach bardzo wiele, w tym rażąco niekonstytucyjną Komisję Majątkową. Dwa lata temu przyszła zaś Dobra Zmiana i podniosła de facto wspomniany sojusz do rangi jednej z pozakonstytucyjnych, lecz realnie istniejących podstawowych zasad ustrojowych (innym przykładem takiej zasady są faktyczne rządy Prezesa). W praktyce wygląda ona tak, że o ile do roku 2015 dało się jeszcze mniej więcej odróżnić, co w polskim państwie jest sferą świecką, a co wyznaniową, to obecnie jest to niemal niemożliwe. Najwyraźniej nawet tzw. totalna opozycja się już do tego przyzwyczaiła, skoro jeden z jej przywódców zaliczył ostatnio Kościół do „głównych sił politycznych”.
Z tego wynikają określone zachowania sterników nawy państwowej. Władzom państwowym Najjaśniejszej należy się szczery podziw i uznanie, że w ogóle znajdują czas na rządzenie krajem, bo gdybym ja musiał w czasie urzędowania tyle godzin spędzać w kościele, to chyba nie byłbym w stanie podołać pozostałym obowiązkom. Pełen garnitur polityków PiS-u i przystawek regularnie odwiedza toruński bastion Ojca Dyrektora, uczestnicząc solennie w długich nabożeństwach. Dobrze zmieniona władza chętnie pielgrzymuje także do Częstochowy, choć z jakichś przyczyn woli dojeżdżać tam kolumną uprzywilejowanych samochodów, niż, jak Pan Bóg przykazał, iść na Jasną Górę piechotą. Tłum ministrów i posłów obozu rządzącego widzieliśmy w kościołach między innymi przy okazji intronizacji Chrystusa Króla i Pana, podczas obchodów stulecia objawień fatimskich, w dniu otwarcia Świątyni Opatrzności Bożej, w 1050 rocznicę chrztu Polski i w 31. rocznicę powstania „Solidarności”.
Niezwykle chętnie klęczy w różnych świątyniach sam Pan Prezydent. Sprawia on wręcz chwilami wrażenie, jakby po cichu żałował, że mieszka i urzęduje w Pałacu Prezydenckim, a nie w którymś z dwudziestu siedmiu polskich pałaców biskupich. Widać po nim aż za dobrze, że chodzić do kościoła po prostu lubi. I gdyby nie fakt, że jest urzędującym prezydentem świeckiej republiki, nikt nie miałby o to do niego pretensji.
Na dobrą sprawę, ja się nawet Panu Prezydentowi jakoś specjalnie nie dziwię. Gdybym to ja był Panem Prezydentem (i jednocześnie głęboko wierzącym katolikiem), być może trudno byłoby mi uniknąć poczucia jakiegoś boskiego natchnienia czy misji i związanej z tym potrzeby częstego dziękowania Stworzycielowi. Jakże bowiem można się obronić przed takimi uczuciami, jeśli zostało się wybranym w Zielone Świątki, zaprzysiężonym w dniu Podwyższenia Krzyża Świętego, a w tak zwanym międzyczasie, w Dniu Dziękczynienia, osobiście złapało się fruwającą na wietrze hostię? I jak nie uwierzyć w szczególne posłannictwo własnej osoby, gdy bierze się udział w rewolucji, która w imię Boga, Honoru i Ojczyzny zmienić ma „kondominium rosyjsko-niemieckie” w upragnioną, rzeczywistą Polskę Niepodległą?
Andrzej Duda tak przyzwyczaił obywateli do częstych publicznych modłów, że niektórzy mieli nawet do niego pretensje, gdy zorganizował u siebie „Różaniec do Granic”, nie informując o tym mediów i nie chwaląc się tym na portalach społecznościowych. No cóż, Pan Prezydent trochę oberwał od swoich fanów (a w zasadzie fanek), ale sam sobie na to zapracował wcześniejszym nieumiarkowaniem w publicznym manifestowaniu wiary.

Dobra Zmiana nie poprzestaje jednak na samej obecności w kościołach. Za pośrednictwem mediów „narodowych” i innych instytucji stara się ona skutecznie przyzwyczaić nas do tego, że przesycenie sfery publicznej symbolami i treściami religijnymi jest rzeczą najzupełniej normalną, że tak ma być, i że katolicyzmem Polak powinien oddychać jak powietrzem. Ma być tego dookoła tyle, żebyśmy w końcu przestali zauważać, że jakoś tego jest za dużo.
Ilość relacji telewizyjnych i radiowych oraz informacji o przeróżnych mszach, festiwalach religijnych, pielgrzymkach, odpustach i konferencjach naukowych poświęconych sferze wyznaniowej jest już chyba porównywalna z ilością podobnych tematów w przedwojennych kronikach filmowych. Jakby tego było mało, co pewien czas TVP nadaje wywiad z jakimś biskupem czy kardynałem. Oczywiście od dawna nikt nie każe arcypasterzom fatygować się do studia, to dziennikarze jeżdżą do nich, i to nawet jeśli wywiadu udzielić ma któryś z purpuratów warszawskich. Rozciągnięto więc na książąt Kościoła przywilej przysługujący dotychczas jedynie prezydentowi! Takich praw w TVP nie ma nawet sam Prezes, który jednak musi czasem przyjechać z Nowogrodzkiej na Woronicza.
Do akcji ukatoliczania kraju włączają się różne firmy i instytucje państwowe. Wspomniana już PWPW, co i rusz wypuszcza okolicznościowe banknoty i inne papiery o tematyce religijnej. Ukazała się ostatnio dwudziestozłotówka z Matką Boską Częstochowską, są w obiegu znaczki pocztowe z serii „Madonny Kresowe”. Inna wymieniona już wyżej spółka, Energa S.A., została oficjalnie „oddana pod opiekę Opatrzności Bożej”, co skrytykowały nawet niektóre media katolickie. Co ciekawe, w obronie Energi stanęła… PWPW, tłumacząc, że „państwowe spółki mają obowiązek pielęgnowania wartości chrześcijańskich”(!). Aż dziwne, że nic na razie nie słychać o oddawaniu w opiekę siłom wyższym polskich kolei. Być może z powodu pendolino, które zostało, jak wiadomo, sprowadzone na nasze tory za rządów PO, zatem z pewnością od diabła pochodzi i najpierw należy je wyegzorcyzmować.
Wszystkich konkurentów przebija jednak na tym polu Poczta Polska. Wizyta na poczcie gwarantuje od pewnego czasu wrażenie załatwiania spraw pocztowych w sklepiku parafialnym lub w księgarni fundacji ojca Rydzyka. Co najmniej trzy czwarte asortymentu książkowego Poczty stanowią w dobie obecnej pozycje o tematyce religijnej bądź patriotycznej, a wiadomo, że u nas jedno nie wyklucza drugiego, a nawet często obie te rzeczy idą w parze. Można więc kupić na poczcie duży tom pod tytułem „Wszystko o Matce Bożej”, są dzieła traktujące o objawieniach fatimskich, Janie Pawle II, Matce Teresie, a jeszcze niedawno dostępne były m.in. „Duch Święty”, „Andrzej Bobola”, „Matka Boża” i patriotyczny modlitewnik „W intencji Ojczyzny”, a z rzeczy lżejszych… „Kuchnia siostry Anastazji”! Narzekano na schyłkową III RP, że zrobiła z urzędów pocztowych sklepy z mydłem i powidłem, teraz mamy Dobrą Zmianę, i ze sklepów zrobiły się księgarnie narodowo-katolickie. Dobrze, że w ogóle ktoś jeszcze na Poczcie wydaje przesyłki i sprzedaje znaczki. Ale i z nich, jako się rzekło, patrzy na nas niekiedy Matka Boska!

***

Nie siedzę w skórze zwolennika, a tym bardziej wyznawcy zaprowadzanych obecnie w Polsce porządków, nie wiem więc, jak przeciętny zwolennik Dobrej Zmiany odbiera serwowane mu niemal codziennie obrazki pań Szydło i Kempy klęczących wśród ozdobnych ławek, krucyfiksów i konfesjonałów. Nie wiem, na ile akceptuje on tragikomiczną czołobitność tych dwóch pań wobec Ojca Dyrektora. Być może ci, którzy akceptują nową, kaczystowską Polskę, akceptują także ów swoisty religijno-urzędowy folklor. Każda rewolucja ma swój zespół rytuałów i zasób ikonografii, który wykorzystuje, aby odróżnić siebie i ustanowiony przez siebie porządek od tego, co istniało wcześniej. Rewolucja Jarosława Kaczyńskiego najprawdopodobniej zapisze się w historii jako bezkrwawy (oby do końca!) i długotrwały przewrót konstytucyjny suto omaszczony militarystyczno-patriotyczno-katolickim sosem, a Matkę Boską na poczcie i lansady minister Kempy przed księdzem Rydzykiem będą zapewne dla nas po latach tym, czym dla naszych dziadków i rodziców są dziś plakaty z dziewczyną na traktorze czy wspomnienie pierwszych sekretarzy Komitetu Centralnego machających łopatą podczas niedzieli czynu partyjnego.

Być może większość z nas z czasem do tego wszystkiego przywyknie i przestanie jej to przeszkadzać. Ludzie potrafili w końcu żyć normalnie i bez problemów natury polityczno-estetycznej nawet w państwach Hitlera, Stalina, Ceausescu i Pinocheta, trudno więc, żeby problemy te nurtowały ich w warunkach nieporównanie łagodniejszej opresji kaczystowskiej. Już dziś przecież nie szokuje nas ani Trybunał Konstytucyjny zamieniony w sąd pomocniczy Dobrej Zmiany, ani to, że podpisanie przez prezydenta jednej niekonstytucyjnej ustawy zamiast trzech uznano za odwagę godną męża stanu.
Pozostaje jednak kwestia smaku. Gdy w Radiu Maryja słyszę Ojca dyrektora, który dopytuje premier polskiego rządu i szefową jej kancelarii, czy aby na pewno wystarczająco często oddają się modlitwie, a one, z uniżonymi uśmiechami, niczym dziewczynki na lekcji religii w podstawówce, zapewniają z przejęciem, że, cytuję, „my, siedzące przy tym stole, modlimy się, dwie Beaty się modlą”, to czuję, że w ich osobach ośmieszane i poniżane jest moje państwo. Gdy widzę funkcjonariuszy Dobrej Zmiany obnoszących się ze swoją religijnością, gdy telewizja pokazuje mi Pana Prezydenta z kolanami przyrośniętymi do klęcznika, nie umiem nie pamiętać o tym, że ci sami ludzie swoim uporem w sprawie uchodźców być może przyczynili się do wielu ludzkich tragedii. Trudno mi patrzeć bez niesmaku na faryzejskie gesty polityków, którzy codziennie podejmują decyzje dalekie od jakiejkolwiek chrześcijańskiej inspiracji.
Gdyby bowiem byli prawdziwymi chrześcijanami, widzieliby Chrystusa w uchodźcach z krajów arabskich. Widzieliby Go w zrozpaczonych Czeczenach, koczujących na polsko-białoruskiej granicy, w posłach Platformy i Nowoczesnej, w gejach, transseksualistach i bitych żonach, w parach, dla których jedyną nadzieją rodzicielstwa jest zabieg in vitro. Widzieliby Go w cudzoziemcach, atakowanych na polskich ulicach przez dziarskich chłopców w „odzieży patriotycznej” za kolor skóry lub mówienie po niemiecku. W Adamie Michniku i Tomaszu Lisie, w kobietach z Czarnego Protestu i głodujących rezydentach. We wszystkich tych, przeciwko którym dzień w dzień szczują w „narodowej” telewizji, w tych, którym zamykają drzwi do Polski i w tych, których nazywają elementem animalnym, targowicą, gorszym sortem i komunistami. W tych wszystkich, którym Dobra Zmiana odbiera prawo wolnego wyboru, poczucie godności i nadzieję.

Problem jednak w tym, że nasi rządzący nie widzą twarzy Jezusa ani w twarzach uchodźców, ani w obliczach inaczej myślących i czujących, ani w twarzach politycznych rywali. Twierdzą, że sprawują władzę w imię ewangelicznych wartości, a jednocześnie wbrew zaleceniom Ewangelii nie szukają w bliźnim dobra, ale tropią w nim zło. Krzyża używają jako kija do obrony przed każdym, kto podaje w wątpliwość stuprocentową słuszność ich działań i poglądów. Dla przeciwników mają głownie słowa pogardy i odrzucenia, zamiast łączyć ludzi ponad granicami, nastawiają Polaków przeciwko cudzoziemcom i przeciwko innym Polakom. Niczym biblijni faryzeusze głoszą publicznie wartości krańcowo odmienne od tych, którym hołdują w zaciszu gabinetów, na zamkniętych partyjnych spotkaniach, a nieraz i w życiu prywatnym. Dzierżąc krzyż i owijając się narodową flagą, sieją nienawiść między obywatelami kraju i niszczą jego międzynarodową pozycję.
Kaczyzm nie jest bowiem niczym innym jak narodowym faryzeizmem, systemem budowanym na pozorach, obłudzie i hipokryzji, głoszeniu szczytnych haseł i ostentacyjnym odwiedzaniu kościołów przy jednoczesnym rozmyślnym demolowaniu własnego kraju i ośmieszaniu własnej religii.
Mamy rząd udający gorliwych chrześcijan bezinteresownie służących narodowi, który trwa w patologicznej symbiozie z dostojnikami Kościoła, udającymi bezinteresownych apostołów Jezusa Chrystusa. Mamy grupę prawników udającą Trybunał Konstytucyjny. Mamy rzeczywistego przywódcę kraju, który udaje, że jest zwykłym posłem i robiącego groźne miny mieszkańca warszawskiego pałacu, który udaje, że jest rzeczywistym przywódcą kraju. Mamy ministra środowiska, który udaje, że chroni przyrodę. Istnieje też w tym układzie partia popierająca rząd, która udaje bezpartyjny obywatelski blok opozycyjny. Są propagandyści udający dziennikarzy informacyjnych i agitatorzy polityczni udający satyryków. Jest telewizja rządowa udająca obiektywne medium publiczne. Jest wreszcie minister o płonących oczach, którego pół narodu uważa za wariata udającego człowieka zdrowego, a drugie pół – za człowieka zdrowego udającego wariata.

I jesteśmy my, coraz bardziej udający, że to wszystko to jeszcze jest demokracja.
















czwartek, 3 sierpnia 2017

Nie wolno gasić tych świec!

Lipcowej fali protestów nie przewidział chyba nikt, ani rządzący, ani opozycja. Demokratycznie zorientowana część społeczeństwa, która przez ostatnie dwa lata nie do końca chyba zdawała sobie sprawę, czym grozi milczenie w obliczu wybryków Jarosława Kaczyńskiego i jego partyjnych towarzyszy, w końcu obudziła się z letargu i ruszyła na ulice. I – niezależnie od tego, czy i jakie skutki przyniesie w przyszłości Łańcuch Światła – dokonała czegoś wielkiego.
Wyjść na ulice w takim momencie, w ogniu takich emocji społecznych, będąc narażonym na nieustanny ostrzał obraźliwej, cuchnącej, stalinowskiej z ducha propagandy wylewającej się z „narodowej” telewizji, i nie ulec potrzebie odwetu – to wielka sztuka. Organizatorzy i uczestnicy lipcowych manifestacji tej sztuki dokonali. Manifestowali godnie i pokojowo, wbrew narracji rządowych mediów, każdego dnia próbujących wmówić odbiorcom, że ci, którzy stoją za protestującymi, dążą do puczu i zamieszek. Coraz bardziej niedorzeczne teksty widniejące na paskach ekranowych TVP Info kwitowano na ulicach śmiechem, wypowiadane przez polityków obozu władzy teksty o zdrajcach, kanaliach i ubeckich wdowach ulica przejmowała i czyniła z nich oręż w słownej walce z partią Prezesa.
Dla wielu młodych udział w Łańcuchu Światła może się stać pokoleniowym przeżyciem, choć trudno to dziś jednoznacznie prognozować. Ostatnie, korzystne dla władz decyzje Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego, mogą bowiem wśród tych, którzy wyszli na ulice ze świecami, wywołać poczucie, że zostali oszukani czy nawet zdradzeni. Szczególnie decyzja NSA, de facto uznająca legalność wyboru tzw. sędziów dublerów Trybunału Konstytucyjnego, może się wydawać szokująca. Niezależnie jednak od tych okoliczności, lipiec 2017 roku z pewnością stał się dla uczestniczącej w nim młodzieży lekcją obywatelskiej postawy i obywatelskiej odpowiedzialności. Oby ją zapamiętali i zawsze pozostali wierni idei pokojowej walki o to, co najważniejsze.

***

Tak, trzeba zapamiętać ten lipiec. Trzeba zapamiętać ten czas, gdy sprzeciw wobec przepychanej przez Sejm z pogardą dla jakichkolwiek zasad parlamentarnej debaty i procedur demokratycznych reformy sądownictwa wyprowadził tysiące ludzi na ulice polskich miast. Wziąć pod powieki i zatrzymać obraz tłumu ze świecami, biało-czerwonych flag na wietrze, obraz tych twarzy, w których nie było nienawiści, nie było nawet jeszcze gorącego gniewu, ale była świadomość, że jeśli Dobra Zmiana wygra bitwę o sądy, wejdzie na prostą drogę do jedynowładczej dyktatury Prezesa Rzeczypospolitej.
Tyle razy przez ostatnie dwa lata wyrażano lęk, że kaczyści i ich jawni oraz udający opozycję sojusznicy zawłaszczą całkowicie polskie symbole, że polska flaga stanie się flagą tylko i wyłącznie pisowską, że tradycja podziemnej „Solidarności” z całym towarzyszącym jej sztafażem, zostanie przejęta w całości przez grupę rządzącą, a strona liberalna będzie musiała wymyślić swoje własne symbole, a ze starych pozostanie jej tylko unijna flaga i osoba Lecha Wałęsy. Jeszcze inni mówili, że młodzi nie pójdą za „starymi dziadami z podziemia”, nie porwą ich opowieści o bibule i konspiracji. Same opowieści może i nie porwały, słusznie zresztą ktoś ostatnio zauważył, że dla dzisiejszych dwudziestolatków poseł Rulewski to przede wszystkim działacz Platformy, która najchętniej wszystkich ich wysłałaby na śmieciówki albo za granicę, a dopiero potem bohater dawnych walk o wolność. Jednak to, że nie porwały, nie oznacza, że demokratyczna polska młodzież nie doceniła ich wartości.
Okazuje się, że nie tak łatwo zawłaszczyć coś, co jest dziedzictwem całego narodu. Jedną z rzeczy, które najbardziej rozdrażniły Dobrą Zmianę i zastępy jej medialnych pomocników, był las biało-czerwonych flag ponad protestującym tłumem. Ci, którzy uznali, że są jedynymi depozytariuszami narodowych świętości, i którzy od dwóch lat powtarzają, że po stronie przeciwnej idą jedynie wyzuci z narodowego i państwowego poczucia byli esbecy opłacani przez Merkel i Sorosa, nie mogli zrozumieć, jak to jest, że ci „tak zwani Europejczycy” głośno i publicznie wypowiadają słowa takie jak „patriotyzm” i „naród”, że pod koniec każdej manifestacji śpiewają w uniesieniu hymn, ba, nie są im obce nawet pieśni Gintrowskiego i Kaczmarskiego. Wiceminister spraw wewnętrznych, p. Zieliński (ten, dla którego podlascy policjanci wycinali w czasie pracy konfetti), nie mógł zdzierżyć, gdy usłyszał demonstrantów śpiewających pod Sejmem „Mury”, i wyzwał ich na Twitterze od komunistów, esbeków, zdrajców i łotrów. Kaczyści tak długo ćwiczyli samych siebie i swoich zwolenników w widzeniu po drugiej stronie nie-Polaków, że w pewnym momencie chyba sami zaczęli wierzyć w swoją propagandę, i nagłe odkrycie faktu, że obóz przeciwny także wspierają Polacy, wywołało u nich dość bolesny dysonans poznawczy. Nic dziwnego, że wiceszefowi MSWiA ulał się jad. Nie tylko zresztą jemu: senator Bonkowski zobaczył na ulicy upiory bolszewickie i ubeckie wdowy.

Dlatego trzeba to wszystko zapamiętać, aby nie umknęło. Te tłumy stojące w ciepłym blasku świec. Aktorów czytających konstytucję. Studentki w koszulkach z napisem „ubecka wdowa, rocznik 1998”. Pieśń „Miejcie nadzieję” rozbrzmiewającą w ciepłym, łagodnym powietrzu lipcowych wieczorów. Okrzyki „wolne sądy” i „wolna Polska” bijące w rozgwieżdżone letnie niebo sprzed Pałacu Prezydenckiego. Białe róże i egzemplarze Ustawy Zasadniczej w rękach tłumu. Sędzię Gersdorf, pierwszą prezes Sądu Najwyższego, przepraszającą publicznie za arogancką wypowiedź o tym, jakoby 10 tysięcy złotych było w Polsce niska pensją. Wykłady prawa konstytucyjnego na wolnym powietrzu. Ręce uniesione w geście wiktorii. Leżących demonstrantów uderzających nogami w policyjne barierki. Zespół muzyczny towarzyszący blokadzie wyjazdu z Sejmu. Rzucony na ścianę Sądu Najwyższego napis „to jest nasz sąd”…
A przede wszystkim twarze. Skupione, poważne, czasem tylko kwitujące śmiechem informacje o kolejnych dziwactwach wymyślanych przez rządową propagandę i samych polityków obozu władzy. Twarze starsze i młodsze, twarze ludzi dwóch, a może i trzech pokoleń. Wielu z nich wyszło na ulicę pierwszy raz w życiu, inni pierwszy raz po wielu latach. Zapamiętajmy je i zapamiętajmy te dni, gdy okazało się, że polski patriotyzm nie musi mieć twarzy łysego osiłka z falangą na rękawie, a polska młodzież to nie tylko Kukiz, Korwin i skrajna prawica. Ta pamięć może być potrzebna, jeśli spełni się marzenie Prezesa o „dekoncentracji” i „repolonizacji” mediów, i nie będzie kto miał dawać odporu plugastwu wylewającemu się z ekranów „narodowej” telewizji. Wtedy mogą być bardzo potrzebni ci, którzy zapamiętali, jak było naprawdę.

***

Ale trzeba też zapamiętać inne obrazy. Trzeba wdrukować sobie w głowę twarz posła Piotrowicza, z cynicznym uśmiechem zamieniającego sejmową komisję sprawiedliwości w jakąś niespotykaną nawet w tym Sejmie parodię samej siebie. Niech nam nigdy nie umilknie w uszach wrzask, śmiechy i tupanie posłów Dobrej Zmiany szydzących z profesor Gersdorf, groźby posłanki Pawłowicz wobec dziennikarzy, niech nam się przypominają minister Błaszczak i wicemarszałek Terlecki, niemal taranujący ciałami każdego posła, który ośmieli się zbliżyć do Jarosława Kaczyńskiego. I niech zawsze pozostanie w naszych głowach obraz rozczochranego, purpurowego, zapluwającego się własną śliną Prezesa, wchodzącego na mównicę „bez żadnego trybu” i wywrzaskującego w kierunku ław opozycji słynny tekst o kanaliach, mordercach i mordach zdradzieckich. Niech nam to wszystko przypomina o tym, w ręku jakich ludzi znalazła się Polska, i że ta władza bywa nie tylko śmieszna w swojej głupocie i ignorancji, ale może być także groźna w swojej furii i nieprzewidywalności.

Bo że bywa nieprzewidywalna, nawet sama dla siebie, udowodniła właśnie przy okazji ustaw sądowych. Gdy dwie z nich były już gotowe, a trzecią właśnie przepychano przez parlament, do gry wkroczył Pan Prezydent, który zgłosił poprawki. Ponieważ jednak Pan Prezydent nawet w oczach własnej większości parlamentarnej od dawna nie był nikim więcej niż Adrianem z „Ucha prezesa”, większość owa postanowiła prezydenckie poprawki tak przerobić, żeby… nie dawały p. Dudzie absolutnie nic z tego, czego się domagał.
I wtedy Pałac postanowił pokazać Sejmowi, że żyjemy jednak w realu, a nie w „Uchu”. Pan Duda ustawy zawetował, przy okazji komplikując mocno sytuację Mariuszowi Kamińskiemu, gdyż sprawą jego ułaskawienia będzie się w wyniku tej decyzji zajmował jeszcze stary Sąd Najwyższy. Jeśli uzna, że ułaskawienie było bezprawne i jest nieważne, proces będzie musiał być dokończony, a minister straci dostęp do informacji niejawnych i – przynajmniej tak by było w normalnej Polsce – przestanie być ministrem.
Obojętnie z jakich powodów nagle wyczerpał się tusz w długopisie Pana Prezydenta, mieszaninę wściekłości, zdumienia i zakłopotania na twarzach liderów Dobrej Zmiany też warto zapamiętać.

***

Dobra Zmiana trwa. Jej przywódcy jednoznacznie dają do zrozumienia, że nie zejdą z raz obranej drogi. Prezes Kaczyński w trzygodzinnym niemal wywiadzie w Radiu Maryja stwierdził, że „reforma sądów będzie, i to radykalna, jak zapowiadaliśmy”, z kolei minister Macierewicz zdradził w Telewizji Trwam (taki się tu zrobił kraj, trochę jak Arabia Saudyjska: najważniejsi politycy objawiają obywatelom swoje myśli w mediach wyznaniowych) ostrzegł, że weto prezydenckie nic nie da, bo PiS ma plan skutecznego przeforsowania ustawy, którego na razie z wiadomych względów nie wyłuszcza, ale w swoim czasie wszyscy go poznamy. Minister Ziobro, najbardziej ugodzony wetem, grubiańsko poucza p. Dudę, że nie on i nie jego długopis jest w tym kraju najważniejszy. Trudno powiedzieć, czy na decyzję Pałacu wpłynęły protesty społeczne, perswazja środowisk bliskich prezydentowi, czy wszystko jest jedynie wynikiem znanej od dawna wzajemnej niechęci panów Dudy i Ziobry, jednak niezależnie od przyczyn całego zamieszania, mamy w tej chwili przynajmniej chwilową wojnę domową w obozie władzy, z czego opozycja i środowiska prodemokratyczne mogą i powinny się cieszyć.
Być może prezesowi uda się złamać prezydenta tak, jak już udało mu się złamać ministra Gowina, który jeszcze niedawno miał wątpliwości, a dziś znów deklaruje stanie murem za Dobrą Zmianą. Metod i możliwości nacisku z pewnością ma wiele. Jednak czasu nie cofnie: powstała trwała rysa na obrazie Zjednoczonej Prawicy jako monolitu, „ręki milionopalcej” sprawnie wymiatającej z różnych miejsc resztki złogów komunistycznych, i przebijającej osinowym kołkiem upiory bolszewickie. Nie jest poza tym wykluczone, że Prezesowi jednak nie uda się poskromienie swojego przedstawiciela na stanowisku prezydenta, i pisowska wojenka wewnętrzna przerodzi się w stan permanentny, co skutecznie utrudni frakcji rewolucyjnej budowanie dyktatury Prezesa. Obóz władzy, czy chce, czy nie chce, straci na obecnej sytuacji przynajmniej wizerunkowo, o ile nie politycznie.
To po pierwsze. Po drugie – i to być może jest rzecz ważniejsza – wreszcie obudziła się i policzyła się Polska demokratyczna, Polska, która, uznając prawo obecnej ekipy do rządzenia krajem, nie zgadza się na podkopywanie ścian nośnych demokracji. Padł mit stuprocentowej prawicowości polskiej młodzieży, mit apolityczności wykształconej ludności wielkich miast, padł wreszcie mit mówiący o tym, że demonstrować przeciwko rządowi wychodzą tylko i wyłącznie zwolennicy powrotu do III RP z jej warstwą rządzącą i wszystkimi błędami przez nią popełnianymi. Przemowy Leszka Balcerowicza czy Grzegorza Schetyny przez znaczną część demonstrantów przyjmowane były obojętnie, a przez niektórych wręcz z niechęcią, zaś z przedstawicieli środowisk neoliberalnych owacje zebrała przede głównie posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. Bynajmniej nie za poglądy, ale za to, że odważyła się z sejmowej mównicy wykrzyczeć Prezesowi w twarz, że opozycję wybrał ten sam suweren, który dał mu władzę, i dlatego nikt nie ma prawa publicznie obrażać jej przedstawicieli. Z pewnością pomogło jej i to, że jest młoda, i nie jest z Platformy, dzięki czemu wydaje się nieskażona tym wszystkim, co kumulowało się przez lata i spowodowało w końcu upadek Polski platformerskiej.

Po trzecie wreszcie – być może bylismy świadkami narodzin mitu. Kto wie, czy kiedyś wieczorne „spacery turystów”, jak je lekceważąco nazwał minister Błaszczak, nie staną się symbolem początku drogi do nowej, wolnej Polski. Do Polski innej niż dziwaczna kaczystowska mieszanka sanacji z peerelem, ale też innej niż to, co było przed Jarosławem Kaczyńskim. Sprawiedliwszej i bardziej demokratycznej. Polski, która musi powstać, bo jeśli jej nie zbudujemy, będziemy na zawsze skazani na populistyczne dyktatury.

***

Sierpniowe, a więc wydane już po lipcowych protestach i decyzjach prezydenta Dudy orzeczenia Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego zapadły w momencie najgorszym z możliwych. O ile jeszcze można doszukać się w decyzji SN jakichś przesłanek wynikających z próby ratowania resztek prawnej normalności (choć jest rzeczą wątpliwą, czy sąd miał prawo całkowicie abstrahować od charakteru i roli obecnego składu Trybunału Konstytucyjnego), o tyle to, co postanowił NSA, po prostu szokuje. Sąd ten ni mniej ni więcej, tylko uznał legalność unieważnienia przez Sejm własnych uchwał dotyczących wyboru sędziów TK i powołania w ich miejsce nowych. Teraz można już tylko czekać na następne „skuteczne unieważnienia”. Ciekawe tylko, kto pierwszy zostanie wygaszony. Rzecznik Praw Obywatelskich? Rzecznik Praw Dziecka? „Sejmowi” członkowie Krajowej rady Radiofonii i Telewizji, już bez czekania do oceny sprawozdania z działalności za rok bieżący? Kolejka jest długa, a Prezes zniecierpliwiony po prezydenckich wetach.
Uczestnicy protestów mogą się więc dziś czuć bardzo gorzko. Szczególnie, że ów przedziwny wyrok NSA został wydany akurat przez jedyny centralny trybunał polski, którego Dobra Zmiana jak na razie nawet nie postraszyła żadną ustawą „naprawczą”. Nic dziwnego, że nastroje w obozie demokratycznym mocno opadły, a wielu zaangażowanych w ostatnie protesty obywateli publicznie wyraża w internecie żal i rozczarowanie. Mnożą się deklaracje rezygnacji z uczestnictwa w ewentualnych kolejnych manifestacjach.
Tymczasem Dobra Zmiana szykuje ofensywę. Zapewne tuż po wakacjach wpłyną do sejmu prezydenckie projekty ustaw sądowniczych. Z tego, co można wyczytać w uzasadnieniach do prezydenckiego weta, Panu Prezydentowi zupełnie nie przeszkadza wygaszanie (jakie to piękne słowo – „wygaszanie” jest jak ostry nóż ukryty w miękkiej szmatce z króliczego futerka!) kadencji sędziów SN i Krajowej Rady Sądownictwa. Pan Prezydent prosi tylko, żeby minister Ziobro odkroił mu spory kawałek ze swojego decyzyjnego tortu, i żeby Pałac mógł się tym kawałkiem podzielić z „konstruktywną opozycją”, wyrażając w ten sposób wdzięczność wyborcom ruchu Kukiza za poparcie podczas ostatniej elekcji prezydenckiej. Bój o niezależność sądów wcale się więc nie skończył. A przecież to nie wszystko. Prezes zapowiedział ostatnio w Radiu Maryja tzw. dekoncentrację mediów, wczesną jesienią ruszą prace nad Narodowym Instytutem Wolności, iście orwellowską instytucją, mającą wziąć pod kontrolę rządu organizacje pozarządowe. A już dziś kaczyści otwierają kolejny bezsensowny front sporu z naszym sąsiadem i sojusznikiem zza Odry.

Żal i rozczarowanie uczestników Łańcucha Światła są zrozumiałe. Niezależnie od motywacji, którymi kierowały się SN i NSA, ich decyzje mocno podkopały i tak już wątłą konstrukcję tego, co zostało z polskiej demokracji i systemu instytucji państwowych. Byłoby jednak rzeczą najgorszą z możliwych, gdyby demokraci i ich zwolennicy właśnie teraz poddali się i przestali wychodzić na ulicę. Pokojowe protesty to dziś jedyna realna możliwość jeśli już nie powstrzymania, to przynajmniej maksymalnego spowolnienia podboju Polski przez najbardziej radykalne skrzydło obozu Dobrej Zmiany. Ciszę na ulicach i wieczory bez płonących świeczek ludzie prezesa Kaczyńskiego zinterpretują bowiem tylko w jeden sposób: jako przyzwolenie na jeszcze szybsze zmienianie Rzeczypospolitej w miks Węgier i Białorusi.

Dlatego nie wolno dziś gasić tych świec, bo gdy zgasną, zgaśnie nadzieja.