niedziela, 14 sierpnia 2016

Lato (bez)nadziei

Dobra Zmiana najwyraźniej zajęła się nawet pogodą. Ostatnie lato dogorywającej III RP było aż do przesady słoneczne i gorące, jak większość wakacji po 1989 roku. Pierwsze lato nowej Polski przypomina wakacje w peerelu. Pochmurne, niezbyt ciepłe, chwilami mokre i wręcz zimne. Przeklinają je właściciele nadmorskich pensjonatów i ośrodków wczasowych, przeklinają je tłumy turystów, którzy po zeszłorocznym śródziemnomorskim sierpniu zaryzykowali wczasy w kraju. Pierwsze lato nowej Polski jest wspomnieniem tej sprzed 1989 roku, tak jak i ona sama przypomina nieco późny PRL.

Tak jak rok temu, tak i teraz pogoda koresponduje ze stanem społecznej aktywności. Rok temu zaprzysięgał się prezydent Duda. U wielu – wbrew pozorom nie tylko u zwolenników Prawa i Sprawiedliwości - budził nadzieję na nowy styl i nowe otwarcie. Dziś wiemy, że tak jak obecne lato przypomina te sprzed globalnego ocieplenia, tak obecny prezydent przypomina swoich poprzedników z Polski Ludowej, zwanych wówczas przewodniczącymi Rady Państwa. Instytucja ta, reprezentowana przez swojego szefa, formalnie była kolegialną głową państwa, faktycznie zaś była jedynie notariuszem decyzji zapadających w gabinetach Komitetu Centralnego. Prezydent Duda pełni taką samą funkcję, z tym, że KC jest dziś mniej sformalizowane. W pisowskich projektach zmian ustrojowych jego odpowiednik nazywany jest po prostu centrum dyspozycji politycznej, w rzeczywistości znajduje się w labiryncie neuronów i szarych komórek w głowie Prezesa. I chyba tylko u Prezesa budzi dziś Pan Prezydent jakąkolwiek nadzieję. W pierwszy rzędzie tę, że – mimo, iż wciąż ma taką konstytucyjną możliwość (ba, nawet powinność!) - nie zerwie się ze smyczy.

Rok temu, w upale i słonecznym blasku, trwała kampania parlamentarna, ścierały się różne koncepcje, również różne koncepcje Zmiany, bo czy tego chcą czy nie chcą dość żałosne figury rządzące dziś politycznym centrum, Zmiana jako taka była w Polsce autentycznym pragnieniem milionów, bynajmniej nie tylko tych głosujących na partię Prezesa. Skądś się przecież wziął Kukiz i jego program radykalnej zmiany ordynacji wyborczej, skądś się wzięli socjaldemokraci z Razem, nie był przypadkiem ani wysyp libertariańskich „kuców”, ani nagłe zaludnienie ulic przez ciemny i niebezpieczny żywioł nacjonalistyczny.
Po omacku, wybierając rozsądnie lub całkowicie nierozsądnie, szukaliśmy czegoś nowego. Jedni z nas, widząc coraz większe oderwanie elit od reszty społeczeństwa, podążali za pragnieniem sprawiedliwości i godności dla wszystkich warstw społecznych, inni mieli poczucie deficytu wolności ekonomicznej i niezrozumiałej opresji ze strony bezdusznych organów własnego przecież państwa, jeszcze inni lekarstwa na osobiste i zbiorowe lęki, na obawę przed społecznym wykluczeniem, wojną, terroryzmem, starciem kultur, szukali w plemiennych rytuałach faszyzujących ruchów „patriotycznych”. Wbrew pozorom w każdej z tych grup można było spotkać wyborców różnych partii opozycyjnych. Ugrupowania mainstreamu miały na to jedną odpowiedź: ledwo skrywaną pogardę dla wszystkich, którzy sprzeciwiali się kontynuacji dotychczasowych rządów i nie rozumieli dziejowej misji Platformy i jej sojuszników. Media prorządowe, politycy, ekonomiści mówili o „gówniarzach”, „frustratach” i „nieudacznikach, których Polska być może nie potrzebuje”, radzono skorzystać z „szansy emigracji”. W zamian za utrzymanie władzy obiecywano spełnienie postulatów PiS-u, Razem, Kukiza i Nowoczesnej razem wziętych, nie zauważając, że po pierwsze społeczeństwo widzi, że się one wzajemnie wykluczają, po drugie – zapamiętało, że przed wyborem Andrzeja Dudy ta sama Platforma publicznie wyśmiewała te postulaty jako niedorzeczne.
Z tego fermentu, z tego bulgotania społecznej magmy wziął się PiS u władzy. I także wielu ludziom dawał nadzieję. Jednym – że Dobra Zmiana w istocie będzie dobra. Innym – że niezależnie od tego, jak zła będzie, fundamentów demokracji jednak nie ruszy. Że Prezes będzie naszym prawicowym Justinem Trudeau: spróbuje wyczyścić system z tego, co jego zdaniem nie służy dobru kraju i obywateli, zachowując jednocześnie to wszystko, co zabezpiecza prawa i wolności, rozwój gospodarczy i dobrą jakość kontaktów międzynarodowych.

***

Dziś zamiast nadziei i fermentu mamy apatię pod zamglonym i chłodnym sierpniowym niebem. Dziś już wiadomo, że rządzą nami ludzie, którzy postawili sobie za cel skolonizowanie własnego kraju przy jednoczesnej próbie wmówienia obywatelom, że działają w ich imieniu i dla ich dobra, i którzy w tym dziele nie cofną się przed niczym, choć zapewne – i obym się nie mylił - nie zdecydują się użyć zinstytucjonalizowanej przemocy państwowej. Tego pochmurnego i chłodnego lata już wiemy, że wybraliśmy do władzy grupę, która wedle własnego widzimisię uznaje (lub nie) wyroki sądowe, umarza (lub nie) postępowania prokuratorskie, uznaje i nagradza (lub nie) prawdziwe lub nieistniejące zasługi historyczne różnych osób, potępia i karze (lub nie) propagowanie ideologii szowinistycznych i godzących w wolności obywatelskie – wszystko w zależności od aktualnie obowiązującej linii postępowania wyznaczanej w willi na Żoliborzu. Mamy władzę, która gdzie chce, tam stawia święte figury, tablice smoleńskie i głazy Lecha Kaczyńskiego, wydaje niekonstytucyjne ustawy i nie przejmuje się Trybunałem Konstytucyjnym, a spośród jego wyroków sama sobie wybiera te, które zamierza ogłosić i być może nawet ich przestrzegać, i te, których ani ogłaszać, ani przestrzegać nie ma zamiaru.
Ta władza ani nie strzela, ani nie bije, ani nie torturuje, Kaczyński nie jest Putinem, Erdoganem, Alijewem ani Sisim. On ma na społeczny opór i opozycję inny, trzeba przyznać, że zdecydowanie bardziej humanitarny patent: ostentacyjne ignorowanie jakiegokolwiek sprzeciwu. Żadne KOD-y, żadne partie opozycyjne, związki zawodowe, organizacje prawnicze, komitety helsińskie, komisje weneckie, brukselskie, strasburskie, watykańskie, ludzkie, boskie ani żadne inne nie są w stanie powstrzymać Prezesa przed robieniem tego, co robi, bo on je po prostu konsekwentnie i planowo ignoruje. Jego ludzie czasami z kimś się spotkają, uśmiechną, zapewnią o gotowości do dialogu, po czym wracają do kraju, bredzą coś o wstawaniu z kolan czy też obronie interesów kraju i „suwerena”, i dalej robią swoje. Przy każdym ataku z dowolnej strony stosują uniki lub wykorzystują energię przeciwnika do zneutralizowania jego działań i rozłożenia go na ziemi. Ot, takie polityczne aikido, w którego stosowaniu Prezes doszedł do perfekcji.

I może nie byłoby to takie frustrujące i wpędzające w beznadzieję, gdyby nie jakość i siła opozycji. Platforma pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny właśnie ogłosiła skręt na prawo. Będzie się teraz przytulać do Kościoła, nie porzucając jednocześnie neoliberalizmu. Być może ma to być sposób na ugranie czegoś po prawej stronie (wyciągnięcie części prawoskrętnych przedsiębiorców od Kukiza i Prezesa?), ale jednocześnie świetna recepta na zablokowanie przepływu umiarkowanych wyborców od Nowoczesnej do PO. Trudno też będzie liczyć takiej Platformie na utrzymanie poparcia liberalnej światopoglądowo „Gazety Wyborczej”, dla której zresztą jest to kolejny kłopot, musiałaby bowiem ona postawić właśnie na Nowoczesną. Tymczasem partia ta wydaje się zbyt neoliberalna i „banksterska”, żeby nie kłóciło się to z obecną, coraz bardziej centrolewicową linią dziennika z Czerskiej.

Reszta opozycji też nie budzi nadziei. Wspomniana Nowoczesna jakby straciła impet i dryfuje, a jej postbalcerowiczowski program gospodarczy, jakby wyjęty z początków lat 90. ubiegłego wieku, może w połączeniu z nazwą ugrupowania budzić w roku 2016 raczej wesołość, niż chęć oddania głosu w wyborach. Nie sprzyjają jej zresztą nieprzemyślane wypowiedzi samego prof. Balcerowicza, który twierdzi, jakoby partie kwestionujące neoliberalizm chciały dojść w Polsce skokowo do niemieckiego poziomu zarobków, bo niższy im nie odpowiada.
PSL właściwie nie wiadomo, z kim trzyma i po której stronie stoi (od czasu do czasu jakby próbował stosować sprawdzoną dotychczas metodę „zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”, tyle że przy obecnym natężeniu zimnej wojny domowej metoda ta po prostu nie działa), wiadomo za to, że balansuje w okolicach progu wyborczego, i nie wiadomo, czy za trzy lata w ogóle będzie z tej partii co zbierać, szczególnie jeśli Prezes w taki czy inny sposób postara się zneutralizować ludowców podczas o rok wcześniejszych wyborów lokalnych. Jeśli PSL straci samorządy, straci podstawy istnienia, a kolejny kawałek tortu trafi do brzucha Dobrej Zmiany.
Jest wreszcie Kukiz, czyli ruch tylko formalnie opozycyjny, jest to bowiem opozycja a la russe, pełniąca funkcję mniej więcej taką, jak partia komunistyczna czy ruch Żyrynowskiego u Putina. Kukizowcy do czasu do czasu pozwalają sobie na krytykę władzy, czasem nawet ostrą, od czasu do czasu dla zasady zagłosują przeciwko jakiemuś rządowemu pomysłowi, jednak tam, gdzie chodzi o podtrzymanie skuteczności Dobrej Zmiany, grzecznie podnoszą łapki razem z wojskiem posła Jarosława. Robią to nawet posłowie narodowi, mimo że teoretycznie PiS jest dla nich za mało endecki i za mało patriotyczny, bo według nich powinien natychmiast w ramach Dobrej Zmiany wyprowadzić nas z Unii, a tego nie robi. Oprócz Kukiza jest jeszcze w Sejmie postkukizowa drobnica popierająca rząd, a poza Sejmem z ludzi rozsądnych Zandberg, a z mniej rozsądnych Kowalski, Braun, Korwin-Mikke… Z całego tego towarzystwa nadzieję na rzeczywiście dobrą zmianę budzi jedynie Partia Razem, problem w tym, że po początkowych sukcesach utknęła ona pod progiem wyborczym, a do tego wskutek pomyłki proceduralnej może stracić dotację z PKW. I marne to pocieszenie dla p. Zandberga, że neoliberałowie od Ryszarda Petru popełnili dokładnie taki sam błąd.

Obrazu beznadziei dopełnia to, co dzieje się w Komitecie Obrony Demokracji. Najgorsze jest nawet nie to, że ruch, który miał wstrząsnąć podstawami Dobrej Zmiany, grzęźnie w wewnętrznych sporach, utrudnia własnym zwolennikom formalne zapisywanie się, a do tego – w przeciwieństwie do partii rządzącej – w czasie wakacji niemal znikł z mediów (z wyjątkiem „mediów narodowych”, które od czasu do czasu przypominają narodowi, jacy to zdrajcy i zaprzańcy do KOD-u należą). Bardziej martwi, że KOD, w zasadzie na własne życzenie, stał się organizacją ludzi w co najmniej średnim wieku o co najmniej średnich dochodach. Przez ostatnie miesiące nie zrobiono nic, aby przyciągnąć młodych i doły społeczne, a więc siły, bez których nie da się obalić żadnej władzy. Od czasu do czasu prawicowi blogerzy z satysfakcją przypominają starą prawdę, że bez poparcia studentów i chuliganów nie da się zrobić rewolucji. To poparcie mają dziś w dużym stopniu PiS i jego głośni i cisi sojusznicy. Nic dziwnego, że robią swoją rewolucję, śmiejąc się Komitetowi prosto w nos.
Swoje dokładają zwolennicy KOD-u z warstw wyższych, okazujący widoczną pogardę warstwom niższym, które według nich „sprzedały wolność za 500 złotych” a do tego jeszcze ponoć nie umieją kulturalnie wypoczywać nad Bałtykiem. O tym, jak to się stało, że dla tylu ludzi w Polsce suma 500 złotych jest kąskiem na tyle smacznym, aby cokolwiek za nią przehandlować, od przedstawicieli byłego establishmentu nie usłyszymy ani słowa. Nie uświadczy się też u nich ani grama refleksji nad tym, jak to się stało, że światła i wszechwiedząca, europejska i nowoczesna elita wychowała sobie w wolnej Polsce tak niekulturalny, prostacki lud, mimo masowego wysyłania przedstawicieli tego ludu na studia. Nie wiem, w jaki sposób mogłyby te wszystkie wypowiedzi i działania osób związanych z ruchem powiększyć zastępy koderów, wiem za to, że z powodzeniem mogą powiększyć zastępy zwolenników Dobrej Zmiany i czyszczenia elit.
Wszystko to razem frustruje, odbiera nadzieję i coraz większą liczbę Polaków przeciwnych Dobrej Zmianie skłania do schowania się w bezpiecznym świecie prywatności i pozapolitycznych zainteresowań. Jeśli nie wierzyliśmy, że można bez użycia policyjnych pałek i obecności wojska na ulicach przejąć pełnię władzy i rozmyślnie złamać wszelkie umowy i zasady, a przy tym utrzymać wysokie poparcie społeczne i odebrać przeciwnikom ochotę do działania, to już nie musimy wierzyć. Już to wiemy, to się dzieje na naszych oczach.

***

Był jednak tego lata i promyk nadziei. Były Światowe Dni Młodzieży, impreza wprawdzie wyznaniowa i międzynarodowa, ale generująca przekaz, który dotarł w Polsce do ogromnej liczby ludzi, zarówno katolików, jak i pozostałych. Był papież Franciszek.

Paradoksalnie, Franciszek jest produktem idącej przez świat idei zmiany i nowego początku dokładnie w takim samym stopniu, jak nasz Prezes. A i splot wydarzeń, które doprowadziły go do Tronu Piotrowego, był równie trudny do przewidzenia jak ten, który doprowadził posła Kaczyńskiego do pełni władzy w Polsce. To są dwie twarze nowej epoki, twarz dobra i twarz zła, twarz zmiany niosącej nadzieję i zmiany niosącej strach. I właśnie u nas, w Polsce, na oczach całego świata zachodniego, stanęły one naprzeciw siebie.
Przyznam, że skojarzenia miałem podobne do większości obserwatorów pielgrzymki Franciszka: to, co się działo w Krakowie i okolicach, pod wieloma względami przypominało pielgrzymki Jana Pawła II w czasach słusznie minionych. Przywódca Kościoła katolickiego przyjechał do kraju, którego władzom było to kompletnie nie w smak, i mówił to, czego te władze absolutnie sobie nie życzyły, żeby mówił. Pyszna była scena na Wawelu, gdy cały garnitur pisowskich jastrzębi oraz Pan Prezydent (który jak zwykle miał na twarzy uśmiech wyrażający nie wiadomo skąd płynące poczucie zarozumiałego samozadowolenia), musiał wysłuchać papieskiego pouczenia o konieczności dialogu i otwarcia, zarówno na inaczej myślących we własnym kraju, jak i na przedstawicieli innych kultur i narodów. Uderzały kwaśne miny przedstawicieli naszych narodowo-katolickich władz partyjno-państwowych, gdy w Częstochowie Franciszek wzywał do wyzbycia się pragnienia „władzy, wielkości i sławy” i przypominał o chrześcijańskim powołaniu do służby drugiemu, pokory i szacunku wobec każdego człowieka, zwracały uwagę dziwne grymasy niektórych ministrów na dźwięk słów wzywających do miłosierdzia dla arabskich uchodźców.
Wszystko to było może jeszcze bardziej wymowne, niż w czasach komunizmu, o ile bowiem wtedy sprzeczność pomiędzy punktem widzenia Kościoła a punktem widzenia antyreligijnej z ducha peerelowskiej władzy była niejako naturalna, o tyle teraz słowa papieża wywoływały konsternację u przedstawicieli rządu wręcz demonstracyjnie podkreślającego swoją łączność z Kościołem i katolickim i przywiązanie do katolickiej tradycji.
Jeszcze bardziej wymowne były puste krzesła podczas mszy dla duchowieństwa w Łagiewnikach. Franciszek nie robi co prawda odgórnej rewolucji w polskim Kościele, nawet nie wspiera wyraźnie tej oddolnej (Watykan jest głuchy na to, co ma mu do powiedzenia choćby broniący się przed szykanami ze strony swojego biskupa ksiądz Lemański), nie da się jednak ukryć, że Franciszkowa koncepcja tego, czym powinno być chrześcijaństwo i jakie jest powołanie osoby duchownej, wydaje się skrajnie różna od tej, której hołdują polscy purpuraci.

Przyjechał więc do nas papież, który wzywa do zmian, do aktywnego uczestnictwa w budowie nowego świata, do owego tyle razy już przywoływanego „wstania z kanapy”, papież, który prawdziwe, ewangeliczne chrześcijaństwo pojedynczego człowieka i autentycznej międzyludzkiej wspólnoty przeciwstawia fałszywemu chrześcijaństwu feudalnej hierarchii i głębokiego podziału na tych, którzy noszą sutanny i całą resztę poddaną ich duchowej władzy. Mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który swojego Boga widzi wśród słabych, prześladowanych i wykluczonych, a nie wśród tych, którzy w jakikolwiek sposób wykluczają i prześladują, choćby robili to Bogiem na ustach i krzyżem na sztandarach. Takie chrześcijaństwo, otwarte i podchodzące z szacunkiem do każdej ludzkiej istoty, wyzbywające się pychy, chrześcijaństwo nie bojące się przeciwstawić ksenofobii, nacjonalizmowi i religijnemu uzasadnianiu agresji, wzywające do „budowania murów, a nie mostów”, chrześcijaństwo otwarte na wszelką inność, budzi sympatię wśród wyznawców innych religii i ludzi niewierzących, i ma szansę odegrać w przyszłości znaczącą rolę w wysiłkach na rzecz bezpieczniejszego i lepszego świata.
Jest bowiem w podejściu Franciszka do misji jego własnej religii ponadwyznaniowe, ogólnoludzkie przesłanie, na które nikt nie powinien być obojętny – w szczególności ci, którzy do tej pory na katolicyzm i wszelkie przekazy płynące z tamtej strony patrzyli z nieufnością. Mieliśmy bowiem podczas ŚDM do czynienia z faktycznym wezwaniem, skierowanym do nie tylko do chrześcijan czy katolików, ale do wszystkich ludzi, których przeraża nieuchronność historycznej zmiany i jej kierunek, do wszystkich, którzy już są jej ofiarami, bądź mogą się nimi stać. Jest to wezwanie do czynnej budowy świata, który ma być alternatywą dla świata Putinów, Erdoganów, Sisich i Asadów, świata krwi i strachu. Jest to apel o stworzenie alternatywy dla świata Trumpów, Orbanów i Kaczyńskich, świata manipulacji i żądzy władzy. Wezwanie, aby ci, którzy chcą służyć dobru, powstali z kanapy, bo dawno już wstali z niej i aktywnie działają ci, którzy stoją po stronie zła, lęku i przemocy.

Papież rzucił ziarno. Jest naszym wielkim szczęściem, że stało się to w Polsce, w takiej Polsce, jaką nam buduje Dobra Zmiana. Iskierka czegoś dobrego błysnęła w szarości, lato na chwilę odzyskało blask. Pozostała nadzieja, że coś kiedyś z tego ziarna wykiełkuje, że naprzeciw gąszczu nietolerancji, ksenofobii i autorytaryzmu za jakiś czas wyrosną pierwsze roślinki otwartości, wolności i przyzwoitości, że empatia i poczucie wspólnoty odniosą zwycięstwo nad nienawiścią, lękiem i bezczelnością polityków budujących władzę na fundamencie zła, zasłanianego katolickim i narodowym sztandarem.
Niech nam z tego lata pozostanie w pamięci chyba najpiękniejszy obrazek krakowskich dni lipcowych: papież mówiący o tym, że zła nie da się zwalczyć złem, że trzeba je zwalczać dobrem, i półtora miliona słuchających go uczestników ŚDM, a wszystko i wszyscy skąpani w niesamowitym, ciepłym, złotopomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
Niech właśnie ten moment zostanie z nami we wspomnieniach z 2016 roku. I niech nam to dobre światło świeci w ciemnych, niepewnych czasach.



niedziela, 24 lipca 2016

Ministerstwo Głupoty Narodowej

Dzisiejszy wpis jest swego rodzaju apelem do Prezesa Rzeczypospolitej. Jak wiadomo, Pan Prezes czuwa nieustannie, aby Rada Ministrów pracowała rzetelnie i nie zaniedbywała żadnej z dziedzin życia naszego kraju. Jesienią zarządzono nawet w tym celu pewne zmiany w układzie ministerstw. Jednym one się podobają, innym nie – zależy to najczęściej od tego, czy ktoś lubi Prezesa, czy go nie lubi. Tym, którzy lubią, z reguły podoba się wszystko, co Prezes zarządzi, a tym, którzy nie lubią, marszałek Kuchciński zwykł ograniczać możliwość wypowiadania swojego zdania z trybuny sejmowej, więc rząd nie ma się o co martwić.
Za to – w obliczu rosnącej liczby działań i wypowiedzi różnych osób publicznych w Polsce, wywołujących swoją formą i treścią co najmniej zdziwienie nawet u średnio inteligentnego odbiorcy – zwykli obywatele czują się zaniepokojeni brakiem w gabinecie p. Szydło jednego ważnego ministerstwa, które by tymi wszystkimi wypowiedziami i działaniami zarządzało i może jakoś je nawet umiało wykorzystać dla dobra kraju.
Coraz bardziej potrzebne nam jest utworzenie Ministerstwa Głupoty Narodowej. Ministerstwo takie nie tylko zajęłoby się coraz większym obszarem wyjętym spod kontroli centrum dyspozycji politycznej nowej Polski, ale mogłoby również stanowić swego rodzaju most pojednania między zwolennikami kaczyzmu a opozycją, gdyż kandydaci do pracy w tej instytucji obrodzili gęsto po obu stronach barykady. Praca w MGN powinna bowiem być nagrodą za zasługi w produkcji materiału, którym instytucja ta miałaby zarządzać.

Na miejscu posła Kaczyńskiego zarekomendowałbym oddelegowanie do pracy w MGN dwóch ministrów od służb mundurowych i kilkorga innych ministrów od spraw cywilnych. Na ich miejsce z pewnością kogoś by szybko znaleziono, jak bowiem powszechnie wiadomo, znać na swojej robocie to się ostatecznie muszą dyrektorzy departamentów, a tak naprawdę to ich zastępcy, ale ministrowie to już niekoniecznie. Za pp. Błaszczaka, Macierewicza i kilka innych osób można uczynić ministrami kogokolwiek. Byle z partii rządzącej, tak bowiem postanowił Suweren.
Ministra Błaszczaka skierowałbym do nowego resortu w uznaniu jego zasług na polu tropienia macek gejostwa światowego wśród osób rysujących kredkami kwiatki na chodnikach. Co prawda minister odniósł się do kredek francuskich, ale przecież i u nas na każdym osiedlu można spotkać na trotuarach kolorowe malunki kredą (często są to właśnie kwiatki!), najprawdopodobniej złośliwie wykonywane przez osoby z ruchu LGBT niecnie się podszywające pod niewinne dzieci. Należy również docenić twórczy wkład ministra Błaszczaka w teorię zapobiegania aktom terrorystycznym. Otóż p. Błaszczak uważa, że najskuteczniej uchroni nas przed nimi powrót do chrześcijaństwa. W sumie racja: jeśli minister spraw wewnętrznych ma takie podejście do tematu, uratować może nas chyba tylko solenna modlitwa i kilka mszy, najlepiej odprawionych co najmniej w katedrze wawelskiej.
Ministra Macierewicza przyjąłbym do MGN za całokształt jego politycznej działalności. Pan Antoni uparcie doszukuje się znamion zamachu tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było, kilka razy zmienił zdanie na temat brzozy, która raz mogła, a raz nie mogła rozbić samolotu, deklaruje publicznie wiarę w istnienie broni elektromagnetycznej, stworzył komisję do spraw zbadania zbadanej już na wszystkie strony katastrofy, wpadł wreszcie na pomysł wygłaszania tzw. apelu smoleńskiego podczas każdej oficjalnej uroczystości upamiętniającej cokolwiek, choćby to coś miało miejsce przed wynalezieniem samolotu. Już nawet osoby życzliwe Dobrej Zmianie próbują wytłumaczyć ministrowi obrony, że jest to pomysł bezsensowny i samemu PiS-owi przynosi więcej szkody niż pożytku. Doszło do tego, że głos zabrała córka „brata poległego”, postać ikoniczna religii smoleńskiej, która kulturalnie, ale stanowczo skrytykowała mieszanie ofiar katastrofy w Smoleńsku z ludźmi rzeczywiście poległymi i zamordowanymi w różnych tragicznych okolicznościach. Po p. Macierewiczu spłynęło to jednak jak woda po gęsi – uparł się, że będzie przekonywać powstańców warszawskich, którzy apelu nie chcą, żeby go zechcieli. Problem w tym, że powstańcy są tak samo uparci, jak minister, i prędzej zrezygnują z asysty wojska, niż dadzą sobie wepchnąć apel poległych według koncepcji szefa MON.

Należałoby również skierować do MGN w trybie natychmiastowym dotychczasową minister edukacji, p. Zalewską, która mimo usilnych podpowiedzi ze strony redaktor Olejnik, nie umiała jej odpowiedzieć na proste pytanie, kto zabijał Żydów w Jedwabnem i Kielcach. Pani minister zachowywała się jak uczeń, który nie przygotował się na lekcję i żadne naprowadzanie na odpowiedź mu nie pomoże. Przy okazji twórczo wpłynęła na rozwój polszczyzny, nazywając Jedwabne „faktem historycznym, w którym doszło do wielu nieporozumień”. Nikt dokładnie nie wie, co to wyrażenie właściwie znaczy (bardzo przepraszam, ale kto z kim się nie mógł porozumieć „w fakcie historycznym”: mordowani z mordującymi???), ale dzięki pani minister powstało i zapewne będzie w przyszłości poręcznym kluczem zamykającym dyskusje nad innymi tego typu wydarzeniami.
Do pani minister edukacji powinien też dołączyć nowy prezes IPN, Jarosław (Jarosław!) Szarek, który z kolei jest przekonany, że sprawcami zbrodni jedwabieńskiej byli Niemcy, którzy jedynie „posłużyli się grupką Polaków”. W tym samym pokoju powinien też wykonywać swoje obowiązki jego kontrkandydat podczas wstępnej rekrutacji, nauczyciel historii z Puław, Marek Chrzanowski, który stwierdził, że IPN powinien po raz drugi zbadać sprawę jedwabieńską, bo on biedak nie wie, co ma mówić uczniom na ten temat. Najwyraźniej do pana nauczyciela nie dotarło, że powinien przekazywać istniejącą wiedzę historyczną, opartą przecież już nie na słynnej książce prof. Grossa, tylko właśnie na badaniach IPN!
W jednym pokoju z nimi dwoma powinien pracować nowy szef telewizyjnej Dwójki, niegdyś satyryk (i to naprawdę inteligentny i ceniony satyryk!), a dziś orędownik Dobrej Zmiany, Marcin Wolski. Stwierdził on ostatnio, że w Polsce rządzonej przez PO nie był zapraszany do mediów głównego nurtu, wskutek czego „czuł się jak Żyd w III Rzeszy”. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej do MGN należałoby zapytać p. Wolskiego, co takiego z nim robili prześladowcy z Platformy: kazali nosić żółtą przypinkę z napisem „pisior”, powybijali mu szyby w oknach, otoczyli jego dom murem z tabliczkami „pisowski obszar mieszkaniowy, wstęp wzbroniony” i zabronili wychodzić na zewnątrz, czy może policjanci reżimu Tuska próbowali go zatrzymać i zastrzelić na ulicy za to, że należy do PiS-u? Bo właśnie tego typu rzeczy robiono Żydom w III Rzeszy, i nie wydaje mi się, żeby red. Wolski tego nie wiedział.

Obok pokoju pp. Wolskiego, Szarka i Chrzanowskiego powinien znaleźć się jakiś pokoik dla luminarza „dobrze zmienionej” elity intelektualnej, red. Ziemkiewicza, który raczył był ostatnio po zamachu w Monachium obrazić jego ofiary wpisem o Niemcach, którzy nie są przygotowani na bycie zabijanymi, bo do tej pory to oni zabijali. Jakoś panu Rafałowi umknęło, że ostatni raz to Niemcy zabijali kogokolwiek 70 lat temu, po czym dostali taką nauczkę, że dziś są jednym z najbardziej pokojowo nastawionych narodów europejskich. Do kanciapy red. Ziemkiewicza dokooptowałbym jeszcze posłankę Pawłowicz, która co i rusz generuje teksty predestynujące ją do wyższych stanowisk w nowym resorcie – zamach monachijski też ją do tego natchnął.
Całym tym zbiorem wybitnych niemcoznawców powinna zarządzać w randze kierownika pani doktor Ewa Kurek, która powiedziała ostatnio w TVP, że w Jedwabnem nie mogli nikomu robić krzywdy Polacy, bo nie istniało wtedy państwo polskie. Zastanawiam się tylko, czy p. Kurek wie, że po pierwsze swoją wypowiedzią zakwestionowała istnienie rządu emigracyjnego i Polskiego Państwa Podziemnego, po drugie najwyraźniej uważa, że rzezi wołyńskiej nie dokonali Ukraińcy (bo państwa ukraińskiego nie było wtedy dużo bardziej niż polskiego), a po trzecie – na co zwróciło uwagę wielu użytkowników Twittera – takiego Sienkiewicza oddała bez walki Rosjanom, Przybyszewskiego – Austriakom a Drzymałę – Niemcom.

Powinno się też skierować do MGN obecnego ministra sprawiedliwości, który wymyślił dostępną dla każdego państwową listę pedofilów, kompletnie się nie troszcząc o to, że w ten sposób zachęca obywateli do samosądów, a przy okazji naraża na niebezpieczeństwo Bogu ducha winne osoby podobne do pokazanych w internecie przestępców. Nietrudno sobie wyobrazić dziarskich młodzieńców dokonujących przy aplauzie tłumu – i w imieniu zdrowej moralnie masy Narodu, rzecz jasna! - linczu np. na bracie bliźniaku jakiegoś pedofila. Nikt przecież w takich sytuacjach nie patrzy w dowód osobisty, tak samo jak żadna z osób wybijających zęby tak zwanym „ciapatym” nie zastanawia się, jakiego rodzaju „ciapatością” legitymuje się ofiara. Agresywna grupa czy jednostka po prostu bije i już, szczególnie jeśli czuje przyzwolenie społeczne, które w przypadku linczu na osobniku uznanym za pedofila byłoby z pewnością jeszcze większe niż w przypadku linczu na osobniku uznanym za Araba.
W nowym resorcie absolutnie konieczne byłoby zatrudnienie dotychczasowego szefa MSZ p. Waszczykowskiego. Nasz szef dyplomacji, w przeciwieństwie do min. Błaszczaka, kredek się nie boi, za to z jego wypowiedzi wynika, że co prawda od syryjskich uchodźców wymaga odwagi żołnierskiej i wstępowania do legionów maszerujących na Damaszek, ale za to sam ma ochotę schować się do mysiej dziury na widok najbardziej nawet chuderlawego wegetarianina na rowerze. Ma też osobliwe poglądy na temat zakresu terytorialnego działania Komisji Europejskiej, która według niego nie powinna wtrącać się w sprawy należącej do UE Polski, za to absolutnie powinna to robić w przypadku nienależącej do tej organizacji Turcji.
W MGN dobrze czułby się także minister Szyszko. Jak wiadomo, jest to polityk, według którego słowo „stodoła” oznacza drewniany dom mieszkalny, i który najchętniej uciekłby do schronu atomowego w wypadku zauważenia na niebie smug chemicznych, a za najskuteczniejszy sposób ochrony parków narodowych przed szkodnikami uważa ich stopniowe wycinanie. Szkodników drzewostanu pan minister nienawidzi tak bardzo, że gotów jest zezwolić Polakom na wycięcie bez zezwoleń wszystkich drzew w kraju, byleby tylko wredne korniki i inne brudnice nie mogły ich dopaść.
Opiekę duchową nad resortem należałoby zaś powierzyć osobie, która dokonała ostatecznej redakcji listu Episkopatu na Światowe Dni Młodzieży. W liście tym ów anonimowy twórca trzy razy wymienił papieża nieżyjącego od ponad dekady, ani razu zaś tego, który żyje, aktualnie sprawuje urząd, i za kilka dni przyjeżdża do Polski.

***

Żeby jednak nie obarczać pracą w Ministerstwie Głupoty Narodowej jedynie członków i zwolenników „biało-czerwonej drużyny Dobrej Zmiany”, miałbym postulat nieco rewolucyjny, ale pożyteczny. Ponieważ Dobra Zmiana oskarżana jest bez przerwy o to, że pogardza opozycją i nie pozwala jej pracować dla dobra kraju, proponuję właśnie do Ministerstwa Głupoty Narodowej przyjąć niektórych polityków i członków zaplecza intelektualnego szeroko pojętej opozycji. Ba! – nawet powinno to być ich obowiązkiem, bo przecież i oni produkują sporo masy przerobowej dla tego urzędu.

Dlaczegóżby nie mógł tam pracować sam Lech Wałęsa, który chciałby po ewentualnym upadku obecnych rządów „wyrywać z korzonkami” wszystkich pisowców „od ministra do sołtysa”, chociaż sołtysi mogą być wybierani i odwoływani jedynie przez mieszkańców swoich wiosek i nic do nich żadnej zmianie, ani dobrej, ani niedobrej? I który tak udatnie i zgrabnie bronił się przed oskarżeniami o donoszenie na kolegów do SB, że zdecydowanie bardziej mu to zaszkodziło, niż pomogło? Jego obecność w resorcie stanowiłaby najpiękniejszy przykład zasypywania przez Prawo i Sprawiedliwość politycznych i historycznych podziałów.
Rzecznikiem prasowym MGN powinna zostać p. Agata Młynarska, zwolenniczka KOD i była dziennikarka TVP. Pojechała ona ostatnio nad morze i bardzo ja zdziwiło i zniesmaczyło, że przedstawiciele grup społecznych innych niż jej własna wypoczywają inaczej, niż jej się wydaje, że powinni. Utyskiwaniem na zły gust w kwestiach mody, odżywiania się i muzyki wczasowiczów z ludu pani Młynarska znakomicie wpisała się w kreowany przez obecną władzę obraz byłego establishmentu jako bandy pasożytów pogardzających ciężko pracującą i przez nich wyzyskiwaną resztą społeczeństwa, ale samo to mieściłoby się jeszcze w normie głupoty strony opozycyjnej, wszak pogardliwie w stosunku do warstw niższych „sprzedających wolność za 500+” wypowiadali się ostatnio różni publicyści.
Pani redaktor zapomniała jednak, że sama przez całe lata jako wpływowy pracownik TVP przyczyniała się do wyrabiania złego gustu w tych masach, które teraz tak krytykuje, a w różnego rodzaju galach biesiadnych i festiwalach czy imprezach plenerowych z udziałem artystów w rodzaju Dody niekiedy sama brała udział jako konferansjerka. Okazała więc pogardę wobec tych, dzięki którym do niedawna, jako gwiazda telewizji publicznej, miesiąc w miesiąc zarabiała więcej pieniędzy, niż niejeden krytykowanych przez nią miłośników disco polo zarabia przez rok. Więcej takich pań Młynarskich, a PiS, napędzany poczuciem upokorzenia tych, którzy mają pecha nie być elitą, będzie rządził wiecznie.
Z pewnością powinna zająć jakieś stanowisko w ministerstwie osoba, która wymyśliła system zapisywania się do Komitetu Obrony Demokracji. Głównymi cechami tego systemu są: konieczność osobistego dostarczania deklaracji członkowskich koordynatorom i konieczność akceptacji kandydata przez dwóch członków wprowadzających. Oczywiście, można i tak przyjmować, ale do loży masońskiej albo towarzystwa wzajemnej adoracji, a nie do masowego ruchu społecznego, którym podobno KOD ma być. Póki co łatwiej zapisać się do PiS-u niż do KOD-u, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Na obronę Komitetowi należy zaznaczyć, że i tak nie przebił nieboszczki PZPR, która wymagała jeszcze rocznego tzw. stażu kandydackiego.

Przydałaby się też w ministerstwie jakaś siła naukowa. Proponuję warszwskiego filozofa, profesora Mikołejkę, który jakiś czas temu uznał wszystkie polskie matki więcej niż jednego dziecka za „armię Kaczyńskiego” i zgraję pogardy godnych osobniczek, które „zostały kupione za 500 plus i mają w nosie naszą wolność”. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że gdyby dotychczasowy establishment nie dopuścił do sytuacji, w której duża część społeczeństwa pozbawiona jest – często nawet pomimo stałego wykonywania pracy zarobkowej – elementarnego poczucia bezpieczeństwa socjalnego, nie byłoby w Polsce aż tylu osób skłonnych do takiej transakcji.
Z boku przy jakimś biureczku siadłby zaś sobie skromnie redaktor Żakowski, który pochwalił ostatnio przewodniczącego Schetynę za czystki w PO, stwierdzając, że były potrzebne, bo Platforma musi być silna, zwarta i gotowa, żeby móc… wygrać najbliższe wybory i urządzać nam Polskę po PiS-ie. O ile pamiętam, Platforma już raz urządzała nam Polskę po PiS-ie, i urządzała ją tak mądrze i skutecznie, że obywatele woleli głosować na dowolnego diabła, niż na Platformę. Redaktorowi nie przyszło do głowy, że gdyby partia p. Schetyny dostała kolejne lata w celu podobnie mądrego urządzania kraju na modłę neoliberalną, suweren wybrałby później następnego diabła, tylko byłby to diabeł jeszcze gorszy niż PiS.
Opiekun duchowy MGN powinien zaś otrzymać specjalnego asystenta do spraw opozycyjnej części ministerstwa. Najlepiej pasowałby tam ksiądz Stryczek, któremu wydaje się, że biedni w Polsce tak naprawdę nie są biedni, bo całkiem dobrze „żyją z tego, że wyglądają jak biedni”. W kontekście takiego stwierdzenia autorska akcja charytatywna ks. Stryczka pod nazwą „Szlachetna Paczka” wydaje się bezsensowna, bo jej pokazywani w telewizji beneficjenci z reguły na pierwszy rzut oka wyglądają jak biedni, czyli w rzeczywistości na pewno biedni nie są, więc ani szlachetne, ani nieszlachetne, ani żadne inne paczki nie są im do szczęścia potrzebne.

A ponieważ każde ministerstwo musi być wyposażone w portiernię i siedzącego w niej cerbera, proponuję na to stanowisko posła Dobrej Zmiany, p. Pyzika. Do jego obowiązków należałoby wpuszczanie lub niewpuszczanie osób chcących wejść do budynku. Swoje decyzje oznajmiałby im przy pomocy podstawowego zestawu gestów powszechnie zrozumiałych w całym świecie euroatlantyckim.

***

Pozostaje pytanie najważniejsze: kto miałby zostać ministrem głupoty narodowej?
Jedno jest pewne - powinna być to osoba wyjątkowa, która umiałaby całe to towarzystwo natchnąć do pracy dla dobra Ojczyzny, pracy na tym akurat odcinku walki o Dobrą Zmianę wyjątkowo ciężkiej, bo zarządzanie głupotą w kraju takim jak Polska jest zajęciem naprawdę trudnym i skomplikowanym. Musiałby to być człowiek obdarzony charyzmą i poparciem społecznym, a także nie ustępujący swoim podwładnym w umiejętności mówienia rzeczy kontrowersyjnych, nietuzinkowych i niepoprawnych politycznie. Ot, choćby ktoś, kto ma odwagę twierdzić, że szefem pierwszej „Solidarności” była inna osoba, niż ta, która była nim naprawdę.

Tylko czy Prezes Rzeczypospolitej zgodziłby się na takiego kandydata?









poniedziałek, 4 lipca 2016

Dżihad pszenno-buraczany

Boimy się od lat arabskiego dżihadu, boimy się tak bardzo, że nawet papież Franciszek nie dałby rady przekonać większości z nas do przyjęcia choćby jednego syryjskiego uchodźcy. Tymczasem okazuje się, że ulągł nam się nasz własny dżihad. Nasz, mój, twój, na własnej krwi wyhodowany, stworzony w czysto polskich, narodowo-katolickich umysłach nad talerzem parującego bigosu i kieliszkiem czystej wyborowej. Słowiański, płowowłosy, pszenno-buraczany.

„Zabicie wroga ojczyzny to nie grzech. To droga do nieba” – wlepki tej treści pojawiły się ostatnio na warszawskich ulicach. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu, nawet w czasach pierwszej Dobrej Zmiany, zwanej wówczas „rewolucją moralną” i „budową IV RP”, ich pojawienie się wywołałoby zapewne głośny krzyk sprzeciwu w mediach, i to nie tylko tych zwanych obecnie „lewackimi”. Prawdopodobnie zresztą w ogóle by ich nie było, autorzy baliby się bowiem reakcji prokuratury, która w tamtych czasach mimo wszystko chyba zareagowałaby zgodnie z rolą, którą powinna spełniać w państwie jako tako demokratycznym.
Dzisiaj – gdyby nie „Gazeta Wyborcza” i współprzewodnicząca Partii Razem Marcelina Zawisza – być może w ogóle nikt by się nad ta sprawą nie pochylił. Nawet nie dlatego, że naklejki są produktem wytworzonym na zlecenie zespołu Zjednoczony Ursynów, wykonującego tzw. rap patriotyczny, a więc nie firmuje ich żadna oficjalna organizacja polityczna, a u nas rzeczy niepolityczne w zasadzie już prawie nie istnieją, o ile nie są np. piłkarską reprezentacją kraju. Nikt by się nie pochylił, bo pod rządami Dobrej Zmiany jesteśmy każdego dnia oswajani ze słowną i symboliczną przemocą, i oswoiliśmy się z nią już tak bardzo, że prawie jej nie zauważamy. Przypomina to trochę oswajanie nas z podskórną pogardą dla niższych warstw społecznych, które stosował obóz neoliberalny (stygmatyzacja osób uboższych, starszych, mieszkających w małych miastach i na wsi, bezrobotnych i religijnych jako wyborców mniej wartościowych, co miało w założeniu odbierać pisowskiej opozycji siłę mandatu społecznego). Obecna władza robi to samo w stosunku do wszystkich przeciwników politycznych Prawa i Sprawiedliwości. A prezes Kaczyński i jego przyboczni sprawiają wrażenie ludzi kompletnie się nie przejmujących ani tym, co wygadują i wypisują publicznie zwolennicy prawicy, ani tym, do czego takie słowa mogą doprowadzić. Najważniejszy jest bowiem doraźny efekt propagandowy.

Zaczęło się, jak pamiętamy, od sprawy uchodźców arabskich. Sam Prezes oskarżył tych ludzi o roznoszenie chorób, a skrajna prawica wyszła na ulice z hasłami o „jebaniu islamu” i okrzykami „nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka”. Do walki zaś zagrzewali narodowców niektórzy księża katoliccy. Niewiele czasu dzieliło pierwsze agresywne wystąpienia uliczne tzw. „młodzieży patriotycznej” od pierwszych czynnych ataków na ludzi o innym niż czysto biały kolorze skóry. Dość ciekawe były zresztą reakcje bardziej umiarkowanych wyborców prawicy: podczas rozmów z nimi można się było dowiedzieć, że za rozbite nosy Chilijczyków i Hindusów odpowiada premier Kopacz, która zaprosiła uchodźców do Polski, a przecież można było przewidzieć, że niektórzy ludzie mogą ze strachu sięgnąć po przemoc. Roślina o nazwie „wina Tuska”, zasiewana uparcie przez PiS, wyrosła w głowach „patriotów” tak bujnie, że przetrwała nawet jego odejście z krajowej polityki. Zmodyfikowano jej tylko trochę nazwę.
Potem rozpoczęła się pisowska kampania zohydzania przeciwników wewnętrznych, wyzywanie ich od zdrajców, Polaków gorszego sortu, ludzi drugiej kategorii, elementu animalnego, antypolskich donosicieli, Targowicy i tym podobnych. Kampania ta była przez Prezesa nie tylko tolerowana, ale wręcz została przez niego zainspirowana podczas słynnego przemówienia, będącego odpowiedzią na pierwszą dużą demonstrację Komitetu Obrony Demokracji. Kampania ta wywołała nie tylko lęk i niesmak wśród zwolenników obozu demokratycznego, nawet tych nie popierających KOD-u ani sprzymierzonych z nim partii politycznych, ale także falę nienawistnych komentarzy w mediach i internecie, skierowanych przeciwko polskim demokratom. Do anonimowego hejtu przyłączali się prawicowi politycy, postulując na przykład ogolenie głowy posłanki Gasiuk-Pihowicz. Wszystko to przy dość biernej postawie organów ścigania. Chłopcy ministra Ziobry nawet słynnego transparentu o ladacznicach i szubienicach, wywieszonego na warszawskiej „Żylecie” nie uznali za czyn karalny, ale za „element debaty publicznej”. Zapewne ten ostatni akt wyrozumiałości Dobrej Zmiany w stosunku do zwolenników wieszania przeciwników politycznych ośmielił raperów ze Zjednoczonego Ursynowa do umieszczenia swoich wlepek w przestrzeni publicznej.
Logicznie rzecz biorąc, trudno się było spodziewać, że się one w niej nie pojawią. Skoro bowiem zapowiedź wieszania jest elementem debaty publicznej, to dlaczego nie miałaby nim być prosta informacja o tym, jak Pan Bóg ocenia zabijanie wrogów ojczyzny? Tym bardziej, że w przeciwieństwie do kibolskiego hasła, w tekście naklejek nie ma ani jednego słowa pozwalającego zidentyfikować konkretnych wrogów ojczyzny, żadne Lisy ani inne KOD-y się tam nie pojawiają, z czego zapewne autorzy tych tekstów wywiedli przekonanie, że skoro prokuratura zostawiła w spokoju kiboli, to ich tym bardziej zostawi.
Dodatkowo, nasze organy ścigania i porządku publicznego mają teraz na głowie masę innych rzeczy. Trzeba zabezpieczyć szczyt NATO, zbliżają się Światowe Dni Młodzieży, też wymagające policyjnego zabezpieczenia, pod koniec lata odbędzie się Przystanek Woodstock, uznany w tym roku za imprezę podwyższonego ryzyka i także wymagający dodatkowej pracy od służb państwowych. CBA co i rusz wchodzi z kontrolami do kolejnych instytucji, niewykluczone, że zreformowana prokuratura będzie się musiała niedługo zajmować ich kierownictwem i pracownikami. W pojęciu chłopaków ze Zjednoczonego Ursynowa instytucje państwowe zapewne nawet nie będą miały czasu się zajmować głupią wlepką, której wydrukowania oni sami nie uważają zresztą za coś złego. Cóż zresztą może im zrobić prokuratura, skoro dopiero co red. Sierocki zaprosił ich do występu w „narodowej” TVP? Tak, Zjednoczony Ursynów dostąpił ostatnio zaszczytu obecności w kąciku muzycznym Teleexpresu.

***

Nie wiem, na ile Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, co rozpętał. Jego własna kampania hejtu wobec opozycji (i w ogóle wobec osób o innych poglądach) sama w sobie wyrządziła wiele szkód, jednak jej skutki stają się coraz groźniejsze przede wszystkim w wyniku innych działań obecnej władzy, może mniej spektakularnych, ale mocno użyźniających poletko, na którym może wzrosnąć trująca roślina już nie słownej, ale fizycznej przemocy.
Obóz Dobrej Zmiany nie ogranicza bowiem nawożenia tego poletka jedynie do aktów uderzającej wręcz tolerancji dla mowy nienawiści. Gdyby nawożenie sprowadzało się tylko do tego, być może dałoby się tę spiralę w końcu zatrzymać. Są przecież w Polsce „prawnoczłowiecze” i antyfaszystowskie organizacje pozarządowe, są – jeszcze - w miarę niezawisłe sądy, teoretycznie można nienawistników skarżyć do skutku, składać do sądów zażalenia na decyzje prokuratur, w ostateczności odwoływać się do organów międzynarodowych (choć w oczywisty sposób naraziłoby to skarżących na przyklejenie łatki „donoszących na własny kraj”). Rzeczą znacznie gorszą jest to, że kaczyści próbują „młodzież patriotyczną” włączyć w swój mechanizm propagandowo-ideologiczny, a nawet wykorzystać ją jako jeden ze wsporników tworzonego systemu władzy.
Pierwszy z elementów tego planu prowadzi do swoistego „dopieszczania” tego środowiska (stąd widok Pana Prezydenta idącego w kondukcie Łupaszki na tle zielonych flag z falangą, słowa pisowców o kibolach jako o najbardziej patriotycznym elemencie społeczeństwa, wreszcie wyrozumiałość ministra Ziobry dla narodowca skazanego za szarpaninę z policją). W społeczeństwie wywołuje to wrażenie, jakoby poglądy, wypowiedzi i zachowania uznawane dotąd za skrajne, stały się normalną (i nie tylko moralnie neutralną, ale wręcz godną pochwały) częścią politycznego mainstreamu. Skoro rządzący obnoszą się ze swoim sojuszem z łysymi troglodytami skłonnymi do przemocy, mającymi wbudowany w psychikę imperatyw skanowania otoczenia w poszukiwaniu wrogów ojczyzny, skoro ludzie ci są dopuszczani na odległość kroku od salonów władzy, to widać żadni z nich chuligani, tylko dobrzy chłopcy z właściwie ustawioną patriotyczna busolą. A jeśli nawet ci z nich, którzy jednocześnie oddają się hobby kibolskiemu, czasem to i owo poniszczą albo ciut poszczerbią sobie lub policjantom łby w imię honoru barw klubowych, to i lepiej – przynajmniej wiadomo, że tacy nie uciekną do mamy, gdy przyjdzie do nas i po nas Putin.
A gdy grożenie przemocą, pochwała przemocy i zapowiadanie jej zastosowania zaczyna być przez wielu ludzi uznawane za normę, i skoro przekonanie to jest wzmacniane zachowaniami przedstawicieli państwa i prawa, już tylko krok dzieli nas od powszechnego uznania za normę wprowadzania brutalnych słów w czyn.
I tu musimy wspomnieć o drugim elemencie planu Prezesa. Tym, który w połączeniu z coraz większym oswojeniem z przemocą i nacjonalizmem może nas doprowadzić do tragedii.

Chodzi oczywiście o tworzone wlaśnie przez min. Macierewicza Oddziałów Obrony Terytorialnej. Nie wiem, jak sobie wyobraża pan minister te oddziały, jak planuje wprowadzić w nich dyscyplinę i w jaki sposób mają one stać się lojalnym wojskiem demokratycznego państwa (bo oficjalnie nasze wojsko nadal broni Polski demokratycznej), skoro wyraźnie zachęca się do wstępowania do nich tzw. „młodzież patriotyczną”, która po pierwsze z racji swoich często skrajnych poglądów daleka jest od szacunku dla demokracji i praw obywatelskich, po drugie przynajmniej częściowo wywodzi się z tzw. ruchów kibicowskich, a więc ze środowiska, które raczej trudno uznać za grupę obywateli zdyscyplinowanych i karnych. Obywatele ci bowiem potrafią w amoku zniszczyć stadion własnego klubu albo pół miasta, a swój stosunek do organów państwa wyrażają najczęściej złożonym z czterech liter skrótem postulującym uprawianie seksu analnego z funkcjonariuszami policji.
Jednocześnie właśnie owa „młodzież patriotyczna” słucha zespołów w rodzaju Zjednoczonego Ursynowa, wbijających im w głowy pogląd, że „Polska jest jedna, a kurew mnogo” (fuj, panowie patrioci, a co znowu to za wstrętny rusycyzm!?), to ona zapewne porozwieszała nieszczęsne wlepki. To ci ludzie słuchają innego „patriotycznego rapera”, Kękę, zapewniającego, że „jeszcze się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama”, i ostrzegającego, że jeśli nie będziemy dość patriotyczni, to „Niemcy nas kupią za ojro, ojro”. Tenże wykonawca w innej piosence zwierza się ze swoich marzeń o tym, aby „z imieniem Polski umrzeć, śmiercią swoją ją uświęcić”, przy czym z tekstu wyłania się obraz jakiejś oczekiwanej krwawej narodowej rewolty przeciwko tym, którzy powinni wiadomo co robić „zamiast liści”.
O tym, jak bardzo z tego typu „patriotyzmem” jesteśmy już oswojeni, świadczy fakt, że wspomniany Kękę był jedną z gwiazd tegorocznych lubelskich juwenaliów. Nie zaprotestował nikt: ani uczelnie, ani studenci (nawet lewicowi), ani żaden z pozostałych wykonawców, ani sponsorujący imprezę lubelski browar.
I właśnie ludzi urobionych tego typu twórczością i medialną nacjonalistyczną propagandą zamierza Dobra Zmiana umundurować, dać im – przynajmniej na czas ćwiczeń i ewentualnych działań - broń, a w ramach ustawy antyterrorystycznej także prawo do interwencji, jeśli z jakąś gwałtowną demonstracją nie radziłaby sobie policja. Przy najlepszych chęciach trudno widzieć w tym pomyśle coś innego, niż stworzenie w każdym regionie grupy janczarów Dobrej Zmiany, która będzie wywoływała lęk samą swoją obecnością w terenie. Ot, takie ni to ZOMO, ni to ORMO, tyle że wojskowe, a nie policyjne. Na wojnie kompletnie nieprzydatne. Eksperci wojskowi są zgodni: jeśli naprawdę przyjdzie Putin, mamy zagwarantowane, że w otwartym boju nakryje całe to towarzystwo czapkami i pogoni pieszo do Jakucji.

Nikt natomiast nie jest w stanie zagwarantować, że w masie ochotników przyjętych do OOT nie znajdzie się mniejsza lub większa ilość świrów, którzy hasło o zabijaniu wrogów ojczyzny jako drodze do nieba wezmą na poważnie i będą próbowali je wprowadzić w życie. Skoro bowiem pojawiło się ono w przestrzeni publicznej, a najpierw w głowach artystów (?) ze Zjednoczonego Ursynowa, to zapewne drzemie też w innych głowach w całej Polsce, bynajmniej nie tylko artystycznych. Dorobiliśmy się po roku Dobrej Zmiany naszego własnego, polskiego, narodowo-katolickiego dżihadu. Dżihadu patriotycznego. Wystarczyłoby wszak na wlepce słowo „ojczyzna” zamienić na „islam”, i mielibyśmy gotowy slogan do wykorzystania przez propagandzistów Państwa Islamskiego.
Być może niektórym trzeźwiej myślącym i po prostu jeszcze w miarę normalnym Polakom teza, jakoby zabijanie kogokolwiek miało być dla chrześcijanina drogą do zbawienia, wydaje się w XXI wieku nieco szokująca. Niestety, jest u nas cała duża grupa ludzi mających w głowie trującą mieszankę „godnościowych” sloganów Prezesa, smoleńskiego „piijii-bziuu” ministra Macierewicza, kibolskiej ideologii siły i narodowo-katolickich porykiwań ks. Międlara. Pamiętajmy: platformerska pogarda dla wyborców prawicy i rozbudzanie strachu przed Prezesem wyprodukowała niejakiego Cybę, który ruszył z pistoletem polować na Kaczora, by w końcu zastrzelić w zastępstwie szeregowego radnego. Trudno przypuszczać, aby spuszczony ze smyczy i podlany katolickim sosem nacjonalizm, połączony z szerzącą się tolerancją dla nienawiści i podsycaniem strachu przed wszelką innością, nie wyprodukował jakichś Cybów w szeregach prawicowej młodzieży. Jak celnie to ujęła współprzewodnicząca Zawisza, „za chwilę obudzimy się z naszym krajowym odpowiednikiem ISIS – skrajnie prawicowymi zjebami, którzy strzelają do każdego i każdej, którzy im nie pasują do obrazka wielkiej Polski katolickiej”.

***

Można było sobie żartować z ruchu Moherowych Talibów, który próbowali kiedyś zakładać emeryci słuchający Radia Maryja, jednak w przypadku narodowo-katolickiego dżihadu nie należy ograniczać się do wyśmiewania, bo jeśli się po Polsce rozpleni myślenie kategoriami narodowych raperów z Ursynowa, będziemy się śmiać wszyscy - ale baranim głosem. Mała naklejka na warszawskiej ulicy jest bowiem czymś więcej, niż tylko jeszcze jednym znacznikiem pozostawionym w terenie przez skrajną prawicę. Przekroczono kolejną granicę: wezwanie do mordowania ludzi pożeniono z religią. Zrobiono to w kraju, w którym – jak w mało którym w Europie – religia pozostaje dla większości mieszkańców jednym z ważniejszych elementów tożsamości etnicznej i osobistej. Jeśli w takim społeczeństwie usprawiedliwia się przemoc przy użyciu języka religii, jest to równoznaczne z próbą podpalenia lontu, ciekawe tylko, na ile w tym konkretnym wypadku świadomą.
Bardzo bym też chciał wiedzieć, czy Prezes zdaje sobie sprawę z tego, jak niebezpieczną grę prowadzi, i że jest to gra niebezpieczna nie tylko dla Polski, ale i dla niego samego i innych funkcjonariuszy Dobrej Zmiany. Spuszczenie z łańcucha sił, które krzyczą „śmierć wrogom ojczyzny” i obiecują raj w nagrodę za polityczne morderstwa, faktyczne wycofanie się państwa z kontroli nad bezprawiem w debacie publicznej, zapraszanie ludzi o skrajnych poglądach do publicznej telewizji i zachęcanie ich do wstępowania do ochotniczych oddziałów paramilitarnych – wszystko to robione jest zapewne w przekonaniu, że oto PiS i skrajna prawica stworzyły pewną trwałą i wygodną symbiozę. Ma ona z grubsza polegać na tym, że władze pozwalają ugrupowaniom skrajnym na szerzenie antydemokratycznych idei, dopuszczają je do uczestnictwa w uroczystościach państwowych i faworyzują w mediach publicznych, a w zamian za to nacjonaliści nie przeszkadzają Dobrej Zmianie, wspierają ją w walce z „wrogami ojczyzny”, a nawet są skłonne częściowo poddać się pod wojskową komendę „dobrze zmienionego” MON-u. Z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości jest to być może na chwilę obecną sytuacja idealna. Cichy, ale widoczny sojusz wszechwładnego Prezesa i łysych pałkarzy budzi w wielu środowiskach lęk i niepewność. Problem w tym, że sojusz ten wynika głównie z faktu, że w chwili obecnej PiS i pałkarze definiują wrogów ojczyzny mniej więcej tak samo. Jednak to nie Prezes decyduje, kto jest aktualnie wrogiem i zdrajcą dla „młodzieży patriotycznej” i jej przywódców.
A skoro tak, czy Jarosław Kaczyński wie, co zrobi, jeśli pewnego dnia sytuacja wymknie mu się spod kontroli, a spuszczone za jego przyzwoleniem ze smyczy amstaffy nie zechcą wrócić do nogi? Nie oszukujmy się: ugrupowania skrajnie prawicowe nie siedzą bezczynnie, i obecną sytuację wykorzystują do zwiększenia swych wpływów w społeczeństwie, szczególnie wśród ludzi młodych, z natury rzeczy chętnie podążających za hasłami głoszącymi wywracanie do góry nogami zastanego porządku. Co będzie, gdy nagle okaże się, że Dobra Zmiana to za mało? Może się przecież za kilka lat zdarzyć, że obrośnięci już w piórka, wzmocnieni nowymi siłami i okopani na mainstreamowych w istocie pozycjach narodowcy i ultrakatolicy powiedzą, że PiS zdradził i oszukał naród, że miała być zmiana na lepsze, a jest tylko wymiana starego establishmentu na nowy, że miała być polityka wstawania z kolan, a tymczasem Polska nadal klęczy, tyle że teraz nie przed Angelą Merkel, ale przed Xi Jinpingiem. A zaraz potem na warszawskich ulicach ktoś rozklei wlepki proponujące ogłupionej młodzieży zbawienie wieczne w zamian za głowę Prezesa.
Co wtedy zrobisz, Dobra Zmiano?













piątek, 1 lipca 2016

Smutek i duma

Piszę to dzień po meczu z Portugalią, i wciąż nie mogę się otrząsnąć. Półfinał był na wyciągnięcie ręki. O jeden rzut karny od nas.
Było prawie – prawie! - jak ze Szwajcarią. Znów strzeliliśmy za mało bramek z gry, znów sprokurowaliśmy sobie piłkarski horror do samego końca, ale tym razem niestety okrucieństwo futbolu ostatecznie dopadło nas, a nie przeciwników. Odpadliśmy. „Prawie” zrobiło w tym wypadku różnicę ogromną.

Porażka w karnych to najbardziej bolesny rodzaj przegranej, ale jednocześnie to najniższa porażka, jakiej można doznać na piłkarskim boisku. Odpadliśmy z tych mistrzostw, ale tym razem była to porażka bez wstydu. Odpadliśmy, ale wszyscy, tam, na stadionie i tu, przed telewizorami, czuliśmy po meczu nie tylko smutek, ale i dumę. Takiej Polski dawno na żadnych mistrzostwach nie oglądano. Oczywiście, wielu z nas ma po wczorajszym wieczorze bolesnego futbolowego kaca, ale to jest kac zupełnie inny od tego, który nam fundowano cztery, osiem, dziesięć, czternaście i trzydzieści lat temu.
Polski kibic ma po tym meczu oczywiste poczucie straty, ale nie upokorzenia.
Można wybrzydzać na indolencje strzelecką Milika, na to, że Lewandowski pierwszego gola strzelił dopiero teraz, że Krychowiak, próbując wybijać strzał Sancheza, bardziej nam zaszkodził, niż pomógł – ale to wszystko tak naprawdę detale. Jest w tej drużynie wiele rzeczy do poprawki, nie ukrywa tego zresztą sam trener Nawałka. Jednak nie zmienia to faktu podstawowego: po latach rozczarowań, po całych dziesięcioleciach niemocy, po obejrzeniu całej galerii osobliwości na ławce trenerskiej i gwiazdorów z przerośniętym ego na boisku, mamy wreszcie trenera na miarę oczekiwań i grupę ludzi, którzy swoje indywidualne sympatie, antypatie i ambicje chowają do kieszeni w imię dobra drużyny. Bo to jest drużyna. Po raz pierwszy od bardzo dawna.
Porażka dopiero w rzutach karnych oznacza, że z tym trenerem i tym zespołem ludzkim mogliśmy przy odrobinie szczęścia zajść jeszcze przynajmniej o szczebelek wyżej. Choćbyśmy nie wiem jak krytykowali tego czy innego zawodnika, nie zmieni to faktu, że Polska osiągnęła na seniorskim turnieju mistrzowskim największy sukces od 1982 roku.

Porównania dotyczące ludzi działających w różnych warunkach i w różnych epokach historycznych zawsze są obarczone ryzykiem błędu i popełnienia anachronizmu, ale jeśli już można trenera Nawałkę porównywać do któregoś z poprzedników, to legendarny Kazimierz Górski pasuje tu chyba najbardziej. Nawałka, tak jak Górski, ma nieprawdopodobny instynkt, swoisty trzeci zmysł selekcjonerski, który pozwala mu dostrzegać diamenty nawet tam, gdzie inni widzą tylko popiół (przykład Pazdana mówi sam za siebie). Ma naturalną charyzmę, jednocześnie nie przejawiając ani krzty gwiazdorstwa. To wszystko pozwala mu nie tylko właściwie dobierać skład reprezentacji, ale także pozytywnie wpływać na stosunki międzyludzkie w zespole, tworzyć z tych piłkarzy drużynę, grupę ludzi połączonych wspólnym celem, wspólnymi emocjami i gotowych do wzajemnego wspierania się na boisku, umiejących przejść do porządku dziennego nad urazami i własnym interesem.
Nawałka dokonał rzeczy niezwykłej: stworzył reprezentację na ćwierćfinał Euro w kraju, w którym nadal kuleje system szkolenia, brakuje chętnych do pracy z młodzieżą, a osiedlowe placyki i boiska w imię ekonomicznej opłacalności sprzedano deweloperom i zabudowano blokami. Orliki, choćby najpiękniejsze i otwarte całą dobę, nie zastąpią tego wszystkiego, co zostało zlikwidowane. Jako dzieciak mieszkałem na najmniejszym ursynowsko-natolińskim osiedlu w Warszawie. Gdy przyszła mi ochota na ganianie za piłką, do dyspozycji miałem osiem boisk. Były tam koślawe bramki, w większości bez siatek, w ciepłym półroczu biegało się w kurzu, w chłodnym – po błocie lub śniegu, ale miejsca do gry nie brakowało. Dziś na tym osiedlu jest jeden Orlik, pełniący dodatkowo funkcję boiska szkolnego i chyba nic więcej, a dzieci pewnie mieszka tam tyle samo, bo co prawda przyrost naturalny spadł, ale liczba ludności osiedla wzrosła co najmniej o jedną trzecią. Dawno tam nie byłem, ale podejrzewam, że na podwórkach wiszą tabliczki z napisami „zakaz gry w piłkę”. Tak jak na większości podwórek jak Polska długa i szeroka.

Stworzył więc Nawałka dobrą reprezentację w kraju, gdzie dziecko grające w piłkę jest traktowane przez dorosłych niemal na równi z chuliganem niszczącym kosze na śmieci i wybijającym szyby, gdzie dostęp do boisk dla młodzieży jest de facto reglamentowany, gdzie kluby sportowe w większości zatrzymały się w rozwoju na poziomie ostatniej dekady ubiegłego wieku, a eksportowe drużyny regularnie dostają lanie już w rundach wstępnych europejskich pucharów. Ostatni klubowy półfinał zaliczyliśmy w roku 1991, ostatnią rundę grupową – w 1996. W europejskiej piłce klubowej nas po prostu nie ma. Stan ten przez lata bywał traktowany jako usprawiedliwienie kolejnych porażek drużyny narodowej. Zwalniani po nieudanych eliminacjach i turniejach trenerzy, gdy już wykorzystali wszystkie inne argumenty, powtarzali jak mantrę, że „jaka liga, taka reprezentacja”, więc jeśli ktoś ma jakieś pretensje, to proszę bardzo, ale nie do nich. Bo przecież w kraju z taką ekstraklasą się po prostu nie da. Rekord dziwacznych usprawiedliwień pobił zaś Leo Beenhakker, który winę za swoje porażki zrzucił na… polską mentalność, z którą nie da się podobno osiągać sukcesów. Jakbyśmy w 1974 czy 1982 roku pożyczali sobie mentalność od innych narodów.
Obecny trener pokazał, że jednak się da, i nie przeszkodzi w tym ani słaba liga (tak naprawdę nie jest to sprawa najważniejsza: Hiszpanie przez całe lata mieli słabą reprezentację przy bardzo silnej lidze, Duńczycy wygrali Euro w roku 1992, nie mając w składzie ani jednego zawodnika z marniutkiej rodzimej ekstraklasy), ani polska mentalność, ani nawet deficyty systemu szkolenia i zasobu boisk. I że nie trzeba mieć w drużynie całego zastępu Lewandowskich i Błaszczykowskich, żeby dojść do ćwierćfinału, wystarczy dwójka egzemplarzy oryginalnych, uzupełnionych odpowiednio wybraną i zmotywowaną resztą. Aż strach pomyśleć, dokąd by ten zespół doszedł, gdyby nie katastrofalna forma strzelecka Milika.

Oczywiście, byłoby bardzo niedobrze, gdyby zaczęto teraz pisać o naszej reprezentacji tylko teksty pochwalne wymieszane z hagiografiami trenera. Można i należy zadawać pytania o Milika (może potrzebny był psycholog – strasznie dziwna była ta nagła utrata umiejętności celowania w światło bramki, którą ten zawodnik przecież posiada i pokazywał ją w eliminacjach), o taktykę (czy aby jednak w drugiej połowie nie była zbyt defensywna), o Kapustkę (czy z Portugalczykami nie należało go wpuścić wcześniej), wreszcie o rzuty karne i przygotowanie bramkarzy w tym względzie (Fabiański, fantastyczny w grze, przy karnych zachowywał się tak, jakby w ogóle ich nie ćwiczył na treningach).
Można i należy naciskać na PZPN, który pod kierownictwem Zbigniewa Bońka co prawda się zmienia, ale wolniej, niż powinien, trzeba krytykować poziom ekstraklasy, panujące w niej nieporządki i kult pieniądza, całkowicie nieraz przesłaniający aspekt sportowy, a także rozpanoszenie się w niektórych klubach tzw. ruchów kibicowskich, często oskarżanych o dość szemrane powiązania. Wręcz bezwzględnie należy się przyczepiać do systemu szkolenia dzieci i młodzieży, który nie dość, że od najmłodszych grup jest nastawiony bardziej na wyniki, niż na rozwijanie umiejętności, to jeszcze grzęźnie w patologiach czasem przypominających te znane ze szkolnictwa, z kiepskimi wynagrodzeniami, miękkim terrorem rodziców i religią sprawozdawczości na czele, a czasem te znane z dorosłej piłki i wymienione tu wcześniej. To wszystko utrudnia rozwój polskiego futbolu, a często odstrasza rodziców od posyłania maluchów na zajęcia piłkarskie, wielu osobom nasza piłka kojarzy się bowiem z bagnem pełnym dziwnych ludzi, dziwnych interesów i działającym na dziwnych zasadach, bagnem od którego należy trzymać się z daleka, bo może młodego człowieka wciągnąć i zatopić.
Powinni więc dziennikarze, blogerzy i kibice robić wszystko, aby zarówno nasza federacja piłkarska, jak i ministerstwo sportu (niechże się na coś przyda cała ta Dobra Zmiana!) z większym zapałem zwalczały sportowe patologie, a trenerowi Nawałce, jak każdemu innemu selekcjonerowi, należy patrzeć na ręce i zadawać pytania.

Wszystko to jednak nie może nam przesłonić najważniejszego: wydostaliśmy się z ciemnego lasu. Gole Błaszczykowskiego i rajdy Kapustki, bezbłędne interwencje Pazdana i wspaniałe parady Fabiańskiego, mrówcza praca Lewandowskiego, piękna, godna sportowców i reprezentantów kraju postawa całej drużyny, a także to, co piłkarze i trener prezentowali poza boiskiem, świadomość własnej wartości przy jednoczesnej skromności i świadomości braków i niedociągnięć – wszystko to budzi nadzieję na następne lata i turnieje.
Należy się tej drużynie od nas wielki hołd, podziękowanie i wyrazy uznania za twardość, nieustępliwość, odwagę i determinację w dążeniu do celu, za piękny, biało-czerwony karnawał, który oby był tylko przedsmakiem tego, co przynieść nam mogą kolejne eliminacje i mistrzowskie turnieje. Należy im się nasza wdzięczność nie tylko za tegoroczny wynik, za chwile radości, za pierwszy od 34 lat ćwierćfinał, ale być może przede wszystkim za przywrócenie nam futbolowej godności, za powrót nadziei, że nasze miejsce na piłkarskiej mapie świata znów będzie miejscem wśród walczących o strefę medalową, a nie wśród piłkarskich pariasów.

Za radość i nadzieję, za emocje i walkę, za przywróconą dumę polskich kibiców – za wszystko to Wam dziś, Panowie, dziękujemy.
I wierzymy, że to nie koniec, ale dopiero początek.



poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jazda na byku

Są takie momenty w dziejach, gdy historia zrywa się z wędzidła i zaczyna galopować w kierunku, którego nikt nie jest w stanie przewidzieć, a tym bardziej kontrolować. Ludzie uświadamiają sobie wówczas, że uruchomione przez nich procesy zaczynają mieć nad nimi władzę, ale właśnie to, że są w stanie sobie to uświadomić, oznacza, że jest już za późno na reakcję. Symptomy zbliżającego się decydującego momentu można z reguły zauważyć wcześniej. Historia wierci się, sapie, kopie, wierzga… Ci, którzy mogą przerwać niebezpieczny ciąg zdarzeń, najczęściej nie robią nic, wierząc naiwnie, że po raz kolejny mają do czynienia jedynie z przejściowymi zawirowaniami w ramach raz na zawsze ustanowionego, najlepszego z możliwych, porządku. Schemat ten powtarza się w historii ludzkości od tysięcy lat, i najwyraźniej przez te tysiące lat nikt niczego się w tej kwestii nie nauczył.
Nie świadczy to najlepiej o inteligencji tych, których wybieramy – lub sami się wybierają – do rządzenia światem. Zawsze, niezmiennie i za każdym razem mówią nam, że nic się nie dzieje, byczek historii trochę poburczy, powierzga, jeśli będzie trzeba, to oberwie batem przez łeb, i się uspokoi. Wolą znęcać się nad bykiem, co tylko go rozjusza, zamiast go uspokoić, a potem naprawić wędzidło. Efekt jest taki, że byk się coraz mocniej rzuca, a wędzidło w tym czasie coraz bardziej trzeszczy
Aż w końcu przychodzi moment przesilenia. Byczek się zrywa i zaczyna się zbiorowe rodeo, tyle że jest to rodeo bez ograniczających arenę płotów, a kto spadnie, wali głową w twardą skałę.

W Polsce takim momentem przełomu były podwójne wybory roku 2015, które co prawda skanalizowały społeczny bunt, który bez nich prawdopodobnie dałby o sobie w końcu znać na ulicy, z drugiej jednak strony dały władzę narodowo-konserwatywnym rewolucjonistom.
Od kilku dni taki moment przeżywa Unia Europejska. Brexit stał się faktem. Historia dzieje się tu i teraz, na naszych oczach. Dosłownie, bo przecież wszystko, co się dzieje w Wielkiej Brytanii, można non stop oglądać w telewizyjnych kanałach informacyjnych. Od gigabajtów analiz i komentarzy przegrzewają się internetowe łącza. Szok w Europie jest tym większy, że większość jej mieszkańców w dniu brytyjskiego referendum poszła spać z przekonaniem, że nic się nie stanie. Jeszcze wieczorne sondaże, ba!, pierwsze wstępne wyniki głosowania, dawały niewielką przewagę zwolennikom pozostania Zjednoczonego Królestwa w Unii. Nie dziwi więc dość katastroficzny ton komentarzy („to najgorszy dzień dla Europy od 1939 roku!”), bo istotnie stało się coś, w czego możliwość chyba nigdy nie byliśmy w stanie do końca uwierzyć. Anglicy naprawdę z Unii uciekli!
Całość konsekwencji tego wydarzenia jest zaś w tej chwili nie do przewidzenia. A samo to, co w jakimś stopniu przewidzieć się da, budzi duże obawy o przyszłość i Unii, i Polski w Unii (o ile Unia przetrwa), i samej Wielkiej Brytanii. Bardzo możliwe, że za dziesięć lat żyć będziemy w Unii podzielonej na dwie strefy polityczno-ekonomiczne i w Europie z niepodległą, unijną Szkocją i Wielką Brytania ograniczoną tylko do Anglii i Walii.

Trudno dziś stwierdzić, czy Brexit wytworzy reakcję łańcuchową w innych krajach i jak ta reakcja będzie przebiegała. Eurosceptycy rosną dziś w siłę we Francji i w Niemczech, nie wydaje się jednak, aby byli w stanie – szczególnie w Niemczech, bo o Francję można się bardziej obawiać - pokonać okopane na swoich pozycjach partie tradycyjne. Bardziej skłonne od dryfowania w kierunku postaw eurosceptycznych czy wręcz po cichu antyunijnych mogą być kraje tzw. nowej Unii (na Węgrzech obserwujemy to już od dawna, w Polsce od roku, trochę dłużej na Słowacji, w Czechach czy w Rumunii eurosceptycy nie maja pełni władzy, ale przyczółki już zdobyli) i część południowców (przede wszystkim wciąż pogrążeni w politycznym i gospodarczym bałaganie, a do tego z racji kulturowych i historycznych powiązań mocno prorosyjscy Grecy).
Nie do przewidzenia jest czas i miejsce ewentualnego następnego referendum „exitowego” – jeśliby już się coś takiego Europie przydarzyło, zdecydowanie lepiej byłoby dla nas, gdyby z Unii wyszedł któryś z maluchów (Chorwacja? Malta?) niż kolejne państwo z grupy najsilniejszej ludnościowo, ekonomicznie i politycznie. Bez takiej na przykład Chorwacji Unia dałaby sobie jakoś radę (gorzej z samą Chorwacją), ale już hipotetyczny Fraxit byłby dla wspólnoty katastrofą, ostatecznym przetrąceniem kręgosłupa. Doskonale o tym wiedzą rządzący póki co na szczęście w krajach starej Unii zwolennicy integracji, wbrew pozorom może to jednak prowadzić do procesów niekorzystnych, choć samą Unię być może ratujących. Odpowiedzią na tendencje odśrodkowe może być – widać to wyraźnie po ostatnim spotkaniu przywódców państw-założycieli UE - zrealizowanie znanej od lat w formie eksperymentu myślowego koncepcji podziału wspólnoty na Unię, jakby powiedziałby prezes Kaczyński, lepszego i gorszego sortu.
W pierwszej grupie, bardziej zintegrowanej, silniejszej gospodarczo i pilnującej zachowania wysokich standardów demokratycznych, prawnych i socjalnych, znaleźliby się zapewne (przy wspomnianym na wstępie założeniu, że eurosceptycy na Zachodzie jednak przegrają) Niemcy, Francuzi, Belgowie, Holendrzy, Luksemburczycy, Włosi, być może Austriacy, choć tam akurat istnieje duża groźba zwycięstwa sił antyunijnych. W drugiej bylibyśmy zapewne my, Hiszpanie, Rumuni i cała drobnica ze Wschodu i Południa. Istnieje też inna możliwość: grupa płacąca w euro, z wyjątkiem być może eurosceptycznej Słowacji, jako Unia wyższej prędkości i grupa płacąca walutami narodowymi jako „gorszy sort”. W jednym i drugim przypadku zaliczenie do grupy gorszej mogłoby się wiązać z ograniczeniami w przepływie osób i towarów, być może z jakąś wewnętrzną barierą celną na unijno-unijnych granicach, a w zamian za to kraje tej grupy byłyby zwolnione z przestrzegania niektórych norm traktatowych, w szczególności tych dotyczących sfery praw obywatelskich, sprawiedliwości społecznej, kontroli przestrzegania założeń systemu demokratycznego i równouprawnienia grup dyskryminowanych. Rządzącym nami „suwerenistom” o autorytarnych ciągotach być może będzie się to podobało (choć oficjalnie Prezes jest przeciw, a nawet usiłuje zorganizować spotkanie państw „gorszego sortu” w Warszawie i tworzyć polski plan reformy wspólnoty), gorzej z sytuacją prawną i ekonomiczną przeciętnego obywatela.
Nie wiadomo też, jak taka wspólnota poradziłaby sobie z falą uchodźców. Być może twarde jądro zaczęłoby ich mocno odsiewać, jednocześnie oczekując od pozostałych bycia takim buforem, jakim teoretycznie ma być dziś Turcja.

Polska na wyjściu Wielkiej Brytanii traci już teraz. Rozpoczęły się niekorzystne dla nas ruchy na rynkach finansowych, niekorzystne zarówno dla państwa jako całości, jak i dla pojedynczych obywateli (najbardziej będą Brexit przeklinać frankowicze, ale spadającą złotówkę możemy niedługo przeklinać wszyscy). Nie wiadomo, co uwolniona od unijnych zobowiązań Brytania zrobi z tysiącami polskich imigrantów, którzy nie zdążyli lub nie pomyśleli o przyjęciu brytyjskiego obywatelstwa. I nie wiadomo, co ojczyzna zrobi z tymi, którzy ewentualnie będą musieli wrócić na jej łono.
W sferze politycznej tracimy największego w Unii sojusznika w sprawach wschodnich. Naturalne przeniesienie rzeczywistego centrum dowodzenia Unią w kierunku osi Paryż-Berlin z pewnością osłabi determinację wspólnoty w kwestii sankcji przeciwko putinowskiej Rosji, co dla nas jest informacją jak najgorszą. Do tej pory Prezes i jego ludzie, którzy z racji swojego „talentu” dyplomatycznego i germanofobii niewiele mogli w tej kwestii wskórać u pani Merkel, mieli jeszcze jakieś szanse związane z euroatlantycką strategią Wielkiej Brytanii, kraju z gatunku tych najbardziej wpływowych. Teraz zostajemy z naszymi obawami przed Putinem sami, z rządem traktującym zachodniego sąsiada i sojusznika z nieufnością, którą normalne rządy okazują raczej krajom wrogim, niż grającym w tej samej drużynie. Trudno przypuszczać, aby ten rząd był w stanie tego sojusznika do czegokolwiek przekonać. Tym bardziej, że nie tak dawno demonstracyjnie odmówił owemu sojusznikowi jakiejkolwiek solidarności w kwestii arabskich uchodźców. Ma rację Ludwik Dorn w kwestii „runięcia w gruzy” polityki zagranicznej PiS, nie rozumiem natomiast wyraźnej satysfakcji w obozie liberalnym. Miękka polityka Unii wobec wobec Rosji jest sprzeczna z interesami Polski jako takiej, tak samo jak sprzeczne z naszymi interesami jest wynikające z takiej miękkości osłabienie suwerenności i zachodnich aspiracji Ukrainy, cieszyć się więc nie ma z czego, i jeśli dziś ktokolwiek w obozie władzy powie, że niektórzy przedstawiciele środowisk opozycyjnych wykazują się w tej konkretnej kwestii brakiem patriotyzmu, to wyjątkowo będą mieli sporo racji.
Będzie więc naszą polityką zagraniczną kierował splot okoliczności fatalnych, a za jakiś czas jeszcze gorszych. Bo mamy tu i uzasadnioną nieufność w stosunku do Rosji, i bezsensownie spaprane na własne życzenie stosunki z przyszłym jądrem Unii, i brak liczących się unijnych sojuszników w polityce wschodniej. Do tego dochodzi rzeczywiste nieistnienie – oprócz istnienia czysto geograficznego – jakiegokolwiek połączonego wspólnymi interesami Międzymorza, które jako realny byt widzą w swoich głowach chyba tylko kaczyści i ich sojusznicy. Wszystko to, cały ten niekorzystny układ uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych, będzie nas, zgodnie z żelazną logiką geopolityczną, pchał w kierunku poszukiwania oparcia poza Europą, co samo w sobie dla niedużego kraju próbującego działać samotnie jest w dzisiejszych czasach trudne, a dla nas o tyle trudniejsze, że na zewnątrz jesteśmy wciąż traktowani jako ogniwo większej wspólnoty, co może rodzić mniejsze lub większe nieporozumienia.
Prezes najwyraźniej poszukuje międzynarodowego oparcia w stolicach dwóch pozaeuropejskich mocarstw, w Waszyngtonie i Pekinie. Stąd z jednej strony choćby polskie poparcie dla podpisania generalnie niekorzystnego dla Europejczyków (za to bardzo korzystnego dla amerykańskich korporacji) układu TTIP, z drugiej – mdląca czołobitność wobec oficjalnych czynników chińskich. Problem w tym, że Amerykanom pod władzą Demokratów bardzo się nie podoba zarówno pisowskie demolowanie demokracji na własnym podwórku, jak i kłótliwość obecnych polskich władz w stosunkach z głównymi państwami unijnymi. Polska z ministrami Waszczykowskim i Macierewiczem na pierwszej wojskowo-dyplomatycznej linii wygląda dziś zresztą na partnera nieco niepoważnego. Co gorsza, już za chwilę możemy mieć do czynienia z Donaldem Trumpem w Białym Domu, a to może oznaczać powrót do polityki stref wpływów – i wcale nie jest przesądzone, po której stronie granicy strefy amerykańskiej się znajdziemy.
Zostają nam Chiny, co zresztą Prezes zdaje się zauważać, forsując nie tylko ofensywę dyplomatyczną wobec Państwa Środka, ale także dbając o jej odpowiednią oprawę medialną. Partnerstwo strategiczne z Chinami zostało zawarte w roku 2011, o czym mało kto dzisiaj pamięta, bo politycy PO nie szaleli aż tak bardzo z fetowaniem w telewizji wizyt szefów KPCh w demokratycznej Polsce, nie mówiąc już o tym, że prowadzili zupełnie inną politykę międzynarodową, a o Brexicie i całej możliwej lawinie nieszczęść z nim związanej jeszcze nikomu się nie śniło. PiS pole manewru ma dużo mniejsze, a do tego mam wrażenie, że naprawdę wierzy w chińskie zapewnienia o wyjątkowości stosunków z Polską.
Obawiam się, że w obecnej sytuacji geopolitycznej czeka nas więcej obrazków polityków PiS-u oddających się umizgom do skośnookich miłośników tortur, cenzury i psiego mięsa. Kraj „Solidarności” jako największy w Unii Europejskiej sojusznik zbrodniczej dyktatury? No cóż, nie jedyny to paradoks, który fundują nam rządy Prezesa.

Brexit może się w końcu okazać największą krzywdą, jaką mogła sobie wyrządzić sama Wielka Brytania. Paradoksalnie utrzymanie jedności państwa brytyjskiego może po wyjściu z UE być trudniejsze, niż utrzymanie w całości tej ostatniej. W najbardziej pesymistycznej wersji z całego Zjednoczonego Królestwa może Anglikom pozostać… sama Anglia!
Prounijna Szkocja, która niedawno omal się od Wielkiej Brytanii nie odłączyła (zwolennicy niepodległości referendum przegrali o włos), już zapowiedziała, że będzie dążyć do powtórki głosowania, najprawdopodobniej pod hasłem „wyjdźmy z GB, zostańmy w UE” – i są duże szanse, że tym razem wynik będzie odwrotny. Nie wiadomo, jak na Brexit zareagują Walijczycy, choć to chyba najbardziej lojalna prowincja Królestwa, i tu akurat zapewne skończy się na strachu.
Największym problemem może okazać się Ulster. Konflikt proirlandzkich katolików i probrytyjskich protestantów nigdy do końca nie wygasł (do dziś istnieje faktyczna terytorialna segregacja wyznaniowa, katolicy i protestanci nie mieszkają razem, chodzą do osobnych szkół, a nawet nie spacerują po terenie zamieszkanym przez ludność z drugiej strony barykady), a Brexit może być iskrą rzuconą na prochy. Katolicy, wyrzuceni decyzją referendalną z Unii, już mówią o zamiarach pozostania w niej, ale jako… obywatele zjednoczonej Irlandii! Jest więc bardzo prawdopodobne, że spróbują wznowić walkę o odłączenie się od Korony. Protestanci - nawet ci, którzy głosowali za pozostaniem we wspólnocie – absolutnie się na to nie zgodzą, bojąc się, że po zmianie granic staną się obywatelami drugiej kategorii i obiektem zemsty za wieloletnie upokorzenia doświadczane przez ludność katolicką. Powrót do koszmaru wojny domowej i zamachów terrorystycznych nie jest oczywiście rzeczą pewną ani konieczną, niemniej jednak jest możliwy, o czym najczęściej przy omawianiu skutków Brexitu się zapomina.

Przed nami czasy na pewno ciekawe, ale niestety ciekawe w zupełnie inny sposób niż choćby pamiętne okolice roku 1989. Byczek historii zerwał się z wędzidła i wierzga, a my wszyscy siedzimy na jego grzbiecie i uprawiamy ulubiony sport Prezesa. Być może okażemy się dobrymi jeźdźcami i nie pospadamy, ale przecież nawet jeśli, to i tak kompletnie nie wiemy, dokąd zostaniemy dowiezieni, i czy na pewno chcielibyśmy tam się znaleźć.





środa, 22 czerwca 2016

Nie uciekajmy od karnawału

To jest tekst dla tych i o tych, którzy są kibicami piłki nożnej. Inni pewnie go nie zrozumieją. To jest też tekst dla tych, którzy choć trochę martwią się o to, co się może w najbliższym czasie stać z Polską, Europą światem, nie ograniczając swoich zainteresowań jedynie do własnych spraw prywatnych. Inni zresztą chyba nie czytają takich blogów.

Końcówce rozgrywek grupowych turnieju Euro 2016 towarzyszy u nas atmosfera nieledwie narodowej euforii. Flagi na samochodach, gdzieniegdzie udekorowane narodowymi barwami balkony, tłumy w strefach kibica w tych miastach, które nie wystraszyły się zagrożenia terrorystycznego ani nie organizują żadnych ważnych zlotów międzynarodowych, i strefy takowe zorganizowały. Reprezentacja Polski awansowała do 1/8 finału Mistrzostw Europy, i przy tym fakcie bledną dziś wszelkie inne informacje, łącznie z groźbą Brexitu, hołdem złożonym przez panią premier Prezesowi w wywiadzie internetowym, strajkami w służbie zdrowia i służbie celnej, afrontem polskiego episkopatu wobec papieża, a nawet stopą posła Tarczyńskiego wystawioną z jacuzzi.
Co starsi i bardziej zrównoważeni kibice próbują co prawda uświadomić reszcie, że do Orłów Górskiego orzełkom Nawałki jeszcze trochę brakuje, ale kto by tam – szczególnie w grupie kibiców urodzonych po roku, powiedzmy, 1985 - słuchał opowieści starych dziadków! Bądź co bądź zdarzyło nam się wyjść z grupy na jakichkolwiek piłkarskich zawodach rangi mistrzowskiej po raz pierwszy od trzydziestu lat!

Poprzedni raz pamiętam aż za dobrze. Meksykański mundial roku 1986 oglądałem oczami dziesięciolatka wychowanego na telewizyjnych powtórkach bramki Domarskiego z Wembley i mającego za sobą kibicowską inicjację najpiękniejszą z możliwych: oglądanie Polaków zajmujących trzecie miejsce na świecie cztery lata wcześniej. Nic dziwnego, że o ile mogłem jeszcze zrozumieć 0:0 z Marokiem i to, że z raczej słabą wtedy Portugalią wymęczyliśmy ledwo-ledwo 1:0, o tyle dwa następne mecze były dla mnie szokiem. 0:3 z Anglią, które omal nie kosztowało nas awansu z grupy, a później przesławne czterobramkowe lanie z Brazylią wysadziły w powietrze całe moje ówczesne pojmowanie piłkarskiego świata, w którym Polska zajmowała miejsce w światowej czołówce na takich samych zasadach jak Włochy, Argentyna, Niemcy (wtedy jeszcze Zachodnie) czy wspomniana Brazylia – czyli miejsce stałe i niezmienne, mocą dotychczasowych sukcesów zagwarantowane. Dotarło do mnie – w sposób bardzo bolesny i okupiony łzami – że hierarchia w piłce nożnej wcale nie jest tak stała, jak się wydaje. I że mój kraj w panteonie wielkich znalazł się jedynie tymczasowo.
Potem, już jako nastolatek, a potem jako student, męczyłem się podczas meczów reprezentacji straszliwie, przeklinając okrucieństwo futbolu. Kolejne turnieje – mundiale i Euro z lat 1988, 1990, 1994, 1996, 1998, 2000 – oglądałem, jak my wszyscy, jako tzw. kibic neutralny, z duszą jeszcze posiniaczoną dotkliwymi porażkami w eliminacjach. Były w tej szarości jakieś przebłyski, jak choćby remisy z Holandią, Francją czy Anglią, ale więcej było upadków w rodzaju 0:3 z Norwegami i 1:5 z Francuzami (u siebie!) i kompromitujących zdarzeń takich jak choćby jednobramkowa wygrana z San Marino po golu Furtoka strzelonym… ręką. Naiwnie widziałem zwiastuny odrodzenia w sukcesie reprezentacji olimpijskiej w Barcelonie, w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów wiosną 1991 czy awansach klubów do Ligi Mistrzów w latach 1995-1996. Smuta jednak trwała, lata mijały, a bycie Polakiem i jednoczesne kibicowanie własnej drużynie narodowej stawało się powoli wyrafinowaną formą masochizmu.
A później przyszedł nowy wiek, a z nim nowe nadzieje. Na mundiale w roku 2002 i 2006 w końcu awansowaliśmy, co szczególnie w tym pierwszym przypadku wywołało euforię godną zdobycia tytułu mistrzowskiego. Hajtę i kolegów widziano z medalami na szyjach jeszcze zanim wyjechali do Korei. Skończyło się na trzech „meczach o” – „o-twarcia, o wszystko i o honor”, a 0:4 z Portugalią przypomniało o szesnaście lat wcześniejszy brazylijski koszmar. Powtórki – choć w nieco lepszym stylu – zaliczyliśmy cztery lata później, a potem na Euro w roku 2008 i 2012. Szczególnie ten ostatni występ bolał, bo przecież odpadnięcie już w pierwszej rundzie na własnym terenie jest uważane za szczyt piłkarskiej żenady. I niewielkim pocieszeniem był fakt, że solidarnie z nami równie szybko odpadli drudzy współgospodarze imprezy, Ukraińcy.

Cieszę się więc dzisiaj, że się w końcu doczekałem awansu, bo czekałem długo, ale jednocześnie wciąż mam obawy i moja radość jest nieco stonowana. Owo meksykańskie walnięcie młotkiem w głowę na zawsze oduczyło mnie bowiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, oduczyło mnie nie bać się o następny mecz, po drugie – zbyt optymistycznie podchodzić do awansu z grupy. Po prostu z własnego kibicowskiego doświadczenia wiem, że taki awans jeszcze niczego nie gwarantuje, i jest dopiero wstępem do prawdziwych sukcesów. Z drugiej strony mam w sobie, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, jakąś taką dziwną, podskórną nadzieję, że tym razem musi być lepiej, bo i styl tego awansu, i wyniki zespołu są nieporównywalne z rokiem 1986. Wtedy prześliznęliśmy się do drugiej rundy jako najgorsza z awansujących drużyn, dziś wchodzimy do niej jako jedna z kilku zaledwie reprezentacji, które nie straciły gola w pierwszej fazie turnieju.
Poza tym, skoro futbolowa hierarchia jednak jest płynna, to czemu ta płynność – odwrotnie niż przed trzema dekadami – nie miałaby tym razem zadziałać na naszą korzyść?

W przeciwieństwie do wielu kibiców z mojego i starszych pokoleń, kompletnie nie dziwię się euforii tych, którzy Meksyku, a tym bardziej trzeciego miejsca w Hiszpanii, nie pamiętają. Dla nich ta jedna ósma to jest prawdziwy sukces – bo to faktycznie największy sukces Polaków, jaki im się zdarzyło oglądać. Przejście naszej drużyny na poziom, na którym w życiu jej nie widzieli. Dzisiejszym trzydziestolatkom, dwudziestolatkom i tym jeszcze młodszym naprawdę może się wydawać, że właśnie złapaliśmy jako naród piłkarskiego Boga za nogi. Lewandowski, Krychowiak, Błaszczykowski czy Fabiański w subiektywnym odczuciu młodszej części publiczności mogą już dziś dorównywać Bońkowi, Smolarkowi-ojcu, Buncolowi czy Młynarczykowi.
Młodzi nie pamiętają ani polskich medali, ani bolesnego spadku z piedestału, pamiętają za to pasmo rozczarowań, które właśnie wreszcie zostało przerwane. I pierwszy raz w życiu widzą biało-czerwoną jedenastkę, która broni się skutecznie, ale nie rozpaczliwie, i atakuje w sposób zorganizowany, a nie przy pomocy przypadkowych podań do przodu. Wreszcie widzą drużynę, która nie słania się ze zmęczenia już na pół godziny przed końcem meczu, nie kłóci się ze sobą na boisku, nie gwiazdorzy poza nim, nie unika kontaktu z dziennikarzami ani nie popada z nimi w konflikty, wreszcie – widzą drużynę prowadzoną przez rozważnego, rozsądnego trenera, który obserwuje wydarzenia na boisku i dostosowuje do nich taktykę i zmiany w składzie, nie trzymając się uparcie jednego schematu.
Nie twierdzę tu absolutnie, że obecny polski zespół nie ma wad, a trenerowi Nawałce należy już dziś oddawać hołdy równe tym składanym przez najwyższe organy państwa prezesowi Kaczyńskiemu, ale różnica mentalna i jakościowa w stosunku do lat poprzednich jest aż nadto wyraźna. „Wszyscy jesteśmy innymi zawodnikami niż cztery lata temu” – mówili nasi piłkarze po meczu z Ukrainą, i chyba po raz pierwszy można mieć pewność, że nie jest to tylko pusta deklaracja.

Może więc i my, którzy mniej lub bardziej świadomie pamiętamy, że bywało w historii polskiej piłki dużo lepiej, a do tego zdajemy sobie sprawę, że awans z grupy to jeszcze nie powód do stawiania pomników, powinniśmy jednak zarazić się tą euforią od tych, którzy nie pamiętają i sprawy sobie nie zdają?
Spróbujmy. Przypomnijmy sobie któryś z dziecięcych mundiali i tamtą, niczym jeszcze nie zmąconą wiarę, że będzie dobrze, bo być musi, a nasi są najlepsi, bo po prostu są i koniec. Przypomnijmy sobie to cudowne uczucie, gdy piłka jest całym światem, a boisko kosmosem. Przypomnijmy sobie tamte odczucia, zapomnijmy o późniejszych piłkarskich rozczarowaniach i dorosłej świadomości, że na futbolu świat się nie kończy. Niech się kończy, choć przez kilka(naście) dni. Zatknijmy flagi na samochodach, załóżmy biało-czerwone szaliki i dajmy się ponieść pięknu piłkarskiego karnawału. Może potrwa on jeszcze tylko cztery dni, a może będzie nam dane cieszyć się nim aż do 10 lipca – po raz pierwszy od lat mamy reprezentację, w której przypadku wszystkie warianty są możliwe.
Spróbujmy dać się ponieść tej fali, i nie wyrzucajmy sobie, że to dziecinne, bo przecież tyle razy miało być na mistrzostwach dobrze, a było źle. I niech nas nie gniecie sumienie, że wokół tyle zła, że kryzys uchodźczy, że Brexit, że ISIS, że Ziobro, że Prezes, że Donbas, że Xi Jinping i festiwal psiego mięsa, a my tu wrzeszczymy, tańczymy i śmiejemy się albo rzucamy przedmiotami, klniemy i płaczemy w zależności od tego, czy jedenastu facetów w kolorach naszej flagi wturla piłkę do bramki jedenastu facetów w innych kolorach, czy na odwrót. Zło całego świata nie zniknie, choćby Milik z Lewandowskim od teraz do finału w każdym meczu wbijali rywalom po pięć goli, ale gdybyśmy od czasu do czasu nie dawali sobie odpoczynku od myślenia o tym złu, bylibyśmy wszyscy nastawieni do świata mniej więcej tak, jak pewien brodaty minister o płonących oczach. Skłonność do ulegania atmosferze karnawału to wbrew pozorom jedna z najbardziej pożytecznych cech gatunku ludzkiego. A my dzisiaj, w Polsce, bardzo potrzebujemy odpoczynku od zmartwień. Choćby przez chwilę.
Póki więc ta chwila może trwać, niechaj trwa. I niech nas unosi na swoim grzbiecie karnawałowa fala na przekór wszystkim plagom tego lata: Brexitom i Trumpom, nawałnicom i upałom, hejterom wszelkiej maści, bucie tych, co przy władzy i głupocie tych od niej odsuniętych, niech nas niesie na przekór brodatym ministrom o płonących oczach i młodym liderom partyjnym o erudycji mrówki faraona. Niech trwa, bo dawno nie było czasów, w których tak bardzo byłby nam potrzebny właśnie karnawał, chwilowe zawieszenie rzeczywistości. Bo bardzo nam jest dziś potrzebny czas, w którym choć na chwilę narodowa flaga, koszulka z orłem i odśpiewany grupowo hymn przestają być zawłaszczanymi przez różne grupy znakami podziału i wzajemnej niechęci, stając się na powrót symbolami przypominającymi nam, że niezależnie od wszelkich podziałów jesteśmy wspólnotą, i że potrafimy jeszcze razem kibicować, bawić się, cieszyć i odczuwać dumę z każdego sukcesu tych, którzy nas - nas wszystkich od prawa do lewa! – reprezentują.

Cieszmy się i bawmy, gryźmy palce z nerwów i skaczmy do góry, pijmy toasty za kolejne bramki i choć przez chwilę nie myślmy o tym, co nas straszy poza magicznym zielonym prostokątem, w ciemności zaczynającej się tam, gdzie nie sięga łuna stadionowych reflektorów. To wszystko i tak do nas przyjdzie, gdy karnawał się skończy.
Nie uciekajmy więc od karnawału – bo nie wiadomo, kiedy będzie następny…