sobota, 26 listopada 2016

Joszua na nadtroniu, czyli król tragikomedii




Biedny ten nasz Pan Prezydent!
A to demonstranci na niego krzyczą i nazywają marionetką, a to mająca się za artystkę celebrytka pokaże mu niby niechcący, co ma – w opinii własnej lub swoich PR-owców – najlepszego, a to zrobi publicznie dziwną minę, nad którą się potem znęcają media gorszego sortu. A teraz jeszcze ta intronizacja!
Do tej pory na polu rządzenia Rzeczpospolitą miał bowiem p. Duda nad sobą tylko Prezesa, coraz częściej zwanego Naczelnikiem. Od tygodnia oficjalnie ma jeszcze Króla i Pana – Joszuę z Nazaretu.

Oczywiście – osobistym Królem i Panem Andrzeja Dudy, jako osoby prywatnej wyznającej chrześcijaństwo, Joszua z Nazaretu był od dawna, od wczorajszego wszakże popołudnia jest nim również w kategoriach oficjalnych. W sobotę bowiem, jak stwierdza Akt Jubileuszowy Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, odczytany w Krakowie przez arcybiskupa Gądeckiego, „Polska w 1050-rocznicę swojego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa”. Sam zaś początek Aktu Jubileuszowego nie pozostawia złudzeń, co do tego, kto przyjmuje Jezusa za Króla i Pana: robimy to „my, Polacy”, którzy „stajemy przed Nim wraz ze swoimi władzami duchownymi i świeckimi, by uznać Jego panowanie nad Polską” i „zawierzyć i poświęcić Mu naszą Ojczyznę i cały Naród”.
Nie ma tu, jak widać, żadnej możliwości wyboru dla tych, którzy z jakichś powodów nie chcą przyjąć Jezusa jako Króla i Pana, choćby dlatego, że mają jakiegoś innego Króla i Pana, nie chcą mieć żadnego albo w żadnego nie wierzą. Nie pada tu sformułowanie „my, katolicy polscy”, czy nawet „my, chrześcijanie polscy”, nie istnieje żadne rozróżnienie świeckiego i świętego, państwa i religii, rzymskich katolików i reszty. „My, Polacy” to my, Polacy, i kropka. Włącznie z ateistą postkomunistycznym Jerzym Urbanem i ateistą postsolidarnościowym Janem Hartmanem. A może i z Tatarem-muzułmaninem Selimem Chazbijewiczem, który co prawda nie jest ani narodowości polskiej, ani wyznania katolickiego, ale jako polski obywatel z pewnością jest cząstką „naszej Ojczyzny”. A poza tym jest autorem wierszowanego panegiryku na cześć Prezesa, co w dobie obecnej daje mu plus pięćset punktów do pełnej polskości nawet u naszych najbardziej katolickich konserwatystów.
I nie ma przebacz – sam Pan Prezydent, osobą własną oficjalnie w sanktuarium stając, w imieniu przywoływanych w Akcie „władz świeckich” panowanie Jezusa Chrystusa uznał. Konstytucja co prawda uczestnictwa Prezydenta RP w takich aktach nie przewiduje, ale czymże jest konstytucja wobec Mocy Bożej i woli Suwerena?

***

Trzeba przyznać, że Episkopat Polski bardzo się postarał, żeby w kwestii intronizacji Chrystusa pogodzić wykluczające się racje kościelno-teologiczne i katolicko-patriotyczne. Gremium to przez lata twierdziło, że robienie z Chrystusa, określanego w pismach chrześcijańskich jako Król Wszechświata, króla tylko i wyłącznie jednego kraju raczej by umniejszało znaczenie tego królowania, niż powiększało. Ponieważ zaś Episkopat nigdy nie przyznaje się do tego, że zmienia w jakiejś kwestii zdanie (a w tej akurat zmienił je nieoczekiwanie tuż po przejęciu władzy przez Dobrą Zmianę), Akt Jubileuszowy sformułowano w taki sposób, żeby w jego tytule nie było wyrażeń takich jak „intronizacja Jezusa” czy „król Polski”. W tekście mamy jednak do czynienia z faktyczną intronizacją. Króla i Pana uznaje tu przecież „Polska”, w osobach „nas, Polaków”, a w szczególności naszych „władz świeckich”! Pada też kilkukrotnie sformułowanie o królowaniu Jezusa „w Narodzie i Państwie Polskim”, a dodatkowo pojawia się postulat, aby władze tego narodu i państwa „stanowiły prawa zgodne z Jego nauką”. Czyli niby nie tylko nasz ten Król, ale jednak przede wszystkim nasz. Niby tylko w sferze duchowej, ale z postulowanym (przyrzeczonym przez Prezydenta RP???) wpływem na stanowienie praw świeckich.
Tak więc Akt Jubileuszowy jednocześnie intronizacją jest i nie jest. Dla subtelnych doktorów teologii nie jest, dla prostych wyznawców, rzeszy szeregowych księży, polityków prawicy i wielu publicystów jak najbardziej jest. O „ogłoszeniu Jezusa królem Polski” napisały i powiedziały – choć oczywiście w różnej tonacji – media wszystkich barw, od „Naszego Dziennika” po „Trybunę”. W opinii przeciętnego Polaka, nie rozumiejącego teologicznych niuansów, a wiedzę o świecie czerpiącego z intelektualnie coraz płytszych polskich mediów, takiego właśnie aktu dokonano: do miękkiego tronu Prezesa, obok którego stoi niezbyt wygodny zydel prezydencki, dobudowaliśmy ozdobne nadtronie dla Króla. Polskiego Króla.
O to chyba zresztą chodziło: o utrwalenie w świadomości społecznej coraz ściślejszego zrostu tego, co państwowe, z tym, co kościelne. Akt Jubileuszowy został sformułowany w taki sposób, żeby Polak-ateista, Polak-buddysta i Polak- agnostyk (w tym operator Wolnego Drona, który zawsze z przekonaniem się do wyznawania konkretnej religii miał kłopot) odnieśli wrażenie, że albo się do koronowania Chrystusa przyłączą, choćby nawet w Niego nie wierzyli (bo przecież „my, Polacy”, „cały Naród i Państwo”), albo ich przynależność do polskiej wspólnoty będzie co najmniej wadliwa. I wrażenia tego nie zmieniły dość spokojne i pojednawcze homilie „intronizacyjnego” biskupa Czai i kardynała metropolity Dziwisza. Książęta Kościoła i książęta nowej władzy nie mają oporów przed poświęceniem poczucia bezpieczeństwa i zakorzenienia we własnym kraju innowierców i mniejszości narodowych na ołtarzu Dobrej Zmiany. Znacznie bardziej obchodzi dziś jednych i drugich zakorzenienie się tam, gdzie jest rząd dusz i rząd ciał. W pałacach biskupich i w pałacach rządowych. A na łagiewnickiej intronizacji bez intronizacji zyskuje przecież politycznie i Kościół, i władza.

Dla Kościoła obecność przedstawicieli władz państwowych, dodatkowo poświadczona w samym Akcie, to doskonały element nacisku na te władze. Jak pokazały wydarzenia związane z Czarnym Protestem, kaczyści w kwestiach ideologicznych potrafią się cofnąć pod naciskiem społecznym, i to mimo krzyków i wściekłości ultrakonserwatystów z okolic „Frondy” czy Ordo Iuris. Widać było, że Prezes, zaskoczony rozmiarami kobiecych demonstracji, na chwilę kompletnie się pogubił i zrobił kilka kroków do tyłu.
Intronizacja wybudowała jednak za jego plecami mur, którego nie będzie on mógł obalić ani przezeń przeskoczyć bez narażenia się na pomruki niezadowolenia ze strony Episkopatu. Skoro bowiem przedstawiciele struktur państwowych w Łagiewnikach byli, modlili się, uczestniczyli w odczytywaniu Aktu, odpowiadali na wezwania modlitewne - mogą powiedzieć purpuraci - to niech się teraz zachowują stosownie do tego, co publicznie zadeklarowali: niech postępują wedle woli Króla i Pana. A wolę Króla i Pana przekazuje nam Magisterium Kościoła za pośrednictwem kapłanów. Kapłani nasi zaś od dawna domagają się zakazu handlu w niedzielę, zakazu zapładniania metodą in vitro, zaostrzenia prawa aborcyjnego (choć nie aż takiego zaostrzenia, jakie zaproponowali ostatnio obywatele z Ordo Iris), pojawiał się parę razy pomysł uczynienia Wielkiego Piątku oficjalnym świętem, otwarta niedawno z wielką pompą (i również przy udziale Pana Prezydenta) Świątynia Opatrzności Bożej nadal wymaga dużych nakładów finansowych… Okazji do rozliczania rządzących z posłuszeństwa wobec „króla Polski” z pewnością biskupom nie zabraknie.
Kościół zdjął sobie także z głowy kłopot z aktywnością tak zwanych ruchów intronizacyjnych. Gdyby nie Akt Jubileuszowy, ulicami nadal chodziłyby procesjonalnie grupy ludzi okutanych w czerwone płaszcze, dzierżących transparenty z napisami „Jezus Chrystus Królem Polski” i „żądamy intronizacji Chrystusa”, a biedny biskup Czaja nie mógłby wreszcie odpocząć i zająć się innymi sprawami.

Ale i rządzący zyskują. Pokazanie się na intronizacji p. Dudy i kilku ministrów z pewnością spodobało się najbardziej konserwatywnej części pisowskiego elektoratu i jego medialnym emanacjom, przeróżnym Terlikowskim i Górnym, którzy od dawna postulują budowę nad Wisłą Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Gdyby prezydenta i ministrów w Łagiewnikach nie było, władza byłaby zapewne atakowana z tej strony i oskarżana o sprzeniewierzenie się ideałom katolickim, lekceważenie głosu Suwerena i posłannictwa „obozu patriotycznego”. Bo przecież nie tylko Episkopat, ale i PiS miał kłopoty z demonstracjami intronizatorów, którzy dotarli już w tym roku pod Pałac Prezydencki, mogliby zaś, o zgrozo, dotrzeć także pod dom samego Prezesa. Prezes ma zaś wystarczająco dużo zmartwień z powodu złośliwie co i rusz demonstrującego lewactwa i nie potrzebuje, żeby mu jeszcze brykała prawa strona.
Konsekwentne trzymanie się sutanny jest dla obecnych władz także gwarancją utrzymania poparcia Kościoła w trakcie kampanii wyborczych i neutralności w sytuacjach kontrowersyjnych. Póki Dobra Zmiana stroi się w szaty obrońców wiary katolickiej, póty władze duchowne będą ją popierać, bez tego zaś poparcia nie ma ona co liczyć na utrzymanie władzy drogą normalnych wyborów.

O tym wszystkim dużo się pisze i mówi, rzadko jednak można przeczytać o kwestii być może dla Prezesa i jego ludzi najważniejszej. Akt Jubileuszowy fantastycznie wpisuje się bowiem w stworzoną na użytek Dobrej Zmiany koncepcję historii Polski, wedle której dopiero władza Prezesa jest początkiem istnienia nowej, prawdziwej, narodowej i patriotycznej Polski naszych – Suwerena - marzeń. Z formalnym uprawomocnieniem nowego porządku PiS musi poczekać do chwili zdobycia większości konstytucyjnej (której może nie zdobyć nigdy – omnipotencja Jarosława Kaczyńskiego na szczęście nie sięga tak daleko, żeby mógł on dowolnie ustalać wyniki wyborów), póki co uprawomocnia się go na chama, wybierając sobie wedle własnego widzimisię przepisy, których się łaskawie będzie przestrzegać i wyroki, które się łaskawie będzie respektować i publikować. Dobra Zmiana wciąż więc natrafia na przeszkody na polu prawnym, na polu symbolicznym może sobie jednak hasać do woli. Prezes zapoczątkowuje nową erę w historii Najjaśniejszej.
A skoro mamy nową erę w historii, należy przekreślić wszystko, co było przed nią. Ci, którzy mają dziś więcej niż 40 lat, pamiętają to z autopsji: w czasach PRL można było odnieść wrażenie, że przed rokiem 1944 w ogóle żadnej Polski nie było, a jeśli była, to bardzo wybrakowana. PiS próbuje stworzyć wrażenie, że Polska zaczyna się dzisiaj. Stąd usuwanie w cień prawdziwych bohaterów podziemnej „Solidarności” i wstawianie w to miejsce własnych, stąd kreowanie Lecha Kaczyńskiego na najwybitniejszego męża stanu w dziejach kraju (równać się z nim może jedynie żyjący brat bliźniak), stąd nienawistna retoryka wobec grupy odsuniętej od władzy i wszystkich, którzy tę grupę popierają lub byli z nią w jakikolwiek sposób związani, stąd wreszcie uświęcenie ofiar katastrofy smoleńskiej obowiązkowym apelem poległych. To, co legło u fundamentów Dobrej Zmiany ma być święte i ponadczasowe, a wszystko inne traci ważność. Dlatego wszelkie akty symboliczne, które miały miejsce przed rokiem 2015, trzeba powtórzyć, aby odzyskały swoją moc, tym razem z nadania Centralnego Ośrodka Dyspozycji Politycznej.
Grzebie się więc z niewiarygodną pompą po kolei wszystkich ekshumowanych Żołnierzy Wyklętych, przepędzając z ich pogrzebów przedstawicieli opozycji, bo dopiero te pogrzeby, odbyte bez udziału „komunistów i złodziei”, nadają ich kultowi właściwą rangę – choć przecież święto 1 marca ustanowił prezydent Komorowski. Tworzy się Radę Mediów Narodowych, bo wyjęcie PR i TVP spod władzy jeszcze nie odzyskanej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji to symboliczny początek nowych, patriotycznych, narodowych mediów publicznych – choć przecież media publiczne (od samego początku rozdrapywane politycznie, ale do roku 2015 nieporównywalnie bardziej obiektywne niż dzisiejsze) istnieją od ćwierć wieku. Obchodzi się wszystkie rocznice związane z „poległym” bratem Prezesa, bo jego dokonania są pisanymi przez ducha Historii zapowiedziami Dobrej Zmiany, tak jak biblijne proroctwa miały być zapowiedziami życia i dzieła Chrystusa.
A jeśli tak, to jak można by było nie dokonać nowej intronizacji Joszui z Nazaretu? Intronizacji zatwierdzającej wszystkie poprzednie mocą woli Suwerena, który rok temu unieważnił przecież całą dotychczasową historię Polski, w tym również wszelkie boskie i ludzkie intronizacje?
Tak, intronizacja była niezbędna. Intronizacja z udziałem prezydenta Dudy, którego obecność była swego rodzaju pieczątką, przybitą na Akcie Jubileuszowym przez Prezesa Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Nawet Chrystus Król musiał się poddać Dobrej Zmianie.

***


Nie wiem, co bym zrobił, gdybym to ja był Joszuą z Nazaretu, i gdyby to mnie Polacy obdarowali nieoczekiwanie koroną swojego kraju. Prawdziwy, cielesny Joszua nigdy nie zdradzał predylekcji do wkładania na głowę korony innej niż cierniowa. „Królestwo Moje nie jest z tego świata”, mawiał. Jeśliby się zgodził, to chyba tylko z grzeczności.
Gdybym zaś był jakimś Jego niebieskim doradcą, doradzałbym Mu poważne zastanowienie się.

Dano Mu bowiem pod berło kraj, w którym osoba pełniąca formalnie funkcję głowy państwa okrasiła uroczystość desygnacji premiera uniżoną laudacją na cześć prezesa partii rządzącej. Kraj, w którym ta sama osoba zaszczyciła swoją obecnością galę rocznicową prymitywnego tabloidu, podczas której artystka z bardzo pośledniej półki pokazała owej osobie niemal gołe pośladki, i obóz rządowo-prezydencki uznał to za rzecz normalną. Dano Mu kraj, w którym posłanka partii rządzącej postuluje lojalki i deportacje dla ateistów, a cudzoziemcom z sąsiedniego kraju najchętniej kazałaby się obowiązkowo spowiadać z poglądów politycznych. Kraj, w którym prezes partii rządzącej i faktyczny dyktator oskarża przedsiębiorców prywatnych o to, że celowo sabotują własną działalność gospodarczą z pobudek antypaństwowych. Państwo, w którym faktyczną pierwszą osobą jest szeregowy poseł, drugą – szeregowy minister, trzecią ojciec zakonny, a prezydent i premier są daleko za nimi. Państwo, którego władze w pełnej gali czczą czternastą (okrągłą???) rocznicę wyboru nieżyjącego prezydenta kraju na prezydenta stolicy.
Dano Mu pod berło kraj, w którym znany profesor, do tej pory kojarzony z opozycją, składa nagle publiczną samokrytykę i wygłasza pochwałę władz państwowych, a ojciec redemptorysta, dyrektor prorządowego, ultrakonserwatywnego radia katolickiego, który zapewne od lat nie był na dworcu kolejowym, dostaje nagrodę za zasługi dla ochrony kolei państwowych. Państwo, którego premier właśnie ogłosiła, że organizacje pozarządowe powinny być – i będą! - finansowane przez rząd, którego minister środowiska wierzy w smugi chemiczne, a minister obrony – w broń elektromagnetyczną i którego władze określają ofiary wypadku lotniczego mianem poległych. Ofiarowano Mu koronę kraju w którym drukuje się tylko te akty prawne, które podobają się rządowi, dowody zdobyte bezprawnie mogą być wykorzystywane w sądach, a prokuratorzy mogą w świetle prawa bezkarnie wymuszać zeznania, o ile nie zabiją lub trwale nie uszkodzą przesłuchiwanego. Byleby przekonali sąd i przełożonych, że działali w interesie społecznym.

Polska to dziś tragikomedia. Naprawdę chcesz, Jezu, takiego królestwa?






sobota, 12 listopada 2016

Misia bela

Najpierw Dobra Zmiana. Potem dziwny pucz w Turcji. Jeszcze później Brexit.
A teraz Donald Trump.

„Koniec historii” Francisa Fukuyamy stoi u mnie na bibliotecznej półce. Stoi i w kilka dni po amerykańskich wyborach sprawia wrażenie książki tak samo przedpotopowej, jak stojące nieco wyżej austro-węgierskie podręczniki akademickie mojego pradziadka. Orbanizm, kaczyzm, ba, nawet Brexit od biedy można było uznać za symptomy czegoś, co jeszcze da się powstrzymać. USA, ze swoimi potężnymi rozmiarami i liczbą ludności, pozycją międzynarodową, nieporównywalną z żadnym innym krajem siłą militarną, z całą swoją, osłabioną po ostatnim kryzysie, ale nadal niekwestionowaną potęgą ekonomiczną, to jednak państwo z zupełnie innej ligi niż Węgry, Polska, czy nawet o wiele silniejsza i bogatsza Wielka Brytania. Dojście do władzy Orbana było kwestią lokalną w małym kraju, dojście do władzy Kaczyńskiego – tak samo lokalnym (choć groźniejszym, bo dotyczącym kraju kilka razy większego) zaburzeniem chwiejącego się, ale wciąż istniejącego porządku. Dojście do władzy Trumpa porządek ten zupełnie zmienia. Nie miejmy złudzeń: świat, który zaczął się w roku 1989, kończy się definitywnie w 2016. Wchodzimy w nową epokę. Jak na ironię, dzieje się to w samą rocznicę obalenia Muru Berlińskiego.
W amerykańskich lokalach wyborczych doszło do wydarzenia, które być może od dawna potrafili sobie wyobrazić sami Amerykanie, ale które dla reszty demokratycznego świata jest prawdziwym szokiem. W kraju znanym z przestrzegania zasad poprawności politycznej, od dawna rządzonym przez polityków przynajmniej z grubsza poważnych i przewidywalnych, wygrał wybory osobnik prezentujący w wypowiedziach publicznych nieskrywane chamstwo, seksizm, rasizm i ksenofobię. Wygrał człowiek, którego wiedza o świecie zewnętrznym wydaje się mniejsza niż wiedza Ryszarda Petru o historii Polski. Facet, który w toku kampanii wyborczej niejeden raz dał do zrozumienia, że całą tradycję amerykańskiej polityki zagranicznej ostatnich kilkudziesięciu lat chce wyrzucić na śmietnik.
Każdy naród ma taką Dobrą Zmianę, jaką sobie stworzył. Rosjanie i Turcy mają despotyczne reżimy, odpowiedzialne za przelew krwi i trzymające przeciwników w więzieniach. Węgrzy – sprytnego cynika grającego na wiele frontów i hordę neofaszystów w parlamencie. My – puszących się jak pawie bogoojczyźnianych fanfaronów ze skłonnością do patologicznej nekrolatrii.
Amerykanie mają bajecznie bogatego prostaka, który wszedł na salony i zapowiada cofnięcie ładu światowego o kilkadziesiąt lat.

Przypomnijmy: Donald Trump za jedną z przyczyn obecnych problemów Stanów Zjednoczonych uważa w ich nadmierne zaangażowanie w działania podtrzymujące światowy system bezpieczeństwa. Utrzymywanie baz wojskowych w różnych regionach świata, gwarancje dla sojuszników, ponoszenie przez USA głównego ciężaru finansowania działań całego paktu NATO, militarne zaangażowanie w różne konflikty zbrojne – wszystko to, według Trumpa, za dużo Amerykę kosztuje. My płacimy i giniemy, powiada prezydent-elekt, nasi sojusznicy jadą na gapę, a przecież nas na to nie stać, bo Stany są w ruinie i trzeba je z tej ruiny podnieść, a to kosztuje.
Trumpowska alternatywa dla obecnej sytuacji to ograniczenie obecności wojskowej w krajach sojuszniczych i zdecydowanie łagodniejszy kurs wobec pozostałych wielkich mocarstw, a przede wszystkim wobec Rosji. I jest to najłagodniejsza wersja nowej amerykańskiej strategii. Wersja skrajna to jakaś druga Jałta z udziałem Amerykanów, Rosjan i Chińczyków, którzy ponad głowami reszty świata określiliby granice nienaruszalnych stref wpływów. Być może pisanie o takiej opcji to straszenie na wyrost, ale nie jest ona niemożliwa. Nic dziwnego, że jednym z najbardziej zadowolonych światowych przywódców jest dziś prezydent Putin.

Zadziwiająca jest w kontekście tego wszystkiego radość, jaka na wieść o zwycięstwie kandydata Republikanów ogarnęła nasz obóz prawicowy. O ile politycy wypowiadają się dość ostrożnie, bo - jak przyznał sam minister Waszczykowski – o Trumpie niewiele wiedzą, słabo go znają i nie mają z nim żadnych dyplomatycznych kontaktów, o tyle publicyści z kręgu Dobrej Zmiany wpadli w zachwyt. Jakby do nich nie docierało, że w ewentualnym nowym ładzie międzynarodowym Polska wcale nie musi znaleźć się po tej stronie granicy Wschodu i Zachodu, po której znajduje się obecnie. Bezpieczeństwo Rzeczypospolitej najwyraźniej nie jest aż tak ważne w obliczu porażki mitycznego „lewactwa” i „łże-elit” na najważniejszym demokratycznym froncie świata. Niech sobie pada system geopolityczny najkorzystniejszy dla Polski od trzystu lat - najważniejsze, że oto „nasz” Trump pokonał „ich” Clintonową.
W cieszeniu się ze zwycięstwa Trumpa przoduje medium określające samo siebie jako „nowoczesny portal ludzi myślących”, a powszechnie uważane za pisowski cyfrowy odpowiednik „Trybuny Ludu”. Przekonuje się tam czytelników, że wygrana Trumpa martwi jedynie „skompromitowane elity, sprzedajne media i zakłamanych dziennikarzy, banksterów i lichwiarzy, neoliberałów i eurobiurokratów oraz szczególnie pazernych na kasę celebrytów”, pisze się o „jazgocie polskiej lewicy”, do której na przykład w tekście niejakiego WB zaliczani są tacy lewicowcy jak Leszek Balcerowicz i Tomasz Lis (sic!). Redaktor Stanisław Januszewski idzie jeszcze dalej i wyraża radość, że „wraz z Clintonami przegrała obsceniczna lewica obyczajowa, te wszystkie makabry ideologiczne w rodzaju gender, aborcji jako prawa człowieka, jednopłciowe związki, pornograficzne parady, gejowskie subkultury, ci wszyscy quasi-antyfaszyści, farbowani antyrasiści, a w rzeczywistości zakamuflowani totalniacy i bolszewicy” oraz „George Soros, grandziarz finansowy, którego akurat Polakom nie trzeba przedstawiać”, a który „wspiera niemal wszystkie dewiacje polityczne, ideologiczne i obyczajowe”. Notabene, George Soros w narracji prawicowej pełni od jakiegoś czasu rolę Belzebuba – trudno ostatnio znaleźć jakiś tekst publicystyczny wspierający kaczystów, w którym ów milioner nie pojawiłby się jako sprawca wszelkiego zła na naszej planecie.
No cóż, dla prawicowych publicystów, a pewnie i dla sporej części ich czytelników, najwyraźniej kompletnie nie ma znaczenia fakt, że już niedługo możemy być osamotnioną wyspą pomiędzy Zachodem a Putinem, z zasobów obronnych mającą do dyspozycji jedynie słabiutką armię regularną, obronę terytorialną ministra Macierewicza i jego stada dronów bojowych. Dla wielu zwolenników Dobrej Zmiany rzeczą znacznie ważniejszą jest fakt, że przegrana pani Clinton to „katastrofalna wręcz porażka światowej skrajnej lewicy, tej zakały ludzkości, czyli zakamuflowanego bolszewizmu”. Możliwe wzmocnienie światowej pozycji putinowskiego postbolszewizmu najwyraźniej „ludzi myślących” nie rusza.

Krótkowzroczność polskich zwolenników Trumpa jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Nie zauważają oni albo nie chcą zauważać, że za chwilę na naszych oczach może się rozpaść się układ, który przez niemal trzy dekady gwarantował Polsce bezpieczeństwo zewnętrzne i demokratyczny model polityki wewnętrznej. Pal diabli ów model – kto popiera obecne działania PiS-u i chodzi pod rękę z nacjonalistami, ten sam daje dowód, że zasady systemu demokratycznego ma za nic. Ale nagły zanik strachu przed Putinem naprawdę zaskakuje. Kibicowanie Trumpowi, kibicowanie nacjonalistom francuskim, którzy za parę miesięcy mogą wygrać wybory i rozpocząć faktyczny demontaż Unii Europejskiej, jest przejawem skrajnej głupoty. Takiej samej, jak bezrefleksyjne popieranie polityki obecnego rządu, izolującej nas od Europy Zachodniej, która może być za chwile jedynym rzeczywistym gwarantem naszego bezpieczeństwa.
Polska prawica, upojona zwycięstwem i odwetem, ogłuchła na wszelkie sygnały ostrzegawcze. Słyszy tylko to, co potwierdza jej diagnozy i usprawiedliwia jej działania. Założyła na uszy słuchawki i słucha na cały regulator pieśni śpiewanych przez Prezesa z towarzyszeniem chóru pomazańców i wasali. Żaden inny dźwięk do niej nie dociera.
Kto bowiem nie ogłuchł, kto ma uszy otwarte, ten umie poprzez wycie wichru historii usłyszeć coraz głośniejszą upiorną wyliczankę, tym wyraźniej słyszalną, im szybciej świat zmierza ku coraz bardziej niepewnej i niebezpiecznej przyszłości. Wyliczankę brzmiącą jak głośny szept zjawy z japońskiego horroru:
Putin, Orban, Erdogan. Kaczyński, Brexit, Trump.
Trump, Trump, misia bela, Trump, Trump…






poniedziałek, 12 września 2016

Nur für Polen!

Profesor Jerzy Kochanowski został pobity w warszawskim tramwaju, gdyż ośmielił się ze swoim niemieckim znajomym rozmawiać po niemiecku, czym najwyraźniej obraził uczucia patriotyczne jednego ze współpasażerów. Został więc w sposób szybki i stanowczy pouczony, że w nowej Polsce tak nie wolno.
Co ciekawe, napastnikowi chodziło chyba właśnie o to, że polski profesor kala swe polskie usta obca mową. Mając bowiem pod ręką Niemca (którego mógłby przecież hurtowo natłuc po twarzy za Krzyżaków, elektorów brandenburskich, rozbiory, hakatę, zburzenie Kalisza, wszystkie ofiary ostatniej wojny, gazociąg Nordstream i sprowadzenie do Europy miliona Arabów, słowem – za całokształt), agresywny osobnik obrał sobie za cel Polaka, mimo że ów Niemiec także po polsku nie mówił. Wzmożony patriotycznie przedstawiciel Narodu Polskiego był jednak na tyle wyrozumiały, że pozwolił Niemcowi odzywać się w tramwaju po niemiecku. Niech mu tam, w końcu nie jego wina, że się biedak urodził się po niewłaściwej stronie Odry i musi od dziecka mówić w tym obrażającym polskie uczucia narodowe języku. Ale żeby Polak, tak po prostu, w miejscu publicznym, w którym mogą go usłyszeć dzieci?! Nigdy!!! Nie będzie jeden z drugim profesorek pluł nam w twarz!

                                                                   ***

Edukacja patriotyczna, solidarnie aplikowana społeczeństwu przez Dobrą Zmianę i ONR, idzie w lud, a lud niesie kaganek oświaty pomiędzy dziwnie opornych na nią inteligentów. Od dziś już wiadomo, że w narodowym, polskim, „dobrze zmienionym” (formalnie jeszcze podlegającym p. Gronkiewicz-Waltz, ale już niedługo, niedługo…) tramwaju nie wolno mówić po niemiecku. A kto się będzie upierał i mówić nie przestanie, temu Suweren wytłumaczy ręcznie, że mu się to nie podoba. A że tłumaczenie ręczne jest niezgodne z prawem? No i co z tego? Sam marszałek-senior Terlecki powiedział przecież, że wola narodu, pardon, Narodu, stoi ponad prawem. Poza tym skoro mógł się minister Ziobro wstawić za ludźmi, którzy z pobudek patriotycznych zdewastowali nagrobek Bieruta, to dlaczego miałby się nie ująć za patriotą, który zdewastuje czyjąś bezczelnie szwargoczącą po niemiecku gębę?
Niektórzy nasi „patrioci” najchętniej w ogóle zabroniliby mówić na ulicy w języku innym niż polski. Niedawno na gdańskim lotnisku część pasażerów pokrzykiwała na jakiegoś Anglika, który był na tyle niemądry, że odezwał się na terenie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w swojej mowie ojczystej, że powinien mówić po polsku, bo „tu jest Polska”. Anglicy jak wiadomo zdradzili nas w roku 1939, zdradzili nas Jałcie, a ostatnio zdradzili nas po raz trzeci, uciekając z Unii Europejskiej akurat wtedy, gdy mogli w niej być największym sojusznikiem podnoszącego Najjaśniejszą z kolan i ruiny rządu, trudno więc wymagać od prawdziwego polskiego patrioty, żeby tolerował mówienie w Polsce po angielsku.
Obawiam się też, że w obecnej sytuacji używania własnych języków powinni unikać także Rosjanie (bo carowie, Katyń i Smoleńsk), Litwini (bo nie chcą, chamy, klękać przed polskim panem, co im swego czasu grzecznie doradzili kibole Lecha Poznań), Francuzi (bo kolaborowali z Hitlerem, a papież musiał ich pytać, co zrobili ze swoim chrztem), Ukraińcy (bo Lwów i Wołyń), Żydzi (bo Soros, Michnik, Jedwabne i „lobby żydowskie”), Białorusini (bo sobie kiedyś wybrali Łukaszenkę) i Ślązacy (bo to zakamuflowana opcja wiadomo jaka). Wszyscy inni w zasadzie też powinni iść na szybki kurs polskiego, jeśli bowiem łysi obrońcy sprawy narodowej pobili Chilijczyka, bo w ich pojęciu wyglądał jak Arab, to mogą też pobić Słowaka, bo mówi językiem jakoś tak trochę podobnym do rosyjskiego. A znaleźliby się i tacy, którzy przestawiliby nos nawet bratankowi Węgrowi. Przecież tylko człowiek proszący się o kłopoty wydaje z siebie za granicą taki zestaw dźwięków!

Cudzoziemcy mogący od biedy wyglądać na Polaków powinni się więc pilnie uczyć języka polskiego, i to im w zasadzie powinno wystarczyć za ochronę przed żywiołem narodowym. Ci, którzy nijak nie dadzą rady udawać rdzennych Słowian, mają problem dużo większy. W zasadzie już dziś należałoby wyrażać podziw i uznanie dla wszystkich Hindusów, Arabów, Chińczyków i przedstawicieli innych nacji kolorowych, którzy jeszcze z Polski nie wyjechali, a przynajmniej nie są spakowani. Atmosfera jest bowiem gęsta, a tolerancja dla zachowań rasistowskich bardzo wyraźna.
Po Warszawie jeździ sobie na przykład metrem pan w czarnej koszulce, który zaczepia osoby wyglądające z cudzoziemska i kategorycznie żąda od nich natychmiastowego opuszczenia granic Polski. Ostatnio oberwało się od niego – na szczęście tylko słownie, jeden z pasażerów zachował się jak trzeba i nie dopuścił do rękoczynów – dwóm Azjatkom. Obrońcę polskości wyprowadziła ochrona w asyście policji. Jednak niewiele później ten sam osobnik, w tym samym metrze, zaatakował grupę rodowitych Polaków, którym próbował wmówić, że są obywatelami państw bałkańskich (!), a gdy ci zaprotestowali, zmusił jednego z nich do odśpiewania „Mazurka Dąbrowskiego”. Tym razem napadniętym udało się uciec z wagonu, napastnik zaś nie zdążył wysiąść, i chyba tylko to zapobiegło fizycznej konfrontacji. Jak widać, narodowi aktywiści czują się całkowicie bezkarni: człowiek, który odczuwałby choć trochę respektu wobec organów państwa, po ich interwencji raczej nie kontynuowałby swojej krucjaty, i to w tym samym miejscu, z którego go przed chwilą wygoniono.
Wszystko to, jak zwykle u nas bywa, ma swój aspekt bareiczny. W Lublinie można kupić „prawdziwy kebab u prawdziwego Polaka”. Odpowiednikiem tego czegoś mógłby być chyba tylko sprzedawany w Stambule czy innym Izmirze „prawdziwy bigos u prawdziwego Turka”. Narodowa kebabownia reklamuje się oczywiście z użyciem biało-czerwonych barw, które mają przyciągnąć głodnych oenerowców i wszechpolaków. W Krakowie z kolei zorganizowano w letnim namiocie należącym do innej kebabowni… koncert muzyki neofaszystowskiej! Przepraszam, tożsamościowej. Impreza dla amatorów piosenek o wyższości białej rasy została w końcu przerwana przez policję, ale bynajmniej nie z powodu propagowania zbrodniczej ideologii, ale ze względu na zakłócanie ciszy nocnej. Dziennikarze odnotowali przy okazji, że większość publiczności stanowili półnadzy mężczyźni. Najwyraźniej prawdziwy patriota to patriota półgoły, a ci noszący na sobie dumnie „odzież patriotyczną” to jakiś, nie przymierzając, gorszy sort Polaków.

O ile jednak podobne wydarzenia wywołują uśmiech politowania, o tyle ogólna atmosfera w Polsce absolutnie nie skłania do śmiechu. Okazuje się, że już nawet nie trzeba tatuować sobie na piersiach znaku Polski Walczącej, zakładać koszulek z rotmistrzem Pileckim ani wstępować do ONR-u, aby czuć się upoważnionym do decydowania, komu wolno jeździć metrem, kto może mówić w tramwaju po niemiecku, a kto powinien natychmiast wynosić się z Polski. Okazuje się, że – za cichym przyzwoleniem władz – byle lump może pobić, opluć i nawyzywać cudzoziemca (a czasem i innego Polaka) od najgorszych, i przedstawić to jako czyn patriotyczny. Ostrzegano, i to wielokrotnie, że polityka tolerancji dla postaw ksenofobicznych i obłaskawiania skrajnej prawicy tym właśnie się skończy.
Sprawa profesora Kochanowskiego pokazuje, że na dobrą sprawę nikt nie może dzisiaj czuć się bezpieczny. Pokazuje też niestety skalę przyzwolenia na podobne ekscesy, przyzwolenia widocznego głównie wśród zwolenników obecnej władzy. Redaktor naczelny Niezależnej.pl pochwalił ostatnio Polaków, że przez całe lata po wojnie zachowywali się wobec Niemców powściągliwie, i „dopiero teraz ktoś dostał w twarz za mówienie po niemiecku”. Na forach internetowych dominują głosy bagatelizujące całe zdarzenie na przemian z oskarżeniami o „lewacką prowokację”. Najwyraźniej niektórzy internauci wierzą w to, że profesor pobił się sam, ewentualnie że w ogóle nikt nikogo nie pobił, a plaster na głowie profesora służy… ukryciu faktu, że nie ma pod nim żadnej rany. A nawet gdyby była, piszą zwolennicy prawicy, to co z tego? A bo to jeden raz ktoś kogoś po pijaku strzeli w pysk?
Padają też określenia takie jak „profesorek” czy „inteligencik” i mniej lub bardziej zawoalowane oskarżenia o agenturalność. W końcu ktoś, kto był wykładowcą w Jenie, przyjaźni się z Niemcami i gada w tramwaju po niemiecku, musi być co najmniej niemieckim agentem wpływu.

                                                               ***

Suweren, głosem podpitego chama w tramwaju, oznajmił, że nie podoba mu się język niemiecki. Biada od tej chwili wszystkim profesorom mówiącym po niemiecku, biada pani prezydentowej, która wciąż uczy tego języka i nie wydaje mi się, żeby podczas zajęć wypowiadała się tylko i wyłącznie po polsku. Niech się mają na baczności wszyscy inni germaniści w tym kraju, albowiem każde niemieckie słowo będzie im policzone.

Parę miesięcy temu młodzi „patrioci” ustawili przy wjeździe do Bydgoszczy świńskie łby na kijach i tablice z przekreślonym półksiężycem. Wszystko wskazuje na to, że niedługo doczekamy się w tramwajach wątpliwych ozdób w postaci tzw. wlepek z napisem „Deutsch sprechen verboten”. Możliwe też, że dziarscy chłopcy spod znaku falangi skorzystają ze sprawdzonych wzorów, i obok drzwi wejściowych do pojazdów komunikacji miejskiej zaczną przyklejać inne wlepki, sporo większe, z napisem „tylko dla Polaków”. Albo jeszcze lepiej: „nur für Polen”. Żeby żaden stojący na przystanku Niemiec ani jego kumpel profesorek nie mieli wątpliwości, że to do nich.






wtorek, 30 sierpnia 2016

Tak trzeba?

Ostatni weekend wakacji. Weekend pogrzebu Inki i Zagończyka. Biało-czerwone flagi na trumnach, zielone sztandary ONR w kondukcie. Kibolskie ryki i przepędzanie grupki opozycjonistów z KOD-u, którzy próbowali zaświadczyć, że Żołnierze Wyklęci nie są własnością tylko jednej opcji politycznej. Pan Prezydent pokrzykujący z trybuny o bohaterach i zdrajcach. I Pierścinie Inki, przyznawane przez kapitułę pod przewodnictwem biskupa Sławoja Leszka Głodzia, pierścienie z wyrytym w kruszcu napisem „Tak trzeba”. Pierścienie, które na początek dostali prezydent, premier i szef „Solidarności”.
Nie wiem, czy Inka byłaby zadowolona z takiego wyboru, i nie wydaje mi się, żeby biskup Głódź i jego współpracownicy z kapituły przesadnie się nad tym zastanawiali. Nagroda przyznawana jest za „krzewienie patriotyzmu i pamięci o Żołnierzach Wyklętych”. Nie wiem, jak to wygląda u przewodniczącego „S” ale obojgu głównym reprezentantom Prezesa we władzach wykonawczych Rzeczpospolitej trudno odmówić zainteresowania patriotyzmem (fakt, że dość wąsko rozumianym) i pamięcią Wyklętych. Krzewią oni przecież ten patriotyzm i tę pamięć z takim zacięciem, że nie starcza im czasu na tak przyziemne sprawy, jak zarządzanie państwem.
Pani premier na przykład dopiero teraz się zorientowała, że w kasie publicznej zaczyna brakować pieniędzy na program 500+, bo ktoś źle policzył albo przewidywane wydatki, albo wpływy, albo jedno i drugie. Nikomu najwyraźniej nie przyszło do głowy sprawdzić tych wyliczeń przed ostatecznym zatwierdzeniem programu, a może komuś przyszło, ale w gorącej atmosferze kampanii wyborczej i instalowania nowego porządku wolał się nie wychylać.
Żeby było jeszcze ciekawiej, Dobra Zmiana dała sobie ostatnio wykraść z ewidencji dane osobowe połowy dorosłych obywateli Najjaśniejszej. Kaczyści śmiali się kiedyś z rządu Tuska, który dał się podejść kilku kelnerom, teraz sami pozwolili złamać zabezpieczenia najlepiej podobno chronionej państwowej bazy danych grupce komorników. Co prawda słyszymy dziś zapewnienia, że dane w ostatniej chwili uratowano przed ostatecznym wyciekiem, ale i tak niepokój pozostał.
Pogrzeb spadł więc Dobrej Zmianie jak z nieba, tak samo jak pojawienie się na nim Mateusza Kijowskiego i Lecha Wałęsy. Ten pierwszy został przepędzony przez starszych i młodszych „patriotów” ku uciesze prawicowego internetu, ten drugi przyszedł ubrany jak na działkę i ostentacyjnie opuścił gdańską katedrę na początku przemówienia Andrzeja Dudy. Wszystko to całkowicie przykryło medialnie i sprawę 500+, i aferę masowym z wyciekiem danych osobowych.
Jednak sens tego, co działo się w niedziele w Gdańsku jest znacznie głębszy, niż tylko doraźny efekt propagandowy. Tym pogrzebem, tymi pierścieniami i, jak to określili prawicowi internauci, „pogonieniem kodziarstwa” po raz kolejny coś nam powiedziano.

                                                                   ***

Pochówek dwojga Wyklętych został zorganizowany chyba z jeszcze większą pompą, niż niedawny pogrzeb majora Łupaszki, i nie jest to przypadek. Inka jest obecnej władzy potrzebna bardziej niż którykolwiek inny Żołnierz Wyklęty, a nadaniem sobie odznaczeń jej imienia władza ta najwyraźniej próbuje coś nam przekazać.
Inka jest Prezesowi potrzebna, ponieważ ze stawianiem innych Wyklętych za wzór dla współczesnych Polaków niemal w każdym przypadku może on mieć mniejsze lub większe problemy. Bo przecież całe to wredne, zdradzieckie, oszalałe lewactwo nie śpi, tylko łazi po bibliotekach, archiwach i internecie, i złośliwie niucha. A jak coś wyniucha, to szczeka. Temu wyciągnie jakąś spaloną i wyciętą w pień białoruską wioskę, komuś innemu przypomni jakichś zamordowanych Żydów, fanom Brygady Świętokrzyskiej wypomni kolaborację tej formacji z Niemcami, a wszystko to oczywiście nie po to, żeby odkrywać jakieś rzekome białe plamy historii, ale po to, żeby oczerniać i opluwać patriotów. Lewactwo po prostu już tak ma, że jak akurat nie jeździ na rowerach i nie żre jarmużu, to nic innego nie robi, tylko cały czas oczernia i opluwa. I gdyby Najwyższy szczęśliwie nie zesłał nam w ostatniej chwili Dobrej Zmiany, już dawno wszystko dookoła byłoby czarne jak sadza i mokre od plwociny.
Do Inki jednak owi straszni cykliści i weganie się nie przyczepią, bo nie mają do czego. Inka nie zabijała Białorusinów, Niemca na swojej drodze nie spotkała ani jednego, a wziętych do niewoli komunistycznych zdrajców narodu nie tylko nie mordowała, ale nawet opatrywała im rany. Inka jest czysta jak łza, a do tego miała zaledwie siedemnaście lat, doskonale nadaje się więc na wzór dla nowej, patriotycznej młodzieży polskiej. Inką można się posługiwać w propagandzie i polityce historycznej bez żadnego ryzyka, ba, lewactwo i gorszy sort też ją na swój sposób do pewnego stopnia doceniają.
Nawet tej władzy trudno byłoby pisać na bilbordach „bądź jak Bury-Rajs”, czy „bądź jak Ogień-Kuraś” ale hasło „bądź jak Inka-Siedzikówna” takich kontrowersji by nie budziło. Naród wychowany w kulcie Małego Powstańca nie zastanawia się przecież w swojej masie, czy aby na pewno siedemnastolatka powinna iść do skazanej na klęskę partyzantki. Naród, zgodnie z polskim paradygmatem kulturowym, docenia jej poświęcenie dla Sprawy. A poza tym tej młodej, ładnej, pełnej życia dziewczyny po prostu mu szkoda.

Nie wiem tylko, jak ów kult Inki – tej sanitariuszki, która nawet wrogom bandażowała głowy i wyjmowała kule – mogą obecni władcy kraju łączyć z właściwą sobie nienawiścią wobec wszystkich tych, którzy nie wyrażają entuzjazmu dla Dobrej Zmiany, i których kaczyzm usilnie stara się powiązać ze stalinowskimi komunistami. Dobitnie wybrzmiało to w przemówieniu prezydenta Dudy. Pan Prezydent stwierdził, że są w Polsce jacyś „oni”, którzy jakoby walczą z pamięcią Żołnierzy Wyklętych. Płynnie przy tym powiązał owych „onych” ze zbrodniarzami, którzy antykomunistycznych partyzantów mordowali, po czym rzekł: „jest coś takiego, jak chluba bohatera, która spływa na pokolenia, ale jest też piętno zdrajcy, i ono też jest bardzo trwałe”. I uśmiechnął się w sposób, który mroził krew w żyłach. Była w tym uśmiechu jakaś przerażająca mieszanka pychy i pogardy.
Ludzie myślący kategoriami w miarę racjonalnymi mogą się na takie dictum albo roześmiać, albo przerazić, trudno byłoby im się zaś z myśleniem formalnej głowy państwa zgodzić. Problem w tym, że słowa najwyższego przedstawiciela Prezesa w Pałacu Prezydenckim oddają znakomicie sposób myślenia obecnej władzy o Polakach. Dla kaczystów Polska nie jest przecież areną normalnego w demokracji (a podobno nadal mamy demokrację!) konfliktu politycznego, ale terenem walki absolutnego dobra z absolutnym złem, sporu pomiędzy wspomnianymi dziećmi bohaterów namaszczonymi ich chlubą i dziećmi zdrajców z wypalonym piętnem. Boju ostatniego pomiędzy tymi od Boga, Honoru i Ojczyzny z tymi od szatana komunizmu i demoliberalnego zepsucia. Wojny prawdziwych dzieci Najjaśniejszej i „komunistycznych bękartów”. A skoro to nie Kaczyński walczy z Petru, Schetyną i Kijowskim, ale Niebo z Piekłem, zwolennikom Nieba na żadne kompromisy iść nie wolno. Ze zdrajcami się nie rozmawia, zdrajcom nie daje się równych praw, zdrajców się wyklucza, nawet jeśli próbują uczcić bohaterów, bo tak naprawdę ich nie czczą, a jedynie urządzają szatańskie, lewackie prowokacje. Dlatego należało Kijowskiego przepędzić z pogrzebu Inki i Zagończyka.
„Czas zdrajców się skończył” – podsumowała to wydarzenie Marzena Nykiel, redaktor naczelna portalu wPolityce, kobieta o czarującym, dziewczęcym uśmiechu kryjącym jadowite zęby doświadczonej propagandzistki. A stugębny, anonimowy, internetowy głos Suwerena dodawał w różnych miejscach Sieci: „niech się cieszą, że ich nie ukamienowano”. I podobne frazy, przepojone chrześcijańską miłością bliźniego.
I to nam właśnie powiedziano tym pogrzebem i jego okolicznościami.

                                                                ***

„Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba” – pisała Inka-Siedzikówna w ostatnim grypsie z komunistycznego więzienia. To stąd wziął się napis „Tak trzeba” umieszczony na pamiątkowych Pierścieniach Inki, których podobno ma zostać przyznanych tylko pięćdziesiąt. Trójkę pierwszych posiadaczy tych odznaczeń nazwano już nawet w mediach „Drużyną Pierścienia”, przy czym, co ciekawe, określenia tego używają środki masowego przekazu nie tylko opozycyjne, ale również niektóre prorządowe.
Na Twitterze niektórzy internauci zareagowali wzmożoną dawka ironii. „Nie przyjął ślubowania od trzech legalnych sędziów TK. Dostał pierścień z napisem „tak trzeba”” – napisał bloger Piotr Maciej B.C.
Rzecz cała w tym, że te pierścienie są pewnego rodzaju symbolem podejścia Dobrej Zmiany do wszystkiego, co już nawyprawiała i jeszcze będzie wyprawiać. Dobra Zmiana mówi do nas tymi pierścieniami, że nie mamy co liczyć na zmianę sposobu przeprowadzania pisowskiej rewolucji.
„Nie zmienimy się – mówią tymi pierścieniami swoim oponentom i całemu społeczeństwu ludzie Prezesa. – Nie zmienimy swojego postępowania, bo choć codziennie słyszymy, jak piszczycie w swoich mysich dziurach, że się wam ono nie podoba, my wiemy że robimy to, co robimy, bo… tak trzeba! Może wam się nie podobać założenie knebla Trybunałowi, może was zniesmaczać przeczołgiwanie opozycji sejmowej przez naszych marszałków, możecie być zdruzgotani naszym skokiem na urzędy, media i formalnie apolityczne instytucje, ale my i tak będziemy robić swoje, bo tak trzeba. Skoro nie da się szybko w ramach dotychczasowego systemu stworzyć Polski takiej, jaką być powinna, będziemy te ramy naginać, przesuwać i zwyczajnie łamać – bo tak trzeba. Bo to my wiemy, jak powinna wyglądać Polska, a nie wy, zgrajo komunistów i złodziei. To my służymy Bogu, Prawdzie i Ojczyźnie, i dlatego będziemy robić to, co robimy, bo jeśli się działa w imię wyższych celów i racji, w imię dobra Narodu, a my i tylko my właśnie tak działamy – to tak trzeba!”
Nie przypadkiem właśnie Wyklętych wzięła sobie na sztandary Dobra Zmiana. Tło powstania i działalności powojennej partyzantki doskonale koresponduje z tym, co się dzieje obecnie z PiS-em i wokół PiS-u. Tak jak Wyklęci, tak i Prawo i Sprawiedliwość czuje się w obowiązku łamać zasady i prawa, uznawane przez tę partię za narzucone i sprzeciwiające się interesom narodu. PiS nadaje sobie prawo ignorowania wszystkich elementów istniejącego porządku, skazujących go na zawieranie kompromisów z tymi, których uznaje za zewnętrznych i wewnętrznych nieprzyjaciół Polski.
Leśne oddziały złamały zarówno rozkaz rządu londyńskiego o zaprzestaniu walki zbrojnej w kraju, jak i podobne rozporządzenia rządu komunistycznego. Ekipa Prezesa łamie zarówno najważniejsze krajowe regulacje prawne, jak i postanowienia i zalecenia organizacji międzynarodowych, do których Rzeczpospolita dobrowolnie przystąpiła. Podobnie jak Wyklęci, kaczyści decydują się pogwałcić prawa pisane w imię wartości uważanych przez nich za nie podlegające dyskusji – i w tym sensie czują się czynnymi spadkobiercami tamtej tradycji. We własnych oczach są jak Inka – są w stu procentach przekonani, że zachowują się jak trzeba, a każda inna forma działania byłaby zdradą ideałów i zdradą ojczyzny.
I dlatego świecą nam prosto w oczy złotymi literami mówiącymi: „tak trzeba”.

                                                                ***

Jest wreszcie rzecz trzecia, bezpośrednio związana z „wypędzeniem kodziarstwa spod świątyni”. To nie bezpośredni zwolennicy partii Prezesa próbowali zrobić krzywdę Mateuszowi Kijowskiemu. „Inni szatani byli tu czynni”. Nie należy jednak zapominać, że nie mogliby być czynni, gdyby Prezes im na to nie pozwolił.

Po raz kolejny ujrzeliśmy w oficjalnym, państwowym kondukcie pogrzebowym sztandary ruchów faszyzujących w rodzaju Obozu Narodowo-Radykalnego, i sztandary te znowu nie przeszkadzały ani Panu Prezydentowi, ani członkom rządu, ani żadnemu z obecnych na miejscu katolickich duchownych. Ot, taką mamy nową świecką (i kościelną) tradycję: prochom bohaterów narodu bezlitośnie tępionego niegdyś przez faszystów oddają hołd neofaszystowskie bojówki. Łysi chłopcy z zielonymi flagami z falangą byli doskonale widoczni w relacjach telewizyjnych i na zdjęciach udostępnianych w internecie przez najważniejsze instytucje państwowe z Kancelarią Prezydenta włącznie! Oprócz młodzieńców narodowo-radykalnych byli w Gdańsku obecni młodzieńcy wszechpolscy. Ich obecność także nikomu nie wadziła, mam zresztą wrażenie, że gdyby doszły jeszcze widoczne delegacje Ruchu Narodowego oraz grup Kowalskiego i Brauna, także byłyby przyjęte z otwartymi ramionami.
Na pierwszy rzut oka stosunek Dobrej Zmiany do ruchów totalitarnych jest bez sensu. Ta sama władza, która z ogromną powagą podchodzi do spraw walki z prawie nieistniejącym w dzisiejszej Polsce komunizmem, która komunizmu boi się do tego stopnia, że pozwala „młodzieży patriotycznej” bezcześcić groby jego dawnych funkcjonariuszy i ustawą specjalną walczy z ciekawostkami w rodzaju ulicy Dwudziestolecia Państwa Ludowego w Ćmielowie (jest taka, osobiście po niej chodziłem!), nie widzi jednocześnie absolutnie nic złego w niemal oficjalnym sojuszu z pogrobowcami drugiego totalitaryzmu – i to tego, który akurat w Polsce zabił kilkakrotnie więcej osób niż komunizm! Ale – jak to zwykle bywa u Dobrej Zmiany – pozorny bezsens jest objawem politycznej kalkulacji. W tym przypadku kalkulacji niemoralnej i – szczególnie w polskich warunkach historycznych i politycznych – po prostu obrzydliwej.

Na pogrzebie Inki i Zagończyka nikt na szczęście nie wykonywał „gestu zamawiania piwa”, wiadomo jednak, że w ostatnich latach tzw. hajlowanie zdarzało się niektórym przedstawicielom zdrowych sił narodu nawet przed Grobem Nieznanego Żołnierza i podczas czczenia Godziny W. Nie wierzę, że Pan Prezes i Pan Prezydent tego nie wiedzą, a jeśli oni nie wiedzą, to na pewno świadomość tych wydarzeń mają ich lepiej zorientowani w rzeczywistości współpracownicy. Nie wydaje mi się także możliwe, żeby o podobnych ekscesach (a także o treści programów organizacji neoendeckich i neofaszystowskich) nie wiedzieli przynajmniej niektórzy wysoko postawieni duchowni katoliccy. Jednak przewodniczący nabożeństwu biskup Głódź ani się nie zająknął nad niestosownością obecności flag z falangą w kościele.
Wiele się za to następnego dnia mówiło i pisało o niestosowności obecności przed kościołem flag Komitetu Obrony Demokracji. O Mateuszu Kijowskim jako bezczelnym prowokatorze i zdrajcy ojczyzny, który, jak napisał red. Jerzy Jachowicz, „wdzierał się ze swoimi brudnymi kopytami w sferę narodowego sacrum”. O tym, że KOD i opozycja nie mają prawa przychodzić na „nasze pogrzeby”, bo „my” – w domyśle: prawdziwi Polacy – mamy własnych bohaterów, a „oni” – w domyśle: komuniści i złodzieje – własnych. Internauci popierający obecny rząd chwalili wszechpolaków i oenerowców, którzy zastraszyli i zmusili do ucieczki działaczy KOD-u, za „patriotyczną postawę”.
Najbardziej haniebnie zachowała się jednak w całej sprawie policja. Otóż nie podjęła ona żadnej próby uspokojenia agresywnych prawicowych młodzieńców, ani tym bardziej umożliwienia delegacji Komitetu wzięcia udziału w uroczystościach. Funkcjonariusze ograniczyli się do… prośby o opuszczenie terenu i trzeba przyznać - umożliwili pp. Kijowskiemu, Szumeldzie i innym w miarę bezpieczne opuszczenie zgromadzenia. Służba, której obowiązkiem jest ochrona osób będących obiektem agresji, wzięła stronę agresorów, funkcjonariusze Rzeczypospolitej do spółki z przedstawicielami skrajnej prawicy dokonali fizycznego podziału Polaków na tych, którym wolno brać udział w pogrzebie bohaterów narodowych, i tych, którym tego robić nie wolno. A także na tych, którym wolno robić burdy na pogrzebach, i tych, których wolno na pogrzebach bić i zastraszać.

Do konkretnych funkcjonariuszy trudno mieć pretensje, robili zapewne, co im kazano, a sami nikogo nie bili i nie byli agresywni. Działali z polecenia i w imieniu władz, które tym działaniem po raz kolejny coś nam powiedziały.
Po pierwsze: powiedziały, że w państwie Prezesa o tym, komu wolno chodzić na pogrzeby państwowe, decydują neofaszyści. Ich decyzję być może jest w stanie zmienić sam Prezes, ale i to nie jest pewne, bo się jeszcze nie zdarzyło.
Po drugie: dały do zrozumienia, że w państwie Dobrej Zmiany jakiejkolwiek ochronie policyjnej przed agresywnymi przeciwnikami politycznymi podlegać mogą jedynie zwolennicy Dobrej Zmiany. Przeciwnicy Dobrej Zmiany takiej ochronie podlegają jedynie wtedy, gdy opuszczą miejsce, w którym się znajdują, choćby nawet znajdowali się w nim legalnie i nie popełniali żadnego czynu zabronionego.
Po trzecie: de facto przyznały, że działaczy neofaszystowskich uznają za patriotów, a ich obecność podczas uroczystości państwowych za pożądaną, działaczy demokratycznych zaś – za osoby niegodne w nowej Polsce miana patriotów i podczas oficjalnych uroczystości absolutnie niepożądane.
W ten sposób dano nam do zrozumienia, że istnienie obywateli równych i równiejszych stało się w Polsce kaczystowskiej faktem.

                                                                  ***

Najwyższe władze polskie zamieniły pogrzeb bohaterów narodowych w uroczystość tylko dla swoich zwolenników. Przemówienie prezydenta Dudy, pierścienie na palcach najważniejszych ludzi Prezesa, oddanie na wyłączność „młodzieży patriotycznej” decyzji o tym, komu wolno uczcić dwoje Wyklętych – wszystko to budzi smutek, lęk i niesmak.
Obóz rządzący i jego „narodowi” sojusznicy idący w kondukcie za trumnami bohaterów zbrojnego podziemia, pokazali wyraźnie, że to ich uroczystość, ich bohaterowie i ich Polska – i że według nich właśnie tak trzeba

I tylko Inki szkoda…




”.


niedziela, 14 sierpnia 2016

Lato (bez)nadziei

Dobra Zmiana najwyraźniej zajęła się nawet pogodą. Ostatnie lato dogorywającej III RP było aż do przesady słoneczne i gorące, jak większość wakacji po 1989 roku. Pierwsze lato nowej Polski przypomina wakacje w peerelu. Pochmurne, niezbyt ciepłe, chwilami mokre i wręcz zimne. Przeklinają je właściciele nadmorskich pensjonatów i ośrodków wczasowych, przeklinają je tłumy turystów, którzy po zeszłorocznym śródziemnomorskim sierpniu zaryzykowali wczasy w kraju. Pierwsze lato nowej Polski jest wspomnieniem tej sprzed 1989 roku, tak jak i ona sama przypomina nieco późny PRL.

Tak jak rok temu, tak i teraz pogoda koresponduje ze stanem społecznej aktywności. Rok temu zaprzysięgał się prezydent Duda. U wielu – wbrew pozorom nie tylko u zwolenników Prawa i Sprawiedliwości - budził nadzieję na nowy styl i nowe otwarcie. Dziś wiemy, że tak jak obecne lato przypomina te sprzed globalnego ocieplenia, tak obecny prezydent przypomina swoich poprzedników z Polski Ludowej, zwanych wówczas przewodniczącymi Rady Państwa. Instytucja ta, reprezentowana przez swojego szefa, formalnie była kolegialną głową państwa, faktycznie zaś była jedynie notariuszem decyzji zapadających w gabinetach Komitetu Centralnego. Prezydent Duda pełni taką samą funkcję, z tym, że KC jest dziś mniej sformalizowane. W pisowskich projektach zmian ustrojowych jego odpowiednik nazywany jest po prostu centrum dyspozycji politycznej, w rzeczywistości znajduje się w labiryncie neuronów i szarych komórek w głowie Prezesa. I chyba tylko u Prezesa budzi dziś Pan Prezydent jakąkolwiek nadzieję. W pierwszy rzędzie tę, że – mimo, iż wciąż ma taką konstytucyjną możliwość (ba, nawet powinność!) - nie zerwie się ze smyczy.

Rok temu, w upale i słonecznym blasku, trwała kampania parlamentarna, ścierały się różne koncepcje, również różne koncepcje Zmiany, bo czy tego chcą czy nie chcą dość żałosne figury rządzące dziś politycznym centrum, Zmiana jako taka była w Polsce autentycznym pragnieniem milionów, bynajmniej nie tylko tych głosujących na partię Prezesa. Skądś się przecież wziął Kukiz i jego program radykalnej zmiany ordynacji wyborczej, skądś się wzięli socjaldemokraci z Razem, nie był przypadkiem ani wysyp libertariańskich „kuców”, ani nagłe zaludnienie ulic przez ciemny i niebezpieczny żywioł nacjonalistyczny.
Po omacku, wybierając rozsądnie lub całkowicie nierozsądnie, szukaliśmy czegoś nowego. Jedni z nas, widząc coraz większe oderwanie elit od reszty społeczeństwa, podążali za pragnieniem sprawiedliwości i godności dla wszystkich warstw społecznych, inni mieli poczucie deficytu wolności ekonomicznej i niezrozumiałej opresji ze strony bezdusznych organów własnego przecież państwa, jeszcze inni lekarstwa na osobiste i zbiorowe lęki, na obawę przed społecznym wykluczeniem, wojną, terroryzmem, starciem kultur, szukali w plemiennych rytuałach faszyzujących ruchów „patriotycznych”. Wbrew pozorom w każdej z tych grup można było spotkać wyborców różnych partii opozycyjnych. Ugrupowania mainstreamu miały na to jedną odpowiedź: ledwo skrywaną pogardę dla wszystkich, którzy sprzeciwiali się kontynuacji dotychczasowych rządów i nie rozumieli dziejowej misji Platformy i jej sojuszników. Media prorządowe, politycy, ekonomiści mówili o „gówniarzach”, „frustratach” i „nieudacznikach, których Polska być może nie potrzebuje”, radzono skorzystać z „szansy emigracji”. W zamian za utrzymanie władzy obiecywano spełnienie postulatów PiS-u, Razem, Kukiza i Nowoczesnej razem wziętych, nie zauważając, że po pierwsze społeczeństwo widzi, że się one wzajemnie wykluczają, po drugie – zapamiętało, że przed wyborem Andrzeja Dudy ta sama Platforma publicznie wyśmiewała te postulaty jako niedorzeczne.
Z tego fermentu, z tego bulgotania społecznej magmy wziął się PiS u władzy. I także wielu ludziom dawał nadzieję. Jednym – że Dobra Zmiana w istocie będzie dobra. Innym – że niezależnie od tego, jak zła będzie, fundamentów demokracji jednak nie ruszy. Że Prezes będzie naszym prawicowym Justinem Trudeau: spróbuje wyczyścić system z tego, co jego zdaniem nie służy dobru kraju i obywateli, zachowując jednocześnie to wszystko, co zabezpiecza prawa i wolności, rozwój gospodarczy i dobrą jakość kontaktów międzynarodowych.

***

Dziś zamiast nadziei i fermentu mamy apatię pod zamglonym i chłodnym sierpniowym niebem. Dziś już wiadomo, że rządzą nami ludzie, którzy postawili sobie za cel skolonizowanie własnego kraju przy jednoczesnej próbie wmówienia obywatelom, że działają w ich imieniu i dla ich dobra, i którzy w tym dziele nie cofną się przed niczym, choć zapewne – i obym się nie mylił - nie zdecydują się użyć zinstytucjonalizowanej przemocy państwowej. Tego pochmurnego i chłodnego lata już wiemy, że wybraliśmy do władzy grupę, która wedle własnego widzimisię uznaje (lub nie) wyroki sądowe, umarza (lub nie) postępowania prokuratorskie, uznaje i nagradza (lub nie) prawdziwe lub nieistniejące zasługi historyczne różnych osób, potępia i karze (lub nie) propagowanie ideologii szowinistycznych i godzących w wolności obywatelskie – wszystko w zależności od aktualnie obowiązującej linii postępowania wyznaczanej w willi na Żoliborzu. Mamy władzę, która gdzie chce, tam stawia święte figury, tablice smoleńskie i głazy Lecha Kaczyńskiego, wydaje niekonstytucyjne ustawy i nie przejmuje się Trybunałem Konstytucyjnym, a spośród jego wyroków sama sobie wybiera te, które zamierza ogłosić i być może nawet ich przestrzegać, i te, których ani ogłaszać, ani przestrzegać nie ma zamiaru.
Ta władza ani nie strzela, ani nie bije, ani nie torturuje, Kaczyński nie jest Putinem, Erdoganem, Alijewem ani Sisim. On ma na społeczny opór i opozycję inny, trzeba przyznać, że zdecydowanie bardziej humanitarny patent: ostentacyjne ignorowanie jakiegokolwiek sprzeciwu. Żadne KOD-y, żadne partie opozycyjne, związki zawodowe, organizacje prawnicze, komitety helsińskie, komisje weneckie, brukselskie, strasburskie, watykańskie, ludzkie, boskie ani żadne inne nie są w stanie powstrzymać Prezesa przed robieniem tego, co robi, bo on je po prostu konsekwentnie i planowo ignoruje. Jego ludzie czasami z kimś się spotkają, uśmiechną, zapewnią o gotowości do dialogu, po czym wracają do kraju, bredzą coś o wstawaniu z kolan czy też obronie interesów kraju i „suwerena”, i dalej robią swoje. Przy każdym ataku z dowolnej strony stosują uniki lub wykorzystują energię przeciwnika do zneutralizowania jego działań i rozłożenia go na ziemi. Ot, takie polityczne aikido, w którego stosowaniu Prezes doszedł do perfekcji.

I może nie byłoby to takie frustrujące i wpędzające w beznadzieję, gdyby nie jakość i siła opozycji. Platforma pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny właśnie ogłosiła skręt na prawo. Będzie się teraz przytulać do Kościoła, nie porzucając jednocześnie neoliberalizmu. Być może ma to być sposób na ugranie czegoś po prawej stronie (wyciągnięcie części prawoskrętnych przedsiębiorców od Kukiza i Prezesa?), ale jednocześnie świetna recepta na zablokowanie przepływu umiarkowanych wyborców od Nowoczesnej do PO. Trudno też będzie liczyć takiej Platformie na utrzymanie poparcia liberalnej światopoglądowo „Gazety Wyborczej”, dla której zresztą jest to kolejny kłopot, musiałaby bowiem ona postawić właśnie na Nowoczesną. Tymczasem partia ta wydaje się zbyt neoliberalna i „banksterska”, żeby nie kłóciło się to z obecną, coraz bardziej centrolewicową linią dziennika z Czerskiej.

Reszta opozycji też nie budzi nadziei. Wspomniana Nowoczesna jakby straciła impet i dryfuje, a jej postbalcerowiczowski program gospodarczy, jakby wyjęty z początków lat 90. ubiegłego wieku, może w połączeniu z nazwą ugrupowania budzić w roku 2016 raczej wesołość, niż chęć oddania głosu w wyborach. Nie sprzyjają jej zresztą nieprzemyślane wypowiedzi samego prof. Balcerowicza, który twierdzi, jakoby partie kwestionujące neoliberalizm chciały dojść w Polsce skokowo do niemieckiego poziomu zarobków, bo niższy im nie odpowiada.
PSL właściwie nie wiadomo, z kim trzyma i po której stronie stoi (od czasu do czasu jakby próbował stosować sprawdzoną dotychczas metodę „zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”, tyle że przy obecnym natężeniu zimnej wojny domowej metoda ta po prostu nie działa), wiadomo za to, że balansuje w okolicach progu wyborczego, i nie wiadomo, czy za trzy lata w ogóle będzie z tej partii co zbierać, szczególnie jeśli Prezes w taki czy inny sposób postara się zneutralizować ludowców podczas o rok wcześniejszych wyborów lokalnych. Jeśli PSL straci samorządy, straci podstawy istnienia, a kolejny kawałek tortu trafi do brzucha Dobrej Zmiany.
Jest wreszcie Kukiz, czyli ruch tylko formalnie opozycyjny, jest to bowiem opozycja a la russe, pełniąca funkcję mniej więcej taką, jak partia komunistyczna czy ruch Żyrynowskiego u Putina. Kukizowcy do czasu do czasu pozwalają sobie na krytykę władzy, czasem nawet ostrą, od czasu do czasu dla zasady zagłosują przeciwko jakiemuś rządowemu pomysłowi, jednak tam, gdzie chodzi o podtrzymanie skuteczności Dobrej Zmiany, grzecznie podnoszą łapki razem z wojskiem posła Jarosława. Robią to nawet posłowie narodowi, mimo że teoretycznie PiS jest dla nich za mało endecki i za mało patriotyczny, bo według nich powinien natychmiast w ramach Dobrej Zmiany wyprowadzić nas z Unii, a tego nie robi. Oprócz Kukiza jest jeszcze w Sejmie postkukizowa drobnica popierająca rząd, a poza Sejmem z ludzi rozsądnych Zandberg, a z mniej rozsądnych Kowalski, Braun, Korwin-Mikke… Z całego tego towarzystwa nadzieję na rzeczywiście dobrą zmianę budzi jedynie Partia Razem, problem w tym, że po początkowych sukcesach utknęła ona pod progiem wyborczym, a do tego wskutek pomyłki proceduralnej może stracić dotację z PKW. I marne to pocieszenie dla p. Zandberga, że neoliberałowie od Ryszarda Petru popełnili dokładnie taki sam błąd.

Obrazu beznadziei dopełnia to, co dzieje się w Komitecie Obrony Demokracji. Najgorsze jest nawet nie to, że ruch, który miał wstrząsnąć podstawami Dobrej Zmiany, grzęźnie w wewnętrznych sporach, utrudnia własnym zwolennikom formalne zapisywanie się, a do tego – w przeciwieństwie do partii rządzącej – w czasie wakacji niemal znikł z mediów (z wyjątkiem „mediów narodowych”, które od czasu do czasu przypominają narodowi, jacy to zdrajcy i zaprzańcy do KOD-u należą). Bardziej martwi, że KOD, w zasadzie na własne życzenie, stał się organizacją ludzi w co najmniej średnim wieku o co najmniej średnich dochodach. Przez ostatnie miesiące nie zrobiono nic, aby przyciągnąć młodych i doły społeczne, a więc siły, bez których nie da się obalić żadnej władzy. Od czasu do czasu prawicowi blogerzy z satysfakcją przypominają starą prawdę, że bez poparcia studentów i chuliganów nie da się zrobić rewolucji. To poparcie mają dziś w dużym stopniu PiS i jego głośni i cisi sojusznicy. Nic dziwnego, że robią swoją rewolucję, śmiejąc się Komitetowi prosto w nos.
Swoje dokładają zwolennicy KOD-u z warstw wyższych, okazujący widoczną pogardę warstwom niższym, które według nich „sprzedały wolność za 500 złotych” a do tego jeszcze ponoć nie umieją kulturalnie wypoczywać nad Bałtykiem. O tym, jak to się stało, że dla tylu ludzi w Polsce suma 500 złotych jest kąskiem na tyle smacznym, aby cokolwiek za nią przehandlować, od przedstawicieli byłego establishmentu nie usłyszymy ani słowa. Nie uświadczy się też u nich ani grama refleksji nad tym, jak to się stało, że światła i wszechwiedząca, europejska i nowoczesna elita wychowała sobie w wolnej Polsce tak niekulturalny, prostacki lud, mimo masowego wysyłania przedstawicieli tego ludu na studia. Nie wiem, w jaki sposób mogłyby te wszystkie wypowiedzi i działania osób związanych z ruchem powiększyć zastępy koderów, wiem za to, że z powodzeniem mogą powiększyć zastępy zwolenników Dobrej Zmiany i czyszczenia elit.
Wszystko to razem frustruje, odbiera nadzieję i coraz większą liczbę Polaków przeciwnych Dobrej Zmianie skłania do schowania się w bezpiecznym świecie prywatności i pozapolitycznych zainteresowań. Jeśli nie wierzyliśmy, że można bez użycia policyjnych pałek i obecności wojska na ulicach przejąć pełnię władzy i rozmyślnie złamać wszelkie umowy i zasady, a przy tym utrzymać wysokie poparcie społeczne i odebrać przeciwnikom ochotę do działania, to już nie musimy wierzyć. Już to wiemy, to się dzieje na naszych oczach.

***

Był jednak tego lata i promyk nadziei. Były Światowe Dni Młodzieży, impreza wprawdzie wyznaniowa i międzynarodowa, ale generująca przekaz, który dotarł w Polsce do ogromnej liczby ludzi, zarówno katolików, jak i pozostałych. Był papież Franciszek.

Paradoksalnie, Franciszek jest produktem idącej przez świat idei zmiany i nowego początku dokładnie w takim samym stopniu, jak nasz Prezes. A i splot wydarzeń, które doprowadziły go do Tronu Piotrowego, był równie trudny do przewidzenia jak ten, który doprowadził posła Kaczyńskiego do pełni władzy w Polsce. To są dwie twarze nowej epoki, twarz dobra i twarz zła, twarz zmiany niosącej nadzieję i zmiany niosącej strach. I właśnie u nas, w Polsce, na oczach całego świata zachodniego, stanęły one naprzeciw siebie.
Przyznam, że skojarzenia miałem podobne do większości obserwatorów pielgrzymki Franciszka: to, co się działo w Krakowie i okolicach, pod wieloma względami przypominało pielgrzymki Jana Pawła II w czasach słusznie minionych. Przywódca Kościoła katolickiego przyjechał do kraju, którego władzom było to kompletnie nie w smak, i mówił to, czego te władze absolutnie sobie nie życzyły, żeby mówił. Pyszna była scena na Wawelu, gdy cały garnitur pisowskich jastrzębi oraz Pan Prezydent (który jak zwykle miał na twarzy uśmiech wyrażający nie wiadomo skąd płynące poczucie zarozumiałego samozadowolenia), musiał wysłuchać papieskiego pouczenia o konieczności dialogu i otwarcia, zarówno na inaczej myślących we własnym kraju, jak i na przedstawicieli innych kultur i narodów. Uderzały kwaśne miny przedstawicieli naszych narodowo-katolickich władz partyjno-państwowych, gdy w Częstochowie Franciszek wzywał do wyzbycia się pragnienia „władzy, wielkości i sławy” i przypominał o chrześcijańskim powołaniu do służby drugiemu, pokory i szacunku wobec każdego człowieka, zwracały uwagę dziwne grymasy niektórych ministrów na dźwięk słów wzywających do miłosierdzia dla arabskich uchodźców.
Wszystko to było może jeszcze bardziej wymowne, niż w czasach komunizmu, o ile bowiem wtedy sprzeczność pomiędzy punktem widzenia Kościoła a punktem widzenia antyreligijnej z ducha peerelowskiej władzy była niejako naturalna, o tyle teraz słowa papieża wywoływały konsternację u przedstawicieli rządu wręcz demonstracyjnie podkreślającego swoją łączność z Kościołem i katolickim i przywiązanie do katolickiej tradycji.
Jeszcze bardziej wymowne były puste krzesła podczas mszy dla duchowieństwa w Łagiewnikach. Franciszek nie robi co prawda odgórnej rewolucji w polskim Kościele, nawet nie wspiera wyraźnie tej oddolnej (Watykan jest głuchy na to, co ma mu do powiedzenia choćby broniący się przed szykanami ze strony swojego biskupa ksiądz Lemański), nie da się jednak ukryć, że Franciszkowa koncepcja tego, czym powinno być chrześcijaństwo i jakie jest powołanie osoby duchownej, wydaje się skrajnie różna od tej, której hołdują polscy purpuraci.

Przyjechał więc do nas papież, który wzywa do zmian, do aktywnego uczestnictwa w budowie nowego świata, do owego tyle razy już przywoływanego „wstania z kanapy”, papież, który prawdziwe, ewangeliczne chrześcijaństwo pojedynczego człowieka i autentycznej międzyludzkiej wspólnoty przeciwstawia fałszywemu chrześcijaństwu feudalnej hierarchii i głębokiego podziału na tych, którzy noszą sutanny i całą resztę poddaną ich duchowej władzy. Mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który swojego Boga widzi wśród słabych, prześladowanych i wykluczonych, a nie wśród tych, którzy w jakikolwiek sposób wykluczają i prześladują, choćby robili to Bogiem na ustach i krzyżem na sztandarach. Takie chrześcijaństwo, otwarte i podchodzące z szacunkiem do każdej ludzkiej istoty, wyzbywające się pychy, chrześcijaństwo nie bojące się przeciwstawić ksenofobii, nacjonalizmowi i religijnemu uzasadnianiu agresji, wzywające do „budowania murów, a nie mostów”, chrześcijaństwo otwarte na wszelką inność, budzi sympatię wśród wyznawców innych religii i ludzi niewierzących, i ma szansę odegrać w przyszłości znaczącą rolę w wysiłkach na rzecz bezpieczniejszego i lepszego świata.
Jest bowiem w podejściu Franciszka do misji jego własnej religii ponadwyznaniowe, ogólnoludzkie przesłanie, na które nikt nie powinien być obojętny – w szczególności ci, którzy do tej pory na katolicyzm i wszelkie przekazy płynące z tamtej strony patrzyli z nieufnością. Mieliśmy bowiem podczas ŚDM do czynienia z faktycznym wezwaniem, skierowanym do nie tylko do chrześcijan czy katolików, ale do wszystkich ludzi, których przeraża nieuchronność historycznej zmiany i jej kierunek, do wszystkich, którzy już są jej ofiarami, bądź mogą się nimi stać. Jest to wezwanie do czynnej budowy świata, który ma być alternatywą dla świata Putinów, Erdoganów, Sisich i Asadów, świata krwi i strachu. Jest to apel o stworzenie alternatywy dla świata Trumpów, Orbanów i Kaczyńskich, świata manipulacji i żądzy władzy. Wezwanie, aby ci, którzy chcą służyć dobru, powstali z kanapy, bo dawno już wstali z niej i aktywnie działają ci, którzy stoją po stronie zła, lęku i przemocy.

Papież rzucił ziarno. Jest naszym wielkim szczęściem, że stało się to w Polsce, w takiej Polsce, jaką nam buduje Dobra Zmiana. Iskierka czegoś dobrego błysnęła w szarości, lato na chwilę odzyskało blask. Pozostała nadzieja, że coś kiedyś z tego ziarna wykiełkuje, że naprzeciw gąszczu nietolerancji, ksenofobii i autorytaryzmu za jakiś czas wyrosną pierwsze roślinki otwartości, wolności i przyzwoitości, że empatia i poczucie wspólnoty odniosą zwycięstwo nad nienawiścią, lękiem i bezczelnością polityków budujących władzę na fundamencie zła, zasłanianego katolickim i narodowym sztandarem.
Niech nam z tego lata pozostanie w pamięci chyba najpiękniejszy obrazek krakowskich dni lipcowych: papież mówiący o tym, że zła nie da się zwalczyć złem, że trzeba je zwalczać dobrem, i półtora miliona słuchających go uczestników ŚDM, a wszystko i wszyscy skąpani w niesamowitym, ciepłym, złotopomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
Niech właśnie ten moment zostanie z nami we wspomnieniach z 2016 roku. I niech nam to dobre światło świeci w ciemnych, niepewnych czasach.



niedziela, 24 lipca 2016

Ministerstwo Głupoty Narodowej

Dzisiejszy wpis jest swego rodzaju apelem do Prezesa Rzeczypospolitej. Jak wiadomo, Pan Prezes czuwa nieustannie, aby Rada Ministrów pracowała rzetelnie i nie zaniedbywała żadnej z dziedzin życia naszego kraju. Jesienią zarządzono nawet w tym celu pewne zmiany w układzie ministerstw. Jednym one się podobają, innym nie – zależy to najczęściej od tego, czy ktoś lubi Prezesa, czy go nie lubi. Tym, którzy lubią, z reguły podoba się wszystko, co Prezes zarządzi, a tym, którzy nie lubią, marszałek Kuchciński zwykł ograniczać możliwość wypowiadania swojego zdania z trybuny sejmowej, więc rząd nie ma się o co martwić.
Za to – w obliczu rosnącej liczby działań i wypowiedzi różnych osób publicznych w Polsce, wywołujących swoją formą i treścią co najmniej zdziwienie nawet u średnio inteligentnego odbiorcy – zwykli obywatele czują się zaniepokojeni brakiem w gabinecie p. Szydło jednego ważnego ministerstwa, które by tymi wszystkimi wypowiedziami i działaniami zarządzało i może jakoś je nawet umiało wykorzystać dla dobra kraju.
Coraz bardziej potrzebne nam jest utworzenie Ministerstwa Głupoty Narodowej. Ministerstwo takie nie tylko zajęłoby się coraz większym obszarem wyjętym spod kontroli centrum dyspozycji politycznej nowej Polski, ale mogłoby również stanowić swego rodzaju most pojednania między zwolennikami kaczyzmu a opozycją, gdyż kandydaci do pracy w tej instytucji obrodzili gęsto po obu stronach barykady. Praca w MGN powinna bowiem być nagrodą za zasługi w produkcji materiału, którym instytucja ta miałaby zarządzać.

Na miejscu posła Kaczyńskiego zarekomendowałbym oddelegowanie do pracy w MGN dwóch ministrów od służb mundurowych i kilkorga innych ministrów od spraw cywilnych. Na ich miejsce z pewnością kogoś by szybko znaleziono, jak bowiem powszechnie wiadomo, znać na swojej robocie to się ostatecznie muszą dyrektorzy departamentów, a tak naprawdę to ich zastępcy, ale ministrowie to już niekoniecznie. Za pp. Błaszczaka, Macierewicza i kilka innych osób można uczynić ministrami kogokolwiek. Byle z partii rządzącej, tak bowiem postanowił Suweren.
Ministra Błaszczaka skierowałbym do nowego resortu w uznaniu jego zasług na polu tropienia macek gejostwa światowego wśród osób rysujących kredkami kwiatki na chodnikach. Co prawda minister odniósł się do kredek francuskich, ale przecież i u nas na każdym osiedlu można spotkać na trotuarach kolorowe malunki kredą (często są to właśnie kwiatki!), najprawdopodobniej złośliwie wykonywane przez osoby z ruchu LGBT niecnie się podszywające pod niewinne dzieci. Należy również docenić twórczy wkład ministra Błaszczaka w teorię zapobiegania aktom terrorystycznym. Otóż p. Błaszczak uważa, że najskuteczniej uchroni nas przed nimi powrót do chrześcijaństwa. W sumie racja: jeśli minister spraw wewnętrznych ma takie podejście do tematu, uratować może nas chyba tylko solenna modlitwa i kilka mszy, najlepiej odprawionych co najmniej w katedrze wawelskiej.
Ministra Macierewicza przyjąłbym do MGN za całokształt jego politycznej działalności. Pan Antoni uparcie doszukuje się znamion zamachu tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było, kilka razy zmienił zdanie na temat brzozy, która raz mogła, a raz nie mogła rozbić samolotu, deklaruje publicznie wiarę w istnienie broni elektromagnetycznej, stworzył komisję do spraw zbadania zbadanej już na wszystkie strony katastrofy, wpadł wreszcie na pomysł wygłaszania tzw. apelu smoleńskiego podczas każdej oficjalnej uroczystości upamiętniającej cokolwiek, choćby to coś miało miejsce przed wynalezieniem samolotu. Już nawet osoby życzliwe Dobrej Zmianie próbują wytłumaczyć ministrowi obrony, że jest to pomysł bezsensowny i samemu PiS-owi przynosi więcej szkody niż pożytku. Doszło do tego, że głos zabrała córka „brata poległego”, postać ikoniczna religii smoleńskiej, która kulturalnie, ale stanowczo skrytykowała mieszanie ofiar katastrofy w Smoleńsku z ludźmi rzeczywiście poległymi i zamordowanymi w różnych tragicznych okolicznościach. Po p. Macierewiczu spłynęło to jednak jak woda po gęsi – uparł się, że będzie przekonywać powstańców warszawskich, którzy apelu nie chcą, żeby go zechcieli. Problem w tym, że powstańcy są tak samo uparci, jak minister, i prędzej zrezygnują z asysty wojska, niż dadzą sobie wepchnąć apel poległych według koncepcji szefa MON.

Należałoby również skierować do MGN w trybie natychmiastowym dotychczasową minister edukacji, p. Zalewską, która mimo usilnych podpowiedzi ze strony redaktor Olejnik, nie umiała jej odpowiedzieć na proste pytanie, kto zabijał Żydów w Jedwabnem i Kielcach. Pani minister zachowywała się jak uczeń, który nie przygotował się na lekcję i żadne naprowadzanie na odpowiedź mu nie pomoże. Przy okazji twórczo wpłynęła na rozwój polszczyzny, nazywając Jedwabne „faktem historycznym, w którym doszło do wielu nieporozumień”. Nikt dokładnie nie wie, co to wyrażenie właściwie znaczy (bardzo przepraszam, ale kto z kim się nie mógł porozumieć „w fakcie historycznym”: mordowani z mordującymi???), ale dzięki pani minister powstało i zapewne będzie w przyszłości poręcznym kluczem zamykającym dyskusje nad innymi tego typu wydarzeniami.
Do pani minister edukacji powinien też dołączyć nowy prezes IPN, Jarosław (Jarosław!) Szarek, który z kolei jest przekonany, że sprawcami zbrodni jedwabieńskiej byli Niemcy, którzy jedynie „posłużyli się grupką Polaków”. W tym samym pokoju powinien też wykonywać swoje obowiązki jego kontrkandydat podczas wstępnej rekrutacji, nauczyciel historii z Puław, Marek Chrzanowski, który stwierdził, że IPN powinien po raz drugi zbadać sprawę jedwabieńską, bo on biedak nie wie, co ma mówić uczniom na ten temat. Najwyraźniej do pana nauczyciela nie dotarło, że powinien przekazywać istniejącą wiedzę historyczną, opartą przecież już nie na słynnej książce prof. Grossa, tylko właśnie na badaniach IPN!
W jednym pokoju z nimi dwoma powinien pracować nowy szef telewizyjnej Dwójki, niegdyś satyryk (i to naprawdę inteligentny i ceniony satyryk!), a dziś orędownik Dobrej Zmiany, Marcin Wolski. Stwierdził on ostatnio, że w Polsce rządzonej przez PO nie był zapraszany do mediów głównego nurtu, wskutek czego „czuł się jak Żyd w III Rzeszy”. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej do MGN należałoby zapytać p. Wolskiego, co takiego z nim robili prześladowcy z Platformy: kazali nosić żółtą przypinkę z napisem „pisior”, powybijali mu szyby w oknach, otoczyli jego dom murem z tabliczkami „pisowski obszar mieszkaniowy, wstęp wzbroniony” i zabronili wychodzić na zewnątrz, czy może policjanci reżimu Tuska próbowali go zatrzymać i zastrzelić na ulicy za to, że należy do PiS-u? Bo właśnie tego typu rzeczy robiono Żydom w III Rzeszy, i nie wydaje mi się, żeby red. Wolski tego nie wiedział.

Obok pokoju pp. Wolskiego, Szarka i Chrzanowskiego powinien znaleźć się jakiś pokoik dla luminarza „dobrze zmienionej” elity intelektualnej, red. Ziemkiewicza, który raczył był ostatnio po zamachu w Monachium obrazić jego ofiary wpisem o Niemcach, którzy nie są przygotowani na bycie zabijanymi, bo do tej pory to oni zabijali. Jakoś panu Rafałowi umknęło, że ostatni raz to Niemcy zabijali kogokolwiek 70 lat temu, po czym dostali taką nauczkę, że dziś są jednym z najbardziej pokojowo nastawionych narodów europejskich. Do kanciapy red. Ziemkiewicza dokooptowałbym jeszcze posłankę Pawłowicz, która co i rusz generuje teksty predestynujące ją do wyższych stanowisk w nowym resorcie – zamach monachijski też ją do tego natchnął.
Całym tym zbiorem wybitnych niemcoznawców powinna zarządzać w randze kierownika pani doktor Ewa Kurek, która powiedziała ostatnio w TVP, że w Jedwabnem nie mogli nikomu robić krzywdy Polacy, bo nie istniało wtedy państwo polskie. Zastanawiam się tylko, czy p. Kurek wie, że po pierwsze swoją wypowiedzią zakwestionowała istnienie rządu emigracyjnego i Polskiego Państwa Podziemnego, po drugie najwyraźniej uważa, że rzezi wołyńskiej nie dokonali Ukraińcy (bo państwa ukraińskiego nie było wtedy dużo bardziej niż polskiego), a po trzecie – na co zwróciło uwagę wielu użytkowników Twittera – takiego Sienkiewicza oddała bez walki Rosjanom, Przybyszewskiego – Austriakom a Drzymałę – Niemcom.

Powinno się też skierować do MGN obecnego ministra sprawiedliwości, który wymyślił dostępną dla każdego państwową listę pedofilów, kompletnie się nie troszcząc o to, że w ten sposób zachęca obywateli do samosądów, a przy okazji naraża na niebezpieczeństwo Bogu ducha winne osoby podobne do pokazanych w internecie przestępców. Nietrudno sobie wyobrazić dziarskich młodzieńców dokonujących przy aplauzie tłumu – i w imieniu zdrowej moralnie masy Narodu, rzecz jasna! - linczu np. na bracie bliźniaku jakiegoś pedofila. Nikt przecież w takich sytuacjach nie patrzy w dowód osobisty, tak samo jak żadna z osób wybijających zęby tak zwanym „ciapatym” nie zastanawia się, jakiego rodzaju „ciapatością” legitymuje się ofiara. Agresywna grupa czy jednostka po prostu bije i już, szczególnie jeśli czuje przyzwolenie społeczne, które w przypadku linczu na osobniku uznanym za pedofila byłoby z pewnością jeszcze większe niż w przypadku linczu na osobniku uznanym za Araba.
W nowym resorcie absolutnie konieczne byłoby zatrudnienie dotychczasowego szefa MSZ p. Waszczykowskiego. Nasz szef dyplomacji, w przeciwieństwie do min. Błaszczaka, kredek się nie boi, za to z jego wypowiedzi wynika, że co prawda od syryjskich uchodźców wymaga odwagi żołnierskiej i wstępowania do legionów maszerujących na Damaszek, ale za to sam ma ochotę schować się do mysiej dziury na widok najbardziej nawet chuderlawego wegetarianina na rowerze. Ma też osobliwe poglądy na temat zakresu terytorialnego działania Komisji Europejskiej, która według niego nie powinna wtrącać się w sprawy należącej do UE Polski, za to absolutnie powinna to robić w przypadku nienależącej do tej organizacji Turcji.
W MGN dobrze czułby się także minister Szyszko. Jak wiadomo, jest to polityk, według którego słowo „stodoła” oznacza drewniany dom mieszkalny, i który najchętniej uciekłby do schronu atomowego w wypadku zauważenia na niebie smug chemicznych, a za najskuteczniejszy sposób ochrony parków narodowych przed szkodnikami uważa ich stopniowe wycinanie. Szkodników drzewostanu pan minister nienawidzi tak bardzo, że gotów jest zezwolić Polakom na wycięcie bez zezwoleń wszystkich drzew w kraju, byleby tylko wredne korniki i inne brudnice nie mogły ich dopaść.
Opiekę duchową nad resortem należałoby zaś powierzyć osobie, która dokonała ostatecznej redakcji listu Episkopatu na Światowe Dni Młodzieży. W liście tym ów anonimowy twórca trzy razy wymienił papieża nieżyjącego od ponad dekady, ani razu zaś tego, który żyje, aktualnie sprawuje urząd, i za kilka dni przyjeżdża do Polski.

***

Żeby jednak nie obarczać pracą w Ministerstwie Głupoty Narodowej jedynie członków i zwolenników „biało-czerwonej drużyny Dobrej Zmiany”, miałbym postulat nieco rewolucyjny, ale pożyteczny. Ponieważ Dobra Zmiana oskarżana jest bez przerwy o to, że pogardza opozycją i nie pozwala jej pracować dla dobra kraju, proponuję właśnie do Ministerstwa Głupoty Narodowej przyjąć niektórych polityków i członków zaplecza intelektualnego szeroko pojętej opozycji. Ba! – nawet powinno to być ich obowiązkiem, bo przecież i oni produkują sporo masy przerobowej dla tego urzędu.

Dlaczegóżby nie mógł tam pracować sam Lech Wałęsa, który chciałby po ewentualnym upadku obecnych rządów „wyrywać z korzonkami” wszystkich pisowców „od ministra do sołtysa”, chociaż sołtysi mogą być wybierani i odwoływani jedynie przez mieszkańców swoich wiosek i nic do nich żadnej zmianie, ani dobrej, ani niedobrej? I który tak udatnie i zgrabnie bronił się przed oskarżeniami o donoszenie na kolegów do SB, że zdecydowanie bardziej mu to zaszkodziło, niż pomogło? Jego obecność w resorcie stanowiłaby najpiękniejszy przykład zasypywania przez Prawo i Sprawiedliwość politycznych i historycznych podziałów.
Rzecznikiem prasowym MGN powinna zostać p. Agata Młynarska, zwolenniczka KOD i była dziennikarka TVP. Pojechała ona ostatnio nad morze i bardzo ja zdziwiło i zniesmaczyło, że przedstawiciele grup społecznych innych niż jej własna wypoczywają inaczej, niż jej się wydaje, że powinni. Utyskiwaniem na zły gust w kwestiach mody, odżywiania się i muzyki wczasowiczów z ludu pani Młynarska znakomicie wpisała się w kreowany przez obecną władzę obraz byłego establishmentu jako bandy pasożytów pogardzających ciężko pracującą i przez nich wyzyskiwaną resztą społeczeństwa, ale samo to mieściłoby się jeszcze w normie głupoty strony opozycyjnej, wszak pogardliwie w stosunku do warstw niższych „sprzedających wolność za 500+” wypowiadali się ostatnio różni publicyści.
Pani redaktor zapomniała jednak, że sama przez całe lata jako wpływowy pracownik TVP przyczyniała się do wyrabiania złego gustu w tych masach, które teraz tak krytykuje, a w różnego rodzaju galach biesiadnych i festiwalach czy imprezach plenerowych z udziałem artystów w rodzaju Dody niekiedy sama brała udział jako konferansjerka. Okazała więc pogardę wobec tych, dzięki którym do niedawna, jako gwiazda telewizji publicznej, miesiąc w miesiąc zarabiała więcej pieniędzy, niż niejeden krytykowanych przez nią miłośników disco polo zarabia przez rok. Więcej takich pań Młynarskich, a PiS, napędzany poczuciem upokorzenia tych, którzy mają pecha nie być elitą, będzie rządził wiecznie.
Z pewnością powinna zająć jakieś stanowisko w ministerstwie osoba, która wymyśliła system zapisywania się do Komitetu Obrony Demokracji. Głównymi cechami tego systemu są: konieczność osobistego dostarczania deklaracji członkowskich koordynatorom i konieczność akceptacji kandydata przez dwóch członków wprowadzających. Oczywiście, można i tak przyjmować, ale do loży masońskiej albo towarzystwa wzajemnej adoracji, a nie do masowego ruchu społecznego, którym podobno KOD ma być. Póki co łatwiej zapisać się do PiS-u niż do KOD-u, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Na obronę Komitetowi należy zaznaczyć, że i tak nie przebił nieboszczki PZPR, która wymagała jeszcze rocznego tzw. stażu kandydackiego.

Przydałaby się też w ministerstwie jakaś siła naukowa. Proponuję warszwskiego filozofa, profesora Mikołejkę, który jakiś czas temu uznał wszystkie polskie matki więcej niż jednego dziecka za „armię Kaczyńskiego” i zgraję pogardy godnych osobniczek, które „zostały kupione za 500 plus i mają w nosie naszą wolność”. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że gdyby dotychczasowy establishment nie dopuścił do sytuacji, w której duża część społeczeństwa pozbawiona jest – często nawet pomimo stałego wykonywania pracy zarobkowej – elementarnego poczucia bezpieczeństwa socjalnego, nie byłoby w Polsce aż tylu osób skłonnych do takiej transakcji.
Z boku przy jakimś biureczku siadłby zaś sobie skromnie redaktor Żakowski, który pochwalił ostatnio przewodniczącego Schetynę za czystki w PO, stwierdzając, że były potrzebne, bo Platforma musi być silna, zwarta i gotowa, żeby móc… wygrać najbliższe wybory i urządzać nam Polskę po PiS-ie. O ile pamiętam, Platforma już raz urządzała nam Polskę po PiS-ie, i urządzała ją tak mądrze i skutecznie, że obywatele woleli głosować na dowolnego diabła, niż na Platformę. Redaktorowi nie przyszło do głowy, że gdyby partia p. Schetyny dostała kolejne lata w celu podobnie mądrego urządzania kraju na modłę neoliberalną, suweren wybrałby później następnego diabła, tylko byłby to diabeł jeszcze gorszy niż PiS.
Opiekun duchowy MGN powinien zaś otrzymać specjalnego asystenta do spraw opozycyjnej części ministerstwa. Najlepiej pasowałby tam ksiądz Stryczek, któremu wydaje się, że biedni w Polsce tak naprawdę nie są biedni, bo całkiem dobrze „żyją z tego, że wyglądają jak biedni”. W kontekście takiego stwierdzenia autorska akcja charytatywna ks. Stryczka pod nazwą „Szlachetna Paczka” wydaje się bezsensowna, bo jej pokazywani w telewizji beneficjenci z reguły na pierwszy rzut oka wyglądają jak biedni, czyli w rzeczywistości na pewno biedni nie są, więc ani szlachetne, ani nieszlachetne, ani żadne inne paczki nie są im do szczęścia potrzebne.

A ponieważ każde ministerstwo musi być wyposażone w portiernię i siedzącego w niej cerbera, proponuję na to stanowisko posła Dobrej Zmiany, p. Pyzika. Do jego obowiązków należałoby wpuszczanie lub niewpuszczanie osób chcących wejść do budynku. Swoje decyzje oznajmiałby im przy pomocy podstawowego zestawu gestów powszechnie zrozumiałych w całym świecie euroatlantyckim.

***

Pozostaje pytanie najważniejsze: kto miałby zostać ministrem głupoty narodowej?
Jedno jest pewne - powinna być to osoba wyjątkowa, która umiałaby całe to towarzystwo natchnąć do pracy dla dobra Ojczyzny, pracy na tym akurat odcinku walki o Dobrą Zmianę wyjątkowo ciężkiej, bo zarządzanie głupotą w kraju takim jak Polska jest zajęciem naprawdę trudnym i skomplikowanym. Musiałby to być człowiek obdarzony charyzmą i poparciem społecznym, a także nie ustępujący swoim podwładnym w umiejętności mówienia rzeczy kontrowersyjnych, nietuzinkowych i niepoprawnych politycznie. Ot, choćby ktoś, kto ma odwagę twierdzić, że szefem pierwszej „Solidarności” była inna osoba, niż ta, która była nim naprawdę.

Tylko czy Prezes Rzeczypospolitej zgodziłby się na takiego kandydata?